Dzisiejsze dzieciaki nie wiedzą, czym jest wiara w to, że chmury są zrobione ze słodkiej waty a Księżyc z sera. Internet kastruje ich wyobraźnię i zabiera czas na bezmyślne gapienie się w niebo. Sam wierzyłem w teorię watowych cumulusów, ale najwyraźniej John Scalzi wyznawał hipotezę nabiałowej Luny. Jego Serny glob opowiada jednak nie tylko o dziwacznej przemianie Księżyca, ale i ludzkości.
Wszystko zaczyna się od niepozornego odkrycia w muzeum w Wapakonecie. Lokalne próbki skały księżycowej zaczynają wyglądać inaczej niż zazwyczaj. Po wstępnych oględzinach wyraźnie dają zapaszek czegoś, co nie kojarzy się z naszym kosmicznym satelitą. Skały przywiezione przez samego Neila Armstronga zamieniły się w ser i może dałoby się to zamieść pod dywan, gdyby podobna transformacja nie dotknęła naturalnego satelity Ziemi.
Trochę twardego SF, bo autor może opiera się na szalonym pomyśle, ale nie zawieszonego totalnie w próżni. Różnica we właściwościach skały i sera jest oczywista. Zwłaszcza, gdy mówimy o skali planetarnej. Transformacja bazaltowej skały w bliżej nieokreślony gatunek sera to prosty przepis na zagładę ludzkości. Serowy Księżyc zapada się pod wpływem własnej organicznej masy, pojawiają się gejzery wystrzeliwujące w próżnię serowe gazy, a jakiekolwiek lądowanie to czyste samobójstwo. Mimo to znajdują się tacy, którzy chcą za wszelką cenę być podpuszczkowym astronautą, a cała sytuacja dla ludzkości ma dość memiczny wymiar. Pamiętacie Nie patrz w górę z Leo DiCaprio? Tu może nie jest tak źle, ale Scalzi idzie w podobne tony.
John Scalzi może nie tworzy futurologicznego, ambitnego SF w stylu Lema czy Clarke’a, ale dokonuje czegoś, za co wymienieni autorzy by go pochwalili. O ile we wspomnianym filmie reżyser Adam McKay momentami bywa karykaturalny, tak Scalzi mocniej trzyma się socjologicznego realizmu epoki wszędobylskiej Sieci i socialek. Ludzie snują teorię, stroją żarty, zwiększa się popyt na ser, ale nikt nie myśli poważnie, że ogromny kawał produktu spożywczego to znacznie niebezpieczniejsza rzecz niż lita, godna zaufania skała. Normiki żyją sobie normikowym życiem, ale na szczytach dzieją się ciekawsze rzeczy.
Nie jest jednak tak, że Scalzi to śmieszek absolutny. Co prawda sprawa szalonego miliardera inspirowanego Elonem, Jeffem i innymi burżuazyjnymi degeneratami ma w sobie elementy humorystyczne, ale zachowania prezydenta USA czy elit finansowych boleśnie przypominają, że świat należy do możnych i wpływowych, którzy nawet w obliczu zagłady wywęszą okazję do nachapania się i dokręcenia sprytnie śruby maluczkim. Wisienką na torcie jest finał Sernego globu. Na scenę wkraczają denialiści i internetowi racjonaliści wierzący w „chłopski rozum”. Znakomite ujęcie nosicieli foliowych czapeczek.
Serny glob to komedia SF z ironicznym komentarzem na temat ludzkości. John Scalzi, omijając przydługie naukowe teoretyzowanie hard SF, zagłębia się w społeczny i ekonomiczny aspekt serowej transformacji Luny. I wychodzi mu to perfekcyjnie. Nie ucieka przy tym od czystej fizyki, ale pozwala sobie na fantazjowanie na tyle, by ukazać coś więcej niż kosmiczną przemianę. Oby tylko w świecie, gdzie wszystko może być prześmiewczym memem i zabawnym viralem na tiktoku, powieść Scalziego nie okazała się ponurym proroctwem. Oczywiście w kontekście zagłady samej w sobie, niekoniecznie serowej.

Strona książki Serny glob
Tytuł oryginalny: When the Moon Hits Your Eye
Autor: John Scalzi
Tłumaczenie: Jakub Bartosiewicz
Wydawca: Fabryka Słów 2026
Stron : 472
Ocena: 85/100
Tomasz Drozdowski
Dziennikarz, felietonista. Miłośnik klasyki SF, komiksów i muzyki minionych bezpowrotnie dekad.