Strona główna » Recenzje » Recenzje filmów » Octopus 2026: Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma — recenzja filmu. Norma Desmond znów atakuje
Octopus 2026: Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma — recenzja filmu. Norma Desmond znów atakuje
Hanna Kroczek,
28 sierpnia 2026
Tegoroczne wakacje zalały nas żarem. Słońce wciąż parzy i razi w oczy. Właśnie w takim czasie ucieka się myślami do obozów, na które wyjeżdżało się w młodości. Te wszystkie przygody, sekrety, poznawanie siebie, zawieranie nowych przyjaźni. A może nawet rozlew krwi? Na pewno w slasherach, które bardzo upodobały sobie te z pozoru niewinne chwile.
Franczyza tego podgatunku przyciąga młodą filmowczynię Kris (Hannah Einbinder) na obóz Miasma. Jej debiut zwrócił uwagę producentów i otworzył przed nią drzwi do świata wielkiego kina. Może naprawdę spodobał im się jej film, a może jej największym atutem okazała się queerowość. Współcześnie coraz więcej tytułów próbuje być poprawnych politycznie, by później „woke zetki” nie scancelowały ich twórców w internecie.
Reżyserka, zaproszona przez gwiazdę Billy Presley (Gillian Anderson), przyjeżdża na obóz Miasma, który służył za centrum wydarzeń dawnej franczyzy. Wizyta, mająca początkowo umożliwić rozmowę z aktorką i lepsze zrozumienie filmowego świata, szybko zamienia się w niezwykłą podróż w głąb siebie. Nagle wszystkie pytania znikają, a w ich miejsce pojawiają się nieoczekiwane odpowiedzi.
fot. kadr z filmu Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma
Jane Schoenbrun zwraca uwagę na problemy, które we współczesnym Hollywood wybrzmiewają coraz mocniej. Z jednej strony twórcy filmowi szukają sposobów, aby ich dzieła nie zostały wybuczane. Wątki LGBT+, kwestie rasowe czy mizoginia pojawiają się w kolejnych produkcjach, ale nie zawsze zostają wplecione w scenariusz w naturalny sposób. Decydując się na hiperpoprawność, twórcy czasem traktują je jak kolejne elementy układanki, które zupełnie nie pasują do reszty. Zamiast ukazywać rzeczywistość taką, jaka jest, powielają po raz kolejny istniejące stereotypy. W efekcie powstaje coraz głębsza przepaść, a nie most.
Kris ma być lekarstwem na wszelkie zło. W jej rękach leży stworzenie nowego, poprawnego politycznie świata Miasmy. Jej talent pozostaje jednak gdzieś w tle. Najważniejsze staje się to, jak postrzega ją otoczenie i jak wpisuje się w określony światopogląd. Zamiast być przede wszystkim filmowczynią, staje się kolejnym elementem większej układanki. Jej tożsamość zaczyna definiować ją mocniej niż jej twórczość.
Z drugiej strony mamy wieczne „odgrzewanie kotletów” przez wielkie studia filmowe. Serie, które lata największej popularności mają już za sobą, zostają zdjęte z półek z podpisem „kultowe”, wytarte z kurzu i oddane w ręce nowych pokoleń — albo i tych starszych. Motywacji może być wiele. Główną z nich jest nostalgia, która bardzo dobrze się sprzedaje. Powrót do serii, z którymi utożsamiane są określone uczucia i etapy życia, przyciąga przed wielki ekran widzów głodnych ponownego przeżycia tych momentów.
Przyciąga ich również zwykła ciekawość. Jak rozwinięto historię? Jak wypadli aktorzy? Czy oryginalna obsada powróciła? Nie można też pominąć zabawy w poszukiwanie easter eggów. Fora na Reddicie zapłoną od coraz to nowych teorii. W tym wszystkim gubi się jednak kreatywność i odkrywczość. Ile razy można oglądać to samo?
fot. kadr z filmu Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma
Powiew świeżości pobudza i zaciekawia. Zapach starej szafy i stęchłych płaszczy, choć czasem urokliwy, nie pozwala na dłuższy kontakt.
Całość zatopiona jest w teatralnej scenografii, która momentami sprawia wrażenie bardziej dekoracji niż prawdziwego obozu. I właśnie w tym tkwi jej urok. Camp Miasma nie próbuje udawać rzeczywistości. Jest trochę sceną, trochę snem, a trochę wspomnieniem czegoś, co nigdy nie wydarzyło się dokładnie tak, jak to zapamiętaliśmy. Estetykę dopełniają intensywne kolory, nadające kolejnym scenom niemal baśniowy charakter. Rzeczywistość nieustannie miesza się tutaj z wyobrażeniem, a granica między jednym a drugim coraz bardziej się zaciera.
