Ema – recenzja elektryzującego dzieła Pablo Larraína

Zapowiadany jako najgorętszy film sezonu, Ema jest tego rodzaju widowiskiem, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Wizualnie wyzywającym i hipnotyzującym, muzycznie oszałamiającym i popisem dwójki głównych aktorów. Jeżeli tak jak u mnie, Ema zagra na odpowiedniej strunie, nie będziecie się w stanie od niej uwolnić. W ciągu ostatniego roku widziałem ten film trzykrotnie i chętnie zobaczę go jeszcze raz.

W lakonicznej deklaracji do weneckiego katalogu festiwalowego w ubiegłym roku chilijski reżyser Pablo Larraín napisał o swoim najnowszym dziele: “Medytacja o ludzkim ciele, tańcu i macierzyństwie”. I nie ma w tym sformułowaniu niczego nieprawdziwego, co jednak nie oddaje jego ambitnej i skomplikowanej formy. Ema to najbardziej współczesny i dotykający uniwersalnych problemów film Larraína. W poprzednich produkcjach twórca patrzał w przeszłość: w Nerudzie były to lata 40., w Jackie – lata 60., w Tonym Manero – lata 70, w Nie – lata 80. Jego najnowsza propozycja to również jedna z największych niespodzianek weneckiej imprezy, obraz który podzielił publiczność i krytyków. Będąc atmosferycznem, nasyconym pulsującą muzyką reggaetón i zapadającymi w pamięć obrazami, Ema igra z oczekiwaniami widza. Niezbyt sympatyczne postacie utrudniają nasz emocjonalny angaż w oglądaną historię. Niesłusznie określony przez niektórych moich kolegów po fachu jako „nieudany eksperyment” film spotkał się z mieszanym przyjęciem. Ja nie mogłem od ekranu oderwać wzroku.

Mariana Di Girolamo i Gael Garcia Bernal w Ema

Mariana Di Girolamo i Gael Garcia Bernal w filmie Ema / fot. materiały prasowe

Grająca tytułową postać Mariana Di Girolamo jest jednym z odkryć festiwalu i jej kreacja na pewno zasługuje na uwagę. Ema, z krótkimi blond włosami zaczesanymi do tyłu, w obcisłej bluzce w panterkę i spodniach dresowych w pierwszych ujęciach filmu spaceruje po chilijskim mieści Valparaíso z miotaczem ognia, paląc światła drogowe, place zabaw, samochody. Piromania to jedna z pasji bohaterki, którą można określić każdym słowem oprócz “banalna”. Młoda kobieta uczy dzieci tańca w szkole, w wolnych chwilach z koleżankami  pląsa w rytmach reggaeton, ale przede wszystkim jest gwiazdą eksperymentalnego zespołu tanecznego, prowadzonego przez jej męża – Gastóna (Gael García Bernal). Razem ze starszym od niej o kilkanaście lat mężczyzną starali się o dziecko, ale bez sukcesu. Zdecydowali się na adopcję, ale po niecałym roku oddali chłopca z powrotem. Poznajemy ich właśnie w momencie, gdy siedmioletniego Polo nie ma już w ich życiu. Została po nim ogromna rana, której wydaje się nie można zaleczyć. Nie pomaga w tym otoczenie, wytykające parę jako zwyrodnialców bez serca.

Mariana Di Girolamo w filmie Ema / fot. materiały prasowe

Mariana Di Girolamo w filmie Ema / fot. materiały prasowe

Jedną z kluczowych scen film jest wymiana zdań pomiędzy bohaterami o tym, czym jest dla nich muzyka reggaetón. Mężczyzna twierdzi, że to „muzyka, w której nie musisz myśleć, więc możesz zapomnieć o więzieniu, w którym żyjesz i uwięzić swój umysł… To hipnotyczny rytm, który sprawia, że głupiejesz… To iluzja wolności”. Wysoka kultura, którą tworzy jego zespół taneczny, ma być tego przeciwieństwiem. Dla Emy melodie reggaetón to coś zupełnie innego: „lubię to tańczyć, ponieważ to tak, jakbym uprawiała seks, szczęśliwa, z czerwoną twarzą, przeklinająca, gorąca, soczysta, szalona, w ruchu… I nagle… Otaczają mnie ludzie. I wszyscy są równie gorący i poruszający się, jakby uprawiali seks, ale z muzyką”. Dla wielu widzów może to być  finalne rozgraniczenie za którą stroną się wypowiedzą.

Podobnie jak w Historii małżeńskiej Baumbacha opowieść koncentruje się wokół rozsypującego się związku pomiędzy dwojgiem ludzi. Trawiący Emę metaforyczny ogień nie pozwala jest unikać trudnych tematów, ranić swojego partnera szukając ekscytacji w kolejnych związkach. Rozmowy pomiędzy małżonkami należą do najgorszych, najbardziej gorzkich wymian zdań, jakie zdało mi się słyszeć w kinie. “Ty bezpłodna świnio”, “on ma już na pewno lepszą matkę niż ty”, “nigdy nie powiedziałaś mu, że go kochasz” – przerzucają się inwektywami niemal bez emocji bohaterowie, patrząc prosto w obiektyw kamery. Czy po tym, jak Polo spalił siostrze Emy włosy, albo włożył ich znajomych kota do zamrażalki, wy zareagowalibyście inaczej? Jakie są granice miłości rodzicielskiej? Czy po tak dramatycznej decyzji jak oddanie dziecka można się z tego pozbierać? Przecież jaszczurce po stracie ogona wyrasta nowy. Tak, ale nie od razu – “najpierw jest zdezorientowana i popieprzona” mówi reżyser. Chyba nie można lepiej opisać tego, co dzieje się z Emą i Gastónem.

Wykluwająca się z hipnotyzujących, skąpanych w światłach neonów obrazów i pulsujących dźwięków historia brzmi na rodem wyjętą z depresyjnego dramatu rodzinnego. Jednak dzięki oryginalnemu stylowi opowiadania i niesamowitej kreacji aktorskiej Mariany Di Girolamo dostajemy tu prawdziwy żywioł. Ema, skrywająca prawdziwe oblicze pod magnetyzującymi oczami, chce czuć, chce doświadczać życia, zrobi wszystko, żeby postawić na swoim. Nawet, jeżeli będzie to zostaniem wyrzuconym z pracy, z zespołu tanecznego męża, czy przespanie się praktycznie z całą grupą znajomych i nieznajomych. W tym szaleństwie jest metoda. “Uczę wolności” mówi podczas rozmowy o pracę. Jej wyzwalające nastawienie do wszystkiego tylko to potwierdza. Dlatego jest w Emie pewna nadzieja, kryjąca się pod pozornie chaotyczną fabułą i przestylizowaną, ale paraliżującą pięknem formą. Larraín nie rości sobie prawa do stworzenia społeczno-realistycznego dramatu, ale do oddania stanu świadomości pewnej jednostki. I doskonale mu się to udało.

Ilustracja wprowadzenia i plakat: materiały prasowe

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?