Dragon Ball Z: Kakarot – recenzja gry. Przeżyjmy to jeszcze raz, ale bardziej!

Dragon Ball silną marką jest – tego nikomu mówić nie trzeba. Nic więc dziwnego, że średnio co dwa lata dostajemy kolejną grę osadzoną w tej popularnej franczyzie. Wiąże się to oczywiście z ryzykiem, że twórcy zaczną zwyczajnie żerować na fanach podchodzących do Smoczych Kul z dużym sentymentem, sprzedając im odgrzewany kotlet. Jednak po ogromny pozytywnym zaskoczeniu, jakim był Dragon Ball FighterZ, ze sporą dozą optymizmu podchodziłem także do Kakarot. Czy się zawiodłem?

Cha-la Head Cha-la – właśnie tym utworem wita nas gra Dragon Ball Z: Kakarot tuż po jej uruchomieniu. Twórcy potrafią zagrać na emocjach i nie wysilają się na stworzenie własnej ścieżki otwierającej – no bo i po co, skoro te dobrze znane dźwięki idealnie wprowadzą nas w sentymentalną podróż. Jak widać, moje obawy we wstępie o zagraniu na strunie sentymentu nie są bezpodstawne, bo już na wstępie dostajemy prawym sierpowym, przypominającym o długich seansach z Dragon Ballem. Ok, jednak to ma być gra omawiająca wydarzenia z Zetki, więc opening z tej części mógł się tutaj znaleźć. Nie musi to od razu oznaczać taniej próby sprzedania nam tego samego po raz setny – i uff, na szczęście wcale tak nie jest.

Zobacz również: One Piece: World Seeker – recenzja gry z ogromnym, nie do końca wykorzystanym potencjałem!

Dragon Ball Z: Kakarot to kolejne podejście do historii Goku i reszty jego licznej ferajny z najpopularniejszej części Z. Ponownie więc rozpoczynamy historię od najazdu Saiyan na Ziemię oraz kończymy na pokonaniu Buu. Przechodzenie tej samej historii, którą zna się już praktycznie na pamięć, nie zachwycało mnie jakoś szczególnie i przed premierą miałem spore wątpliwości, czy będę czerpał z Kakarot przyjemność. Jednak sentyment to dziwna rzecz i mimo, że doskonale wiedziałem, co się za chwilę wydarzy w fabule, nadal chciałem brnąć w to dalej. Chciałem jeszcze raz zobaczyć przemianę Goku w Super Saiyanina, poczuć złość Gohana w walce z Cellem oraz zobaczyć epicką Genki Damę w starciu z Buu. Tak, sam byłem zdziwiony, że już po kilku godzinach zabawy z Kakarot, ponownie przepadnę w świecie Smoczych Kul. A duża tu zasługa twórców gry, którzy dali nam ponownie to samo, tylko bardziej.

Główna linia fabularna Dragon Ball Z znana z mangi czy anime została odwzorowana tu jak nigdy dotąd w żadnej innej grze. Nie myślcie sobie, że znajdziecie tutaj tylko wymienione przeze mnie wcześniej doskonale wszystkim znane pojedynki – tutaj jest wszystko. Każdy szczegół, typu przygotowanie do walki z Saiyanami, trening Gohana przez Piccolo i wiele, wiele więcej – to wszystko zostało tutaj pokazane. Raz przez grywalne fragmenty, gdzie walczymy i robimy niewymagające czynności, czy po prostu w formie przerywników filmowych. W przypadku tych drugich twórcy poszli jednak trochę za daleko, bo zdarza się, że pada będziemy mogli odłożyć nawet na dobre pół godziny. Fajnie jest to oglądać, lecz mimo wszystko mamy do czynienia z grą. Nie zmienia to jednak faktu, że tak szczegółowo nigdy nie było.

Zobacz również: Jump Force – recenzja. Uczta dla fanów anime o mordobiciu, i tylko dla nich!

I jakby tego było mało, dostajemy jeszcze półotwarty świat, gdzie do naszej dyspozycji zostaje oddane całe mnóstwo aktywności pobocznych. Spotkamy tu multum postaci drugo- , trzecioplanowych, które zwykle nie dostają czasu w grach z uniwersum Dragon Balla. Dla mnie osobiście dużym plusem jest także powrót do postaci oraz wspominanie wydarzeń z pierwszej serii Dragon Balla, która często jest pomijana – a szkoda, bo to bardzo sympatyczna przygoda nastawiona na większą dawkę humoru. Spotkamy więc między innymi pozostałości po Armii Czerwonej Wstęgi w postaci agresywnych robotów oraz tych bardziej przyjaznych jak Android 8 (zwany też Ósemkiem). Misje poboczne choć często bardzo schematyczne – porozmawiaj z tamtym, znajdź to – to właśnie dzięki nim możemy poznać więcej ciekawostek ze świata, na które zwykle nie ma miejsca. Reszta aktywności to już bardziej typowe minigierki polegające na łowieniu ryb, zbieraniu niezbędnych do nauczenia nowych zdolności kul Z oraz oczywiście poszukiwanie smoczych kul, dzięki którym możemy przyzwać spełniającego życzenia Smoka.

Fot. Screen z gry Dragon Ball Z: Kakarot

Dragon Ball Z: Kakarot to jednak głównie pojedynki – bo w końcu o tym jest cała seria. Walka w grze jest bardzo przyjemna, a zarazem bardzo prosta. Opiera się na uderzeniach, uderzeniach kulami energii, unikach oraz doładowaniu energii, za co odpowiadają główne przyciski na padzie. Łączyć możemy to z blokiem oraz atakami specjalnymi czy transformacjami. Walka jest naprawdę niewymagająca, co może być plusem, ale z czasem także minusem, bo zwyczajnie niektórych znudzi. Trudno jednak odmówić efektowności temu modelowi walki, który prostymi metodami potrafi wywołać szeroki uśmiech. Bo jak tu się nie uśmiechnąć, gdy wejdzie nam potężna Kamehameha lub Genki Dama? Gdy dodatkowo połączymy to z ikonicznymi momentami z fabuły, dostajemy naprawdę widowiskową zabawę, która jeszcze bardziej zwiększa fan płynący z towarzyszenia Goku i reszcie.

Zobacz również: Dragon Ball FighterZ- recenzja genialnej bijatyki z uniwersum Smoczych Kul!

Szkoda jednak, że twórcy nie natrudzili się, aby odrobinę podrasować system walki, który nie wiele różnic się od tego, co zobaczyliśmy w Dragon Ball: Xenoverse. Gra jest dość długa i w dalszym etapie zabawy zaczynałem odczuwać znużenie, bo najskuteczniejsze okazuje się tu spamienie jednego przycisku i od czasu do czasu użycie jakiegoś superataku. Zganić można też żmudny system uczenia zdolności bohaterów, do czego potrzebujemy Kul Z oraz Medali D. Jeśli chcemy więc wymaksować umiejętności postaci, jesteśmy zmuszeni do eksplorowania świata. Z drugiej strony jest to całkowicie opcjonalne, bo nie ma potrzeby aż tak levelować, aby na spokojnie przejść fabułę. Plusem w Dragon Ball Z: Kakarot jest za to oryginalna ścieżka dźwiękowa oraz głosy postaci – jest praktycznie jak samo jak 30 lat temu. Oprawa graficzna również wypada bardzo przyjemnie i idealnie pasuje do klimatu serii. No i mamy w końcu polską wersję językową – choć pewnie sporo osób będzie narzekać na tłumaczenie nazw własnych zapożyczone z mang JPF.

Zobacz również: TOP 10 – Najlepsze gry z uniwersum Dragon Balla!

Gra Dragon Ball Z: Kakarot w żadnym razie nie zrewolucjonizuje rynku gier. Gdyby nie znana marka, do której mamy ogromny sentyment, produkcja mogłaby przejść niezauważalnie. W wielu aspektach to gra już trochę archaiczna, co może dużo osób odrzucić. Mimo wszystko spędzonych z Kakarot kilkudziesięciu godzin nie uznałbym za stracone, gdyż zwyczajnie dobrze się przy niej bawiłem i fantastycznie było jeszcze raz przeżyć tę historię. Poza FighterZ, które odbiegało od kanonicznej historii, to jedna z lepszych gier opowiadających znane z mangi/anime wydarzenia. Jest efektownie, jest solidnie, a każdemu fanowi Dragon Balla serce nieraz zabije tuta szybciej. It’s Over 9000!

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor współprowadzący działu Gry

Gra więcej, niż powinien. Od czasu do czasu obejrzy jakiś film, ale częściej sięgnie po serial w domowym zaciszu. Niepoprawny fanatyk wszystkiego, co pochodzi z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?