W cieniu drzewa – recenzja nowej polsko-isladzkiej produkcji

Polscy widzowie podejdą ze sporą dozą marketingowego zmartwienia ogólną dystrybucją offowego W cieniu drzewa. Wielu mogłoby się wydawać, że polsko-islandzkie koneksje zakończą się na estetycznym logo PISF-u w napisach początkowych i kilku “naszych” nazwiskach w końcowych; na całe szczęście międzyludzki chłodek i skostniałe racje to coś co dzielą ze sobą także północni Pawlak i Kargul.

Konflikt zresztą został w filmie rozpisany jakoś tak skrajnie “po polsku”. Okiennicowe zainteresowanie cudzymi decyzjami, brak wyrozumiałości dla ludzkich upadków, w końcu pierwsze kiełkujące, szukane jakby na siłę problemy brzmią przecież niezwykle znajomo. Swoją drogą, udaje im się kiełkować w bardzo przemyślany sposób – to co pozornie wygląda na efekt pustej nieżyczliwości i skrajnego egoizmu szybko okazuje się kwestią dużo głębszych, nigdy niezagojonych ran. Zamiast kojącego społecznego talku bohaterów filmu Sigurdssona po drodze spotkać mają jedynie wbite głębiej widły emocjonalnej desperacji, wpychane w wymęczone wzajemną szarpaniną ciała dla zachowania pozorów normalności. Momentami żenująca plątanina kolejnych krzywd w swoim gradacyjnym zaślepieniu przywodząca na myśl infantylną Wojnę Państwa Rose w Islandii jest znacznie bardziej fascynująca, bo binarnie wewnętrznie sprzeczna. Bohaterowie pchani desperacją intencji i strachem przed publicznym linczem finalnie kończą w tragikomicznym niezaspokojeniu. Ich żałosna śmieszność w coraz dalszym wychodzeniu z własnej strefy komfortu (motywowana jedynie próbą perspektywicznego utrzymania tejże strefy komfortu) jest efektem chłodnych kalkulacji i rzetelnej oceny okoliczności. Sigurdssonowi niezwykle trafnie udało się przedstawić ewolucję sporu i precyzyjnie uwypuklić moment, kiedy przestaje już chodzić o przedmiot konfliktu, a zaczyna o stopień zadanego w cichym szale bólu.

W cieniu drzewa

Fot. materiały prasowe

Ale takie zamknięcie w płotowych prztyczkach szybko pewnie zaczęło by nużyć swoją przewidywalnością. Na to islandzki reżyser również znalazł sposób, wpisując w całą opowieść o nieusprawiedliwionych krzywdach wymianę pokoleniową. Opowieść od samego początku prowadzona dwutorowo zdaje się łączyć nieprzyjemności nie tylko rodzinnymi koligacjami, ale również podejściem do nienawiści – gdzie w jednej wszystko napędzane jest niezrozumieniem przykrej przeszłości, w drugiej te przykrości są dopiero kreowane; pesymizm z jakim W cieniu drzewa podchodzi do rozważań nad ludzką naturą i ciągłością popełnianych świadomie błędów staje się końcowo jego zwycięstwem. Przepływ rozważań jