25 lat niewinnosci. Sprawa Tomka Komendy – recenzja filmu! Ja nic nie zrobiłem…

O sprawach tak bulwersujących, jak ta Tomasza Komendy, należy opowiadać z wyczuciem. Nie tylko emocji, ale również formy i pewnej powściągliwości, która byłaby w stanie film o tej tematyce zaprowadzić bardzo daleko. Z 25 lat niewinności, gdyby z takim wyczuciem ktoś był w stanie je nakręcić, mógłby wyjść naprawdę głośny i wywołujący dużą debatę publiczną i szacunek film. Mniej więcej taki, jakim był Kler dwa lata temu czy Boże Ciało rok później. Niestety wspomniane wyczucie jest tym, czego najnowszej produkcji Jana Holoubka czasem zbyt wyraźnie brakuje. Bo tak jak bohater tej historii każdym swoim spojrzeniem mówi, że nic nie zrobił, tak podobnie mógłby powiedzieć reżyser. Bo choć się starał, to ta historia w jego filmie nie wybrzmiewa tak, jak powinna. A jeśli już się jej to momentami udaje, to raczej nie dzięki, a wbrew scenariuszowi.

Pierwszy akt filmu nastraja tu szczególnie negatywnie. Na seans szedłem z obawami, że będzie to odhaczenie wszystkich typowych dla tego typu kina motywów i nie pomyliłem się. Mamy film o dobrym chłopaku, który został skazany za zbrodnię, której nie popełnił i to tyle. Tomek pracuje w myjni, pewnego dnia z rana wpada do jego rodziny policja, zabiera do więzienia i przybija zarzuty. A że wiemy, jakie są to zarzuty, to i wiemy, co się z takim człowiekiem będzie działo w więzieniu. Ten moment filmu to największa ze sztamp, w którą nie jest zapakowane ani trochę emocji i ludzkich odczuć. Tym, co je natomiast zastępuje, jest daleko idący brak subtelności. Symbolem tego niech pozostanie scena, w której skazują Tomka. Wtedy, po ogłoszeniu wyroku mamy ciszę, a potem kilkusekundowe zbliżenie na biegającego po oknie owada. Wygląda jak wzór subtelności.

fot. materiały prasowe/Robert Pałka

Potem jednak, w późniejszej części filmu dzieją się rzeczy na szczęście nieco lepsze. Do historii, choć nie jej najbardziej dramatycznych momentów, wtłoczona jest krew i nieco ludzkich emocji. Wtedy, gdy rozpoczynamy śledztwo z granym przez Dariusza Chojnackiego Remigiuszem Korejwo. Jasne, przez to, jak krótki jest jego ekranowy czas oraz ze względu na fakt, że cały czas trzeba go łączyć z przeżyciami Tomka, potraktowano go dość pretekstowo, ale film zdecydowanie dzięki niemu nabiera tempa. Przy okazji prowadzenia śledztwa w oczach naszych głównych bohaterów widzimy nadzieję, co daje nam nieco zapomnieć o fakcie oglądania sztampowego opartego na faktach filmu. Postacie główne również zaczynają mówić ludzkim głosem. Widać desperację, widać koniec nadziei i jej kolejną iskierkę. Coś tu wreszcie czuć.

Zobacz również: Tenet – recenzja nowego filmu Christophera Nolana! ainawokdązropuein ąraim aiportnE

Film broni się również całkiem nieźle aktorsko. Agata Kulesza i Piotr Trojan w całej miałkości swoich ekranowych postaci dają radę, ale najlepszą robotę robi na drugim planie Jan Frycz oraz trójka sprawiedliwych zajmujących się wyciągnięciem Tomka z aresztu. Są oni bodźcami, pozwalającymi z postaci Tomka wykrzesać coś więcej, niż męki w więzieniu człowieka, któremu przyklepano gwałt na nieletniej. W momencie, gdy nasz skazany mówi, że czekał na nich 17 lat, słyszymy dość ważny dla tego filmu autokomentarz. Bo ten scenariusz też ewidentnie czekał na nich, aby zainteresować widza. Podobnie zresztą wyglądała intryga Rojsta, poprzedniej dużej produkcji Jana Holoubka.

fot. materiały prasowe/Robert Pałka

Najlepszy jest tu jednak wątek, Doroty P., która Tomasza Komendę wplątała w całą tę sprawę. Mimo faktu, że przez cały film nie traci ona statusu jednej z najważniejszych dla całej historii postaci, jest on marginalizowany jak tylko się da, na poziomie jednoodcinkowych problemów bohaterów Rancza. Kiedy więc okazuje się, że w filmie o chłopaku, który spędził 18 lat niesłusznie skazany za zbrodnię, której nie popełnił, bardziej niż jemu samemu kibicujesz facetom, którzy bez specjalnej motywacji chcą dojść do prawdy i go oczyścić, wiesz że coś poszło tutaj nie tak. Reżyserowi zabrakło umiejętności albo odwagi do tego, aby opowiedzieć tę historię przejmująco. To film, po którym powinieneś, wybiegając z kina pierwszym tramwajem zahaczyć o najbliższy wydział prawa, aby złożyć papiery, nauczyć się go i dopiec tym gościom, którzy zgotowali temu facetowi taki los. Skłoni jednak co najwyżej do tego, aby o sprawie poczytać z innych źródeł. Wtedy może będziemy mieć okazję poczuć emocje z nią związane.

ilustracja wprowadzenia: fot. materiały prasowe/Robert Pałka

Redaktor prowadzący działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Kontakt pod l.kolakowski@moviesroom.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?