Nie oznacza to jednak, że pod kolorową powierzchnią nie czai się niepokój. W ciemności czeka Mała Śmierć — slasherowy koszmar, który przypomina, że Camp Miasma nie jest wyłącznie miejscem nostalgicznej podróży. Film nie straszy przede wszystkim jumpscare’ami. Zamiast tego buduje poczucie, że gdzieś poza kadrem znajduje się coś, czego nie powinniśmy zobaczyć. Mała Śmierć staje się częścią tej sennej rzeczywistości — równie absurdalną, co niepokojącą.
Najciekawsza pozostaje jednak relacja Kris i Billy. Początkowo dzieli je wszystko. Kris przyjeżdża na Miasmę jako zachwycona fanka, stojąca naprzeciwko gwiazdy, którą dotąd znała jedynie z ekranu. Billy jest dla niej kimś niemal nieosiągalnym. Z czasem ten układ zaczyna się zmieniać. Gwiazda dostrzega w swojej wielbicielce coś więcej niż kolejną osobę zachwyconą jej dorobkiem. Pojawia się zainteresowanie, bliskość, a wraz z nimi uczucie i wzajemne zrozumienie.
Ta relacja dobrze współgra z szerszym tematem filmu. Kris przyjeżdża na Miasmę, patrząc na przeszłość z perspektywy współczesnej młodej twórczyni. Billy jest natomiast częścią tej przeszłości — aktorką, która przez lata funkcjonowała w świecie innych zasad, oczekiwań i sposobów tworzenia kina. Ich spotkanie staje się więc nie tylko historią dwóch kobiet, ale również spotkaniem dwóch różnych sposobów patrzenia na film.
fot. kadr z filmu Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma
Dzięki temu Miasma przestaje być jedynie miejscem akcji dawnej franczyzy. Staje się przestrzenią, w której spotykają się różne epoki Hollywood. To, co kiedyś uchodziło za normalne na planie, dziś mogłoby wywołać oburzenie. Zmienia się sposób pracy, zmieniają się oczekiwania producentów, a przede wszystkim zmienia się widz. To, co dawniej było akceptowane, dzisiaj zostaje poddane ocenie z zupełnie innej perspektywy.
I właśnie dlatego powrót do starej franczyzy nie jest tutaj wyłącznie zabawą w nostalgię. Jest próbą skonfrontowania przeszłości z teraźniejszością. Problem pojawia się wtedy, gdy współczesne Hollywood zamiast rozmawiać z przeszłością, próbuje ją po prostu przepisać.
Hollywood od lat próbuje oszukać czas. Przywraca dawne franczyzy, odmładza stare historie i szuka dla nich nowych twarzy. Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma również zagląda do przeszłości, ale nie po to, by bezmyślnie ją powtórzyć. Zamiast tego pyta, co zrobić z historiami, które nie chcą umrzeć.
Może problemem nie jest samo wracanie do starych opowieści. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy nie mamy już nic nowego do powiedzenia.
Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma nie jest filmem idealnym. Momentami jego komentarz do współczesnego Hollywood staje się zbyt dosłowny, a oniryczna forma może bardziej dzielić, niż zachwycać. Mimo to trudno odmówić mu własnego języka i pomysłu. Teatralna scenografia, intensywne kolory i absurdalność opowieści tworzą świat, który długo pozostaje w pamięci. To film niepozbawiony wad, ale zdecydowanie wart zobaczenia — szczególnie dla tych, którzy lubią kino wymykające się prostym kategoriom.
Norma Desmond znów wychodzi z cienia. Tym razem nie stoi jednak samotnie na schodach. Obok niej pojawia się ktoś, kto próbuje opowiedzieć tę historię od nowa.
Absolwentka dziennikarstwa, studentka kulturoznawstwa. Miłośniczka szeroko pojętej popkultury. Fanka filmów Marvela, krwawych horrorów i Szekspira. Członkini Zespołu Edukatorów Filmowych oraz KinoSzkoły. Uwielbia festiwale filmowe i targi książki oraz pracę z dziećmi
Tegoroczne wakacje zalały nas żarem. Słońce wciąż parzy i razi w oczy. Właśnie w takim czasie ucieka się myślami do obozów, na które wyjeżdżało się w młodości. Te wszystkie przygody, sekrety, poznawanie siebie, zawieranie nowych przyjaźni. A może nawet rozlew krwi?