The Persistence – recenzja udanego horroru s-f w wirtualnej rzeczywistości

„Nie mam się w co ubrać” – często słyszymy od kobiet, którym elementy garderoby dosłownie wypadają z szafy. „Nie mam w co grać” dość często pada natomiast z ust graczy, których kupki wstydu sięgają już sufitu. W przypadku gogli PS VR te narzekania nie są wcale takie nieuzasadnione. Niewiele jest bowiem dobrych, długich, wymagających i złożonych produkcji, którymi możemy cieszyć się w wirtualnej rzeczywistości. The Persistence ma szansę to zmienić.

Produkcja studia Firesprite, wydana jako ekskluzywny tytuł na PS4, to horror science-fiction, który sporo czerpie od najlepszych. Gracze odnajdą tu echa wspaniałego Dead Space’a, którego kontynuacji raczej już się nie doczekamy, jednak ogólny feeling można też śmiało porównać chociażby do znakomitego Obcy: Izolacja, przy którym niejedna para gaci została… uświniona. The Persistence również nas postraszy, a głośne „o kur…!” rzucone spod gogli nieraz wypełni wasze cztery ściany.

Akcja osadzona jest na pokładzie statku kosmicznego, o nazwie tożsamej z tytułem gry. Główną bohaterką jest Zimri Eder, oficer ochrony, która dość szybko żegna się z życiem. Na szczęście Persistence jest wyposażony w system klonowania, dzięki któremu po każdej śmierci możemy sobie szybko „wyhodować” nowe ciało. A zgonów nie brakuje, ponieważ błąd w oprogramowaniu statku sprawił, że zamiast załogi sklonowane zostały… krwiożercze potwory. Aby przeżyć, trzeba umiejętnie między nimi lawirować i wykonywać zadania, mające przywrócić Persistence do życia, jednak starcia będą nieuniknione. Nie giniemy może tak często i spektakularnie jak w Dark Souls, ale z życiem będziemy się żegnać nie raz i nie dwa.

Przez większość czasu pozostajemy w ukryciu, przetrząsając kolejne pomieszczenia w poszukiwaniu surowców, które z kolei przerabiamy na broń, przedmioty i umiejętności. Ty, graczu, musisz poradzić sobie z ograniczoną amunicją i punktami zdrowia. Część przeciwników to zwykłe mięso armatnie, które stosunkowo łatwo wyprowadzić w pole – SI sprawia, że są ślepi i głusi, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zajść ich od tyłu i po cichu wyeliminować, jednocześnie pobierając z ich ciał komórki macierzyste, niezbędne do rozwoju postaci. Twórcy przygotowali kilka ustawień do wyboru, więc możemy dobrać najlepszą dla siebie metodę poruszania się, aby nie odczuwać dyskomfortu podczas gry. To ważne, szczególnie w gatunku, jaki reprezentuje produkcja Firesprite.

Arsenał, jak na tego typu grę, jest całkiem imponujący. Do wyboru mamy między innymi broń palną, harpun, pałkę rażącą prądem, kilka rodzajów granatów etc, a wszystkie możemy usprawniać i rozwijać o nowe funkcjonalności. Celowanie odbywa się poprzez ruchy głowy, co wypada całkiem intuicyjnie i wszyscy, którzy doskonale bawili się odstrzeliwując łby zombiakom w Resident Evil VII na pewno poczują się jak w domu. Spojrzeniem otworzymy również drzwi i podniesiemy poukrywane w szafkach czy innych miejscach przedmioty – wystarczy dwusekundowe spojrzenie na item, aby znalazł się w naszej „kieszeni”. Niektórym być może przeszkadzał będzie brak interakcji poprzez wciskanie przycisków lub ruchy rąk, ale dzięki takiemu rozwiązaniu możemy przecież komfortowo sterować postacią za pomocą pada.

The Persistence może nie jest szczytem technologicznych osiągnięć i do najładniejszych produkcji na VR trochę mu brakuje, ale w gruncie rzeczy nie mam podstaw do narzekania. Grafika wygląda schludnie, a sam design poszczególnych pomieszczeń ma prawo się podobać – raz są to ciemne, ciasne korytarze, innym razem pomieszczenia wypełnione migającym, niepokojącym światłem, a czasem obszerne, wysokie pomieszczenia z wielkimi generatorami. Chociaż chowając się przed kolejnym maszkarami i tak nie będziecie mieli zbyt dużo czasu na podziwianie widoków. Częściej będziecie nasłuchiwać, czy w pomieszczeniu nie słychać chrapliwych dźwięków niebezpiecznych monstrów, aby móc namierzyć je wcześniej, niż oni namierzą Was.

Zobacz również: We Happy Few – recenzja niespełnionych ambicji

The Persistence to produkcja ze średniej półki, również cenowej, która pewnie nie przebiłaby się do szerokiej świadomości graczy jako kolejna zwykła gra na PS4. Jednak jako tytuł na PS VR wyróżnia się zdecydowanie na plus. Duża w tym zasługa roguelike’owego charakteru zabawy. Co oznacza to modne ostatnio pojęcie? Po każdym naszym zgodnie gra generuje nieco inny rozkład korytarzy i pomieszczeń do przeczesania, a także odmienny rozkład przeciwników. To z kolei sprawia, że gry nie da się nauczyć na pamięć, co dodatkowo podnosi poprzeczkę poziomu trudności. Nie martwcie się jednak o permanentną śmierć – po każdym odrodzeniu, chociaż zaczynamy od początku, zasoby wymagane do ulepszenia postaci zostają z nami, co pozwoli nam zainwestować i stać się silniejszym przed kolejną próbą. Podpowiadam, że warto skupić się na faktycznych celach naszej misji – wykonanie każdego z nich zostaje przez grę zapamiętane i nie będziemy musieli uwzględniać go już w kolejnych podejściach.

Na koniec warto także wspomnieć o tzw. companion app, czyli aplikacji mobilnej, dzięki której bawić może się z nami inny gracz ze smartfonem lub tabletem. Jego zadaniem będzie oznaczanie na mapie interesujących punktów, np. wrogów czy przedmiotów, chyba że akurat zdecyduje się podłożyć Wam przysłowiową świnię. Jeśli nawet ponad 10 godzin potrzebnych na ukończenie gry to dla Was za mało, zabawa z aplikacją może wydłużyć ten czas i rzucić na rozgrywkę nowe światło.

Ilustracja wprowadzenia: mat. prasowe

Zastępca redaktora naczelnego

PR-owiec, recenzent, okazjonalnie tłumacz. Kocha kino, seriale, książki, komiks i gry. Kumpel Grahama Mastertona. W MR odpowiedzialny za dział Popkultura.

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?