O tym, jak przemożny wpływ na całe pokolenie widzów wywarła Hannah Montana, można by bez przesady napisać opasły tom. Fenomen ten nie ograniczał się tylko do telewizyjnej rozrywki - był to swoisty znak czasu, element dorastania, a dla wielu także emocjonalna przystań w chwilach niepewności. Sam swego czasu dawałem temu wyraz na łamach wcześniejszych tekstów. Nic zatem dziwnego, iż wieść o powstaniu odcinka specjalnego obudziła we mnie nutę nostalgii - cichą, lecz wyraźnie słyszalną. Powrót ten jawił się niczym ostatni akord wielkiej kariery, przywodząc na myśl pożegnalne występy Black Sabbath - wydarzenia doniosłe, lecz podszyte pytaniem: czy rzeczywiście potrzebne?
Hannah Montana: 20 lat później to próba zmierzenia się z legendą, jaką przez lata obrosła postać wykreowana przez Miley Cyrus. Artystka powraca na plan dawnego serialu, snując opowieści zza kulis, przywołując wspomnienia i rekonstruując własną drogę do sławy. Towarzyszy jej Alex Cooper, pełniąca rolę rozmówczyni i zarazem reprezentantki fanowskiej publiczności. Całość przeplatana jest występami muzycznymi, które mają przywołać ducha dawnej Hannah, jednocześnie osadzając go w teraźniejszości.
Problem jednak w tym, iż owo przedsięwzięcie, zamiast być zbiorowym powrotem do przeszłości, przybiera formę niemal monograficzną. Twórcy skupiają się niemal wyłącznie na postaci Miley Cyrus, jak gdyby zapominając, że sukces serialu był wynikiem pracy całego zespołu. Owszem, to ona była twarzą i głosem projektu, jego centralnym punktem. Lecz wokół niej orbitowały postaci równie istotne dla odbioru całości: Emily Osment, Jason Earles czy Mitchel Musso, którzy współtworzyli ekranową chemię i budowali emocjonalne przywiązanie widzów.
Ich nieobecność pozostawia wyraźną lukę. Owszem, pojawiają się krótkie segmenty z udziałem Billyego Raya Cyrusa, a także występ Seleny Gomez, który według mnie był absurdalny, bowiem ona pojawiła się w tym serialu jedynie epizodycznie. Nie zmienia to jednak faktu, iż całość przypomina raczej „one-woman show” niż pełnoprawne spotkanie po latach. A przecież tradycja tego rodzaju przedsięwzięć - by przywołać choćby specjalny odcinek serialu Przyjaciele czy filmowej sagi Harry'ego Pottera - opiera się na wspólnocie doświadczeń i ponownym zjednoczeniu obsady, nie zaś na jednostronnej narracji.

Sama Miley Cyrus prezentuje się tu jako osoba świadoma własnego sukcesu, pewna swojej pozycji i znaczenia. Nie sposób jej tego odmówić - jest wszak jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci współczesnej popkultury. Problem pojawia się jednak w momentach, gdy próbuje odsłonić bardziej ludzkie, wrażliwe oblicze. Wówczas jej wypowiedzi sprawiają wrażenie wyreżyserowanych, a emocje - wymuszonych. Kulminacją tego dysonansu jest scena, w której pojawia się łza, nazbyt teatralna, by mogła zostać odebrana jako autentyczna. Zamiast wzruszenia rodzi się dystans.
Na domiar tego, w odcinku pojawia się szereg postaci ze świata show-biznesu, których związek z „Hannah Montaną” jest co najwyżej luźny lub bardziej backgroundowy. Zabieg ten, zamiast poszerzać perspektywę, rozmywa temat i odciąga uwagę od tego, co powinno stanowić istotę takiego powrotu - wspólnoty doświadczeń twórców i widzów. Nie obchodzą mnie wypowiedzi charakteryzatorki Miley. Bardziej mnie obchodzą wspomnienia serialowej Emily czy Jasona.
W rezultacie Hannah Montana: 20 lat później jawi się jako przedsięwzięcie niespełnione. Zamiast pełnego, wielogłosowego hołdu dla serialu, który ukształtował całe pokolenie, otrzymujemy jednostronną opowieść, pozostawiającą widza z poczuciem niedosytu. Brak dawnej obsady, powierzchowne potraktowanie tematu oraz wyraźna dominacja jednej narracji sprawiają, iż trudno mówić o satysfakcjonującym zamknięciu tej historii. Jeśli tak właśnie ma wyglądać upamiętnienie dziedzictwa Hannah Montany, to być może - paradoksalnie - większą godność miałoby pozostawienie go w sferze wspomnień. Tam bowiem, w pamięci widzów, serial wciąż trwa w swojej najczystszej, nieskażonej formie.
Geek i audiofil. Magister z dziennikarstwa. Naczelny fan X-Men i Elizabeth Olsen. Ogląda w kółko Marvela i stare filmy. Do tego dużo marudzi i słucha muzyki z lat 80.