Gotham i kryzys to jak Kraków i pijani Brytole. Nieodłączny element krajobrazu, zdający się towarzyszyć miastu od zawsze. A przynajmniej od momentu debiutu Batmana. Gotham nigdy nie miało lekko i miejskie cienie zdawały się większe niż gdzie indziej. Okresowo jednak światła przygasają jakby bardziej, ale od tego właśnie jest Batman, by nieco rozjaśnić sytuację. Tym razem nad Gotham nadchodzi zagrożenie z innego świata, posiadające macki i szalone plany.

Strona komiksu Batman: Miasto szaleństwa
Kolejny raz coś wisi w powietrzu i wyczuwa to nie tylko Mroczny Rycerz, ale i jego kumple z Arkham. Najbardziej zaniepokojony jest Trybunał Sów, który wręcz uśmiecha się do Batmana i proponuje współpracę. A jest ona konieczna, bo znów pojawiają się lubiane w DC motywy innego wymiaru. Może nie od razu kolejnego wszechświata, ale Dolnego Gotham. Krainy będącej lustrzanym odbiciem miasta Batmana, ale w bardziej pokręcony sposób. Choć szczęśliwie nie tak, jak w Mrocznym Multiwersum.
Wpływy Lovecrafta są tu oczywiste. Mackowata morda Batmana aż nadto pokazuje jego genezę, ale Christian Ward sięga dalej niż tylko do twórczości Samotnika z Providence. Żywe są tu nawiązania do Azylu Arkham, zarówno w scenariuszu, jak i rysunkach. Nie są to subtelne hołdy bez znaczenia, a pomysłowo stworzone alternatywy wydarzeń z dzieła Morrisona i McKeana. No i sam Trybunał Sów. DC od czasu jego debiutu nie miało za bardzo na niego pomysłu, ale Wardowi udało się odrobinę przywrócić jego zakulisowo złowieszczy styl. Bo może Sowy poklepują Gacka po plecach, ale to raczej tuszowanie własnych grzeszków i dbanie o swoje interesy na miarę skompromitowanych miliarderów, niż nagły przypływ moralności.

Strona komiksu Batman: Miasto szaleństwa
Batman: Miasto szaleństwa robi wszystko, czego wymaga się od dobrego tytułu z DC Black Label. Dolne Gotham nie jest udziwnione i na siłę ponaciągane, by móc ukazać, jakie to ono nie jest odmienne i przerażające. Ward dokonuje kilku zmian, które promieniują dalej i jedną z nich jest morrisownowski Amadeusz Arkham. Spotyka go dokładnie ta sama tragedia rodzinna, ale dalsze losy Gotham i jego samego to zupełnie inna opowieść. Pomysłowo wypadają też inne elementy, jak relacja Bruce’a z Alfredem czy Dentem. Ten pierwszy nie jest nieustannie nienagannym kapciowym Mrocznego Rycerza, a Two-Face i jemu podobni są bardziej ofiarami niż oprawcami. Motyw szaleństwa nie jest w tytule tylko dla przyciągnięcia uwagi. Problemy psychiczne są tu ukazane przez pryzmat arkhamski, ale racjonalny. Bez komiksowego przejaskrawienia.
Christian Ward nie pojawia się na naszym rynku tak często, jak powinien, a szkoda, bo to oszałamiający rysownik. Nie wszystkim może spodobać się jego technika i kolory, ale miłośnicy Dave’a McKeana czy Billa Sienkiewicza z pewnością będą mieli czym nacieszyć oko. Ward pokazuje nam obłęd na neonowo-mroczną modłę. Wystarczy spojrzeć na tutejszego Denta i jego odpowiednik oraz to, w jakim sposób w kadrach ukazywana jest akcja. Zarówno ta typowo batmanowa, jak i bardziej kameralna, związana z Dolnym Gotham. No i ta feeria barw. Daleka od klasycznej mroczności Gotham, ale jednocześnie z zachowaniem pełni jego przytłaczającego cienia.

Strona komiksu Batman: Miasto szaleństwa
Batman: Miasto szaleństwo to lovecraftowska historia ulokowana klimatem gdzieś między Gothamskim nokturnem Rama V, a Azylem Arkham Morrisona. To komiks udany i trzymający fason tych lepszych pozycji z DC Black Label i nie odczułem nawet niedosytu, jak przy innych pozycjach z tego imprintu. Christian Ward, przy całej atmosferze grozy, przemyca dodatkowo przesłanie familijne, a to, jak kończy komiks, powinno być inspiracją dla twórców głównej serii z Gackiem.

Okładka komiksu Batman: Miasto szaleństwa
Tytuł oryginalny: Batman: City of Madness
Scenariusz: Christian Ward
Rysunki: Christian Ward
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawca: Egmont 2026
Liczba stron: 175
Ocena: 80/100
Tomasz Drozdowski
Dziennikarz, felietonista. Miłośnik klasyki SF, komiksów i muzyki minionych bezpowrotnie dekad.