Advertisement
Advertisement

Disintegration – recenzja wielkiego siewu zniszczenia z przestworzy!

Początek lipca. Egzaminy za nami, metaforyczne szkolne mundurki rzucone zostały na haczyk, a w pracy coraz intensywniej zastanawiamy się nad spóźnionym urlopem, pomimo niełatwej sytuacji jaka spotkała nas w tym roku. Hype na The Last of Us 2 trochę przygasł – może to i dobrze… Co tu robić? Czym się zająć? Panie Prezydencie, jak żyć? Oczywiście żaden prezydent nie odpowie na to pytanie, bo spoglądając w oczy wszystkich kandydatów – sami tego nie wiedzą. Ale szkoda czasu na polityczną demagogię, bo oto z pomocą nadciąga Disintegration – futurystyczny i majestatyczny symulator zniszczenia!

I to zniszczenia nie pejoratywnego, a takiego w bardzo pozytywnym sensie tego słowa. Bo i pozytywnym zaskoczeniem jest produkcja wydana przez Private Division, który to wydawca w ostatnim czasie wypuścił bardzo przyjemne Ancestors: The Humankind Odyssey (który również dla Was zrecenzowaliśmy!), a także gratkę dla tęskniących za Falloutem: New Vegas. Mowa tu oczywiście o The Outer Worlds.

Zobacz również: Ancestors: The Humankind Odyssey – recenzja gry. Gdzie zaczyna się człowiek?…

Za produkcję skrzydlatego FPS-o-RTS-a – zaraz objaśnię o co w tym chodzi – odpowiedzialni są ludzie z V1 Interactive. Chociaż jest to ich pierwsze dziecko jako studio to warto nadmienić, że twórcy zrzeszeni pod banderą V1 uczestniczyli w powstawaniu uniwersum Halo, więc projekcja futurystycznej rzeczywistości to dla nich nie pierwszyzna. A trzeba przyznać, że sam rdzeń świata i fabuły, moim subiektywnym zdaniem, jest w opór interesujący!

fot. screen z gry Disintegration (2020)

Wkraczamy w bliżej nieokreśloną przyszłość. Świat się sypie – a raczej ludzkość, swoim odwiecznym zwyczajem – go posypała. Głód, epidemie, klimat – to wszystko pokazuje, że w swoich destrukcyjnych skłonnościach jako gatunek stanęliśmy na progu sytuacji, w której jasnym jest, że nasze słabe, wątłe ciała nie przetrwają. Stan rzeczy, który wygenerowaliśmy popchnął naukowców do szukania rozwiązań. Jednym z nich stała się Integracja – proces zamknięcia ludzkiego umysłu w puszce i umieszczenia go w szkielecie droida. Jesteś głodny, a na świecie brakuje jedzenia? Jesteś daleko od domu, a musisz do łazienki? Boisz się koronawirusa? Pff, to przeżytek. Teraz musisz się skupić jedynie na regularnej wymianie oleju!

fot. screen z gry Disintegration (2020)

Integracja zmieniła oblicze ludzkości. Nie jest jednak tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać. Zabieg miał być rozwiązaniem tymczasowym, a nie totalnym. Wielu ludzi – między innymi stary, dobry Waggoner – jest sceptycznych co do zamiany w Blaszanego Drwala z Czarnoksiężnika z Krainy Oz. Powstała także grupa Zintegrowanych znana jako Rayonne, która… No, to w sumie tacy droido-faszyści. Poważnie. Uważają, że porzucenie organicznych ciał to lek na wszystko i każdy człowiek powinien się temu poddać, a następnie słuchać wyłącznie ich. Na całe szczęście nie mówią, że jakaś grupa społeczna, etniczna czy ideologiczna jest przyczyną całego zła na świecie np. destabilizacji roli rodziny jako podstawowej komórki społecznej… No, ale mniejsza o szczegóły, do rzeczy – mamy ludzkość do uratowania!

Zobacz również: The Last of Us 2 – recenzja bez spoilerów. Nie, ta gra nie jest arcydziełem.

Wcielamy się w Romera Shoala – swego rodzaju celebrytę, fenomenalnego pilota gravilotu (ang. Gravcycle). Romer postanowił być postępowy i przenieść swój mózg do metalowej puszki. Wkrótce staje w centrum konfliktu i staje się pomazańcem, którego zadaniem jest poprowadzić krucjatę mającą na celu sprawienie, aby ruch oporu uratował ludzkość przed droido-faszyzmem (wiem jak to brzmi… Dlatego zastosowałem ten neologizm już drugi raz. To silniejsze ode mnie, przepraszam).

Disintegration łączy w sobie FPS i RTS – i przyznam, że kręcą mnie takie hybrydy gatunków i typów rozgrywki. Cieszy mnie, że twórcy są odważni i szukają nowych trybów rozgrywki – niech świadczy już o tym to, że taki na przykład Nordic tak ładnie reaktywował serię Spellforce. Tutaj, jako Romer Shoal, sterując uskrzydlonym, opancerzonym i uzbrojonym w różne bronie powietrznym motórem mamy za zadanie także dowodzić naszą naziemną drużyną towarzyszów broni. I przyznaje – ma to sens. Sojuszników musimy leczyć, dbać na kim mają skupić ogień, aby wygrać starcia, analizować obecność zasłon podczas wymiany ognia. Aspekt strategiczny jest tu naprawdę tym czym miał być. Jest immanentny, niezbywalny i sensowny. Wiele dalszych starć jest prawie nie do wygrania bez pomocy naszych jednostek naziemnych. Sam pomysł gravilotów został świetne zrealizowany, pomimo że na początku myślałem, że szybko mnie znuży, bo widziałem już nieco podobny system w Warframe. Ale to nieco inna para kaloszy.

fot. screen z gry Disintegration (2020)

Nie mogę jednak obojętnie przejść obok sposobu przedstawienia fabuły. Bo chociaż zajawka bardzo intrygująca, to myślę, że samemu sposobowi jej zaprezentowania potrzeba trochę więcej uczucia. Zdaję sobie sprawę, że w Disintegration trzonem całej zabawy jest rozwałka i tryb multiplayer, ale moim zdaniem fabule brakuje tu nieco płynności, dzięki której gracz mógłby w niej błogo tonąć.

fot. screen z gry Disintegration (2020)

Inną kwestią jest interfejs i sterowanie. Z ciekawości podłączyłem do peceta pada i… najwyraźniej mam jedną rękę albo półkulę mózgową za mało, bo sterowanie padem w wersji przeznaczonej na PC najprzyjemniejsze nie było. Ale może to kwestia wyczucia, przyznaję – ostatnie produkcje, które mnie świetnie bawiły przy użyciu pada to Mortal Kombat X, Injustice 2 i Assasin’s Creed więc nie mogę też powiedzieć, żeby pad był moim przedłużeniem ręki i lubię go używać do gier innego typu. Bez bicia za to przyznam, że sterowanie klawiaturą i myszką jest bardzo przyjemne, niemal instynktowne. I fajnie, fajniusio – cytując Dario.

Zobacz również: Mortal Kombat 11: Aftermath – recenzja DLC. Nie ufaj nikomu

Grafika i malowniczość przedstawionego świata na jak najbardziej poprawnym poziomie. Nie mam tu nic do zarzucenia. Mało tego – muszę pochwalić tu optymalizację, bo moim zdaniem nawet na nieco słabszych pecetach procesor nie smaży się po półgodzinnej rozgrywce na zadowalających wymaganiach. A nie oszukujmy się – ego pecetowców (w tym i moje) jest podłechtane ilekroć twórcy gry nie położą sprawy z optymalizacją gry na nieco słabszy sprzęt. Co nie zmienia faktu, że Disintegration zoptymalizowane, ale jednak swoje wymagania ma i nie pójdzie na dwóch kartoflach połączonych miedzianym drutem. To samo tyczy się udźwiękowienia – tworzy ono przyjemny nastrój, ale zalecam używanie słuchawek – wszakże Konfucjusz mawiał – jeśli chcesz w pełni czerpać radość z FPS-a, założyć musisz słuchawki. Tak mówił. Wcale nie zmyśliłem tego na poczekaniu.

Podsumowując – Disintegration to piękny i przyjemny symulator siania zniszczenia z przestworzy. Mechanika rozgrywki w nim gra i buczy jak powinna, chociaż samemu przedstawieniu świata i fabule przydałoby się nieco więcej miłości. Bez wątpienia jednak to celna pozycja na letnie chwile, kiedy przez cały dzień wystarczy nam upałów i słońca, a chcemy nieco podnieść sobie poziom serotoniny i adrenaliny ratując ludzkość!

Ilustracja artykułu: Private Division

Redaktor

Mały, szary człowiek. Tak podsumowałby go pewnie Adam Ostrowski. Albo też "bardzo dziwny, zaczarowany chłopiec" jak zrobiłby to Nat King Cole. Niepoprawny politycznie obserwator współczesności - świata, kina, książek i gier wideo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?