22 lipca – recenzja filmu Paula Greengrassa o masakrze na wyspie Utoya

Najgorszy w 22 lipca 2011 roku był absurd. Beznadzieja i absurd. Trudno było pojąć rozumem to, co się stało. Nie jest ważne, jakie poglądy prezentował i jak usprawiedliwiałby to sprawca. Gość wziął broń i po prostu strzelał do ludzi jak do kaczek. Jak w grze, tylko nie była to gra. To było jedno z tych wydarzeń, przy którym z poziomu relacji telewizyjnej po prostu się nie dowierzało. Teraz za to, aby przywrócić tę wiarę w to, co się wydarzyło, zabrał się Netflix. Zadanie było piekielnie trudne, bo rany się jeszcze nie zagoiły (i pewnie nigdy nie zagoją) dlatego nie czas i nie miejsce, aby robić komukolwiek patetyczną laurkę. Do tego projekt dostał Paul Greengrass, czyli człowiek, jakby nie patrzeć, od kina trochę innego rodzaju. Była to jednak fantastyczna decyzja. W dodatku, jeśli chodzi o ten projekt, na pewno niejedyna.

Zobacz również: Ostateczna operacja – recenzja filmu MGM dostępnego na Netflix

Pierwsza część filmu pachnie dokumentem z najtragiczniejszego dnia w historii Norwegii. Mamy Andersa Breivika przygotowującego się do swej wojny, mamy beztrosko bawiące się na wyspie późniejsze ofiary. A potem mamy działanie, gdy nasz napastnik z zimną krwią zamienia w piekło życie całego kraju. Tutaj widzimy Greengrassa w swoim żywiole i w najlepszej formie. Sceny nie mają pół patetycznego zdania, są bardzo oszczędne od strony muzycznej, a ogląda się je znakomicie. Najlepsze jest jednak to, jak brytyjski reżyser w tych scenach ukazuje swoje oblicze króla chaosu. Idealnie udaje mu się uchwycić wspomniany przeze mnie na początku absurd tej sytuacji. Nikt tu nie wie, co się dzieje, włącznie z kamerą i wszystkimi bohaterami, ale Greengrass ani przez moment nie traci kontroli. Wstrząs, jakim były te zamachy, film oddaje po prostu idealnie. Dawno nie widziałem tak dobrego podręcznika dla młodych adeptów sztuki filmowej.

fot. Netflix

Potem jednak zaczynają się schody. Wjeżdżamy w filmie w ten moment, kiedy chaos siada, ale zadra zostaje. Jak kapitalną reżyserską robotą jest ten film, widać przede wszystkim tutaj, gdy Greengrass musi zaciągnąć ręczny. Idealnie uchwyca moment, w którym musi zacząć swoim bohaterom dawać czas, aby oswoili się z wydarzeniami. Film wtedy zmienia się w kameralny dramat, jednak dalej robiony na zimno i bez wysokich zapędów. Łączy kilka wątków, bierze się za głowy wielu postaci (przede wszystkim premiera, ofiary, oprawcy i jego prawnika), jednak robi to z należytym szacunkiem. Dalej jest tak samo oszczędny i zimny, jak pogoda w mieście rodzinnym Viljara, naszego głównego bohatera, cały czas kontrastowanego w tym filmie z zimnym i złym do szpiku kości Breivikiem.

Zobacz również: Nowy serial sci-fi od Ridleya Scotta!

Właśnie, skupmy się na aktorach. Tutaj od razu trzeba dać ogromną pochwałę Andersowi Danielsenowi Lie, wcielającemu się w sprawcę całego horroru z 22 lipca. Z początku myślałem, że jest troszkę za mało podobny do rzeczywistego oprawcy, jednak gość przekonywał mnie do siebie coraz bardziej z każdą sekundą. Jedne z najbardziej wymownych obrazków towarzyszące tej tragedii, to te, w których Breivika na Sali sądowej konfrontowano z ofiarami. On cały czas był uśmiechnięty, zadowolony, a straszną zbrodnię, której dokonał, traktował jako dzieło życia. I Lie uchwycił to wręcz perfekcyjnie. Najlepszy był jednak moment, w którym Anders usłyszał od swojego prawnika, że nikt nie popiera jego postępowania. Wtedy jedną miną aktor kupił moją miłośc, a jego postać wzmogła moją nienawiść. Obok kontrastuje Viljar, ogromnie pokrzywdzony uczestnik tego krwawego horroru. Ton filmu pięknie uchwyca również jego dramat i wszystkie problemy z powrotem do normalności. Większość tej projekcji to oglądanie scen przygnębiających, jednak cały czas z największym niepokojem obserwowałem właśnie Viljara, wraz z kawałkami kul w jego czaszce. Świadomość faktu, że chłopak w każdej chwili może umrzeć, wywoływała u mnie autentyczny strach. A reżyser w swojej paskudnie przygnębiającej wymowie tego filmu starał się podkreślić, że w tej tragicznej sytuacji to jest zwycięstwo.  Najbardziej jednak wygrał tym on sam.

Zobacz również: Climax – recenzja filmu Gaspara Noe, który zakończył kino

Żeby jednak nie zrobiło się nazbyt dobrze, powiedzmy trochę, czego w 22 lipca brakuje. Jest to film, w którym niektóre elementy są oddane i zrobione perfekcyjnie, jednak całości  tej perfekcji jednak nieco brakuje. Przede wszystkim ten ponad 140-minutowy metraż wydaje się trochę za długi. A jeśli nie za długi, to chociaż nie do końca dobrze wykorzystany. Film ma kilka wydłużonych scen, wprowadza na drugi plan kilka postaci, bez których spokojnie by się obszedł, jednocześnie kilkoma małymi niedopowiedzeniami zamykając drogę tym dużo ważniejszym. W dodatku mały dysonans poznawczy czuło się oglądając norweskich aktorów, w norweskich klimatach, gadających tylko i wyłącznie po angielsku. Może tylko dla niektórych z Was nie będzie to problem, jednak mnie trochę wybijało.

fot. Netflix

22 lipca to film, który na piedestał pcha autorskość. Greengrass pokazał tu swój wielki talent i strzelił absolutną reżyserską popisówkę, jeśli chodzi o zrozumienie podejmowanego tematu. Dokładnie wiedział, kiedy się rozpędzić, kiedy zwolnić, kiedy chaos ma zastąpić głucha cisza, a kiedy dać się bohaterom wykrzyczeć. Kiedyś uczył nas, jak w XXI wieku robić kino akcji, teraz chyba zacznie pokazywać, jak opowiadać o wziętych z prawdziwego życia tragediach. Chociaż nie, to przecież też robił już wcześniej…

Redaktor

Z zawodu publicysta. W redakcji Movies Room recenzuje filmy już od 2015 roku. Uwielbia produkcje Pixara, "Wesele" Smarzowskiego i Breaking Bad.

Kontakt pod [email protected]

Twitter: xkolek1

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?