Animowane multiwersum człowieka-pająka z Milesem Moralesem w roli głównej wprowadziło wiele ciekawych postaci – zwłaszcza jak na zaledwie dwie filmowe odsłony. Obecnie czekamy z niecierpliwością na część trzecią, nim to się jednak stanie, jeden z ulubieńców fanów otrzymuje własny serial, i to live-action. Nicholas Cage (zwany też przez niektórych Johnem Travoltą) dostał szansę na coś znacznie więcej niż drugi plan i cameo w ramach Spider-Noir.
Choć od początku nastawiony byłem dość pozytywnie, nie mogę napisać, że nie miałem żadnych obaw. Przede wszystkim projekt ten równie dobrze mógł się okazać zwykłą próbą zarobienia dodatkowej kasy na popularności tego nietypowego superherosa, bez żadnego pomyślunku, jak w ogóle rozegrać tę sytuacji, sensownego szkicu. Już po pierwszych dwóch odcinkach jestem niemal na pewno przekonany, że będziemy zadowoleni.

kadr z serialu Spider-Noir
O ile początkowy, sztampowy i łzawy motyw startowy Spider-Noir niespecjalnie mnie poruszył, o tyle już fabularny punkt wyjścia doń prowadzący to już zupełnie inna kwestia. Ben Reilly (Cage) znajduje się w bardzo kiepskim momencie w swoim życiu. Pół dekady minęło, odkąd jego małżonka tragicznie zmarła (dość szybko zasugerowana, że to właśnie ona jest „wujkiem Benem” dla Spider-Mana z tego uniwersum). Mężczyzna porzucił kostium, a teraz ima się drobnych zleceń nielicujących z jego umiejętnościami prywatnego detektywa, starając się trzymać na uboczu. Jak to jednak bywa w takich sytuacjach, ktoś taki jak on nie jest w stanie długo tak pociągnąć.
Pierwszy epizod zaczyna się leniwie, ale rusza z kopyta, gdy Ben wpada na sprawę związaną z podpaleniem domu czołowego gangstera w mieście (jak zwykle bezbłędny Brendan Gleeson). Od tego momentu mężczyzna wpierw niechętnie, ale konsekwentnie wplątuje się coraz mocniej w intrygę powiązaną z pewną grupą osób, która mimo woli w tajemniczych okolicznościach zyskała moce. Na razie w głównej mierze rozrzucono pierwsze pionki na szachownicy. Mamy chociażby lokalnego Sandmana (Jakc Huston), femme fatale (Li Jun Li), wygadanego dziennikarza (Lamorne Morris), czy wierną sekretarkę Reilly’ego (Janet Rodriguez). Całość zaś została skąpana w nowojorskich klimatach lat 30. oraz opatrzona typową dla kina noir narracją.

kadr z serialu Spider-Noir
Jak na razie zatem mogę powiedzieć, że Spider-Noir wstępnie mnie kupił. Nastrojem, czarnym humorem, Cage’em, który faktycznie przeżywa renesans kariery (z paroletnimi przerwami od czasu do czasu, ale jednak). Znajdą się jakieś drobne bolączki, do których można by się lekko przyczepić, ale najważniejsze jest w zasadzie, że póki co nie chce mi się tego zbytnio robić. Zamiast tego chłonąłem kolejne minuty, czekając przy tym, aż Ben przestanie się wygłupiać i założy ten trykot (bo nie oszukujmy się, chyba każdy wiedział, że jego „emerytura” nie potrwa długo). Przede mną jeszcze sześć epizodów, które zapewne wciągnę dość szybko.
Więcej recenzji seriali:
Szymon Góraj
Zastępca redaktora naczelnego Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.