Kultura wypracowywała przez wieki bohatera typu heroicznego, który obecnie zdaje się wydmuszką niemającą nic wspólnego z rzeczywistością. Świetnym przykładem są komiksowi herosi, którzy z mocarzy w trykotach stali się ludźmi z krwi i kości, zdolnymi przeżywać załamania i dostrzegać luki w swych dawnych ideałach. Szlak chwały Roberta A. Heinleina to lektura niezwykła. Opowiada o niepozornym mężczyźnie, awansowanym przez los do roli nad-bohatera, który wraz z piękną ukochaną i wiernym kompanem dokonują rzeczy doniosłych. Lecz czy aby na pewno to, co widać na pierwszy rzut oka, jest właściwą treścią książki?
Oscar Gordon to weteran konfliktu mającego wkrótce stać się wojną w Wietnamie, który po odejściu ze służby nie ma zbyt ambitnych celów. Tułając się trafia na prowokujące ogłoszenie, drażniące jego wrodzone łazikostwo i lenistwo. Splotem niezwykłych wydarzeń trafia na niebywałą piękność imieniem Star, która zabiera go do niezwykłej krainy, gdzie ma szansę wykazać się męstwem i walecznością na miarę postaci z pulpowych opowiastek. I tak zaczyna się jego wielka przygoda, a Heinlein obok wielkich czynów pozwala sobie na pewne kąśliwości.
Od razu widać, że Gordon nie jest typem macho. Star zawróciła mu w głowie, ale on jest zbyt onieśmielony jej urodą i osobowością, by od początku otwarcie wykorzystać swą uprzywilejowaną pozycję. Spora część jego chwalebnych dokonań ma również charakter nie do końca zamierzony, wynikający bardziej ze sprytu niż odwagi i walecznego ducha. Może gdyby Heinlein napisał swą powieść tuż po II wojnie światowej, otrzymalibyśmy betonowe fantasy. Jednak był rok 1963 i początek czegoś, co miało przerodzić się w miażdżący heroizm wojenny konflikt w Wietnamie – mniej jednoznaczny i nieprodukujący bohaterów wracających w glorii do domu po walce z Hitlerem i nazistami.
Łatwo nie dostrzec tego, co Heinlein pragnie przekazać. Weźmy Star – kobietę waleczną, piękną i fanatycznie zakochaną w Oscarze, który ma charakterek, ale to raczej „miły gość” niż promowany przez oszołomów pokroju Andrew Tate’a typ sigmy/alfy, czy jak to teraz nazywają chłopcy z syndromem Piotrusia Pana. Pisarz idealizuje relacje damsko-męskie swojej epoki, gdzie kobieta wciąż nie wyszła ze schematu żony-matki, a rewolucja seksualna miała nastąpić dopiero za kilka lat. Przy okazji Heinlein łobuzersko rozprawia o obyczajowości i seksualności, a to wszystko gdzieś między kolejnymi przygodami. I tu dzieje się ciekawa rzecz.
Popkultura to często ciąg nieustających czynów bohaterskich. Batman zawsze będzie czuwał nad Gotham, a Spider-Man do końca swych dni będzie musiał ratować ciocię May lub/i własne małżeństwo. Rzadko spotyka się poczciwego Sama Gamgee, który po uratowaniu świata po prostu zakłada rodzinę i siada z fajką przed domem, delektując się sielskim Shire. Heinlein pozostawia Gordona w fatalnej sytuacji. Bohater osiąga to, co każdy heros chciałby osiągnąć, ale… po wszystkim okazuje się, że to mu nie wystarcza. I z człowieka, który na początku był bohaterski inaczej, staje się kimś, kto przeżywa post-heroicznego kaca. Zapowiedź wypalenia wietnamskiego? Być może, ale też prowokacja wymierzona w stronę pulpowej sceny fantasy i nieskazitelnego obrazu dzielnego wojaka.
A fantastyka sama w sobie? Tu autor jest rzetelny i potrafi wyważyć kpinę z dynamiką opowieści. Wspomniałem, że sukcesy Gordona to nie bezbłędne, zamierzone czyny, a kwestia jego inteligencji i sprytu. Ale to właśnie nadaje tej części Szlaku chwały pazura. Protagonista to nie papierowa sylwetka, a ktoś, kogo da się polubić i mu kibicować, nawet jeśli pasmo sukcesów jest zdecydowanie nadmiarowe. Otrzeźwieniem jest jednak finał. Gdy to, co dobre się kończy, to na dodatek nie przynosi pełnej satysfakcji.
Szlak chwały to inteligentna i zabawna powieść podszczypująca nadmuchane opowieści o wielkich bohaterach na równie wielkiej bohaterskiej ścieżce. Robert A. Heinlein, nie szczędząc nam przygód godnych wielkiego fantasy, komentuje nie taką znowu minioną rzeczywistość, przy okazji pozwalając sobie na kilka żarcików z konwencji. Warto dokładnie zastanowić się nad epoką, w której powstała powieść, zwłaszcza w kontekście konfliktów w Azji i ówczesnych nastrojów społecznych. Okaże się bowiem, że Heinlein jest wieloznaczny i odważny w nieoczywisty sposób. Upraszczając, Szlak chwały nie jest jak najbardziej kultowa kapela swych czasów, która z czasem stała się nobliwym klasykiem, a raczej jak przecierający szlaki zespół, który może i czerpie sporo z ówczesnych wzorców, ale jego muzyka do dziś jest świeża i inspirująca.

Okładka książki Szlak chwały
Tytuł oryginalny: Glory Road
Autor: Robert A. Heinlein
Tłumaczenie: Andrzej Sawicki, Zbigniew A. Królicki
Wydawca: Rebis 2026
Stron : 368
Ocena: 85/100
Tomasz Drozdowski
Dziennikarz, felietonista. Miłośnik klasyki SF, komiksów i muzyki minionych bezpowrotnie dekad.