Bezlitosne uniwersum George’a R.R. Martina jest niezwykle ważne na mapie telewizyjnych adaptacji od jakichś 15 lat. Oczywiście jego potęga została nadwątlona w okolicach finału serialu (a nawet trochę wcześniej), wciąż jednak każda produkcja z tego świata stanowi ważne wydarzenie. Ród smoka nie jest wyjątkiem, aczkolwiek daleko mu do złotych lat. I sezon drugi boleśnie to podkreślił.
To nie jest w sumie tak, że mieliśmy do czynienia z jakimś arcydziełem jeszcze w 1. sezonie. Ród smoka intrygował, bo pokazywał tytułowych władców Westeros w okolicach szczytu potęgi, a obsada była imponująca, natomiast wątki czy dialogi znajdowały się nieomal idealnie pomiędzy najlepszymi latami Gry o tron a zjazdem serialu – czyli całkiem dobrze, ale nic poza tym. Wejściem na wyższy poziom miał być 2. sezon, ale okazał się w najlepszym razie średnio-niezłą, rozdmuchaną opowiastką z fatalnie zaplanowanym cliffhangerem. Doczekaliśmy się wreszcie kontynuacji – która jeszcze bardziej to podkreśla.

kadr z serialu Ród smoka
Nie zrozumcie mnie źle, pierwszy epizod pokazuje, że sezon trzeci ma potencjał być jeżeli nie najlepszy, to przynajmniej mocniejszy od poprzednika. Fajnie po dwóch latach wrócić do knowań takiego Larysa, starającego się ocalić zmasakrowanego Aegona, albo dalsze koleje losów Węża Morskiego i jego załogi, z nieślubnym synem na czele. Zresztą sama bitwa morska, choć trochę nierówna, z miejscami kulejącym montażem i nie zawsze logicznymi rozwiązaniami stron konfliktu, ostatecznie udanie podkręca tempo, wprowadzając zmienną w postaci smoków i bardzo ważny zwrot akcji w samym finale odcinka. Jednakowoż, jednocześnie nie sposób nie poczuć, że to właśnie powinien być wielki finał 2. sezonu. Nie tylko bardziej pasował – jego wydźwięk mógłby wręcz znacząco zmienić odbiór całości. Ale cóż, z tych czy innych przyczyn podjęto ostatecznie taką decyzję…
Ucieszyłem się, że Daemon już na dobre przestał bawić się w durne ganianie po Harrenhal i ruszył do akcji, z buta wkraczają też np. Starkowie. Dla równowagi pojawia się jeszcze kilka scen, które albo są całkowicie zbędne, albo przynajmniej zbyt długie, nierzadko powtarzając znane już dialogi. Do takowych zaliczam choćby ponurego Cristona Cole’a, który nagadał się już wystarczająco o swojej niedoli, a teraz jedynie nuży. Ale wygląda na to, że z czasem wreszcie zobaczymy progres we właściwym kierunku. Aemond jak zwykle szaleje, szykując się do kluczowego starcia, nieco mniej podobają mi się fragmenty z pewnym niesfornym smokiem, ale na szczęście jest on krótki. Z innych ważniejszych wątków, nieco męczą mnie już nieudolne ruchy Alicent i Rhaenyry. Kobiety powinny już być bardziej wytrwane na szachownicy, a tymczasem co najmniej jedna może swoimi działaniami napytać sobie sporo kłopotów.

kadr z serialu Ród smoka
Już chyba nigdy nie będę czekał z utęsknieniem na kolejne epizody Rodu smoka – chyba, że na finał. Przypadek świetnego Rycerza Siedmiu Królestw pokazał, że epickie sceny to nie wszystko – potrzebny jest odpowiedni pomysł na historię i odpowiednie go zrealizowanie. Obawiam się, że w zamyśle bardziej mainstreamowa produkcja będzie jak na ironię dodatkiem do obiecujących dalszych przygód Dunka i Jajo, mimo że ma o wiele mniejszy ciężar gatunkowy. Liczę jednak, że Ród smoka wykorzysta potencjał drzemiący w 3. sezonie i za kilka tygodni będę mógł napisać o wiele przychylniejszy tekst.
Więcej recenzji:
Szymon Góraj
Zastępca redaktora naczelnego Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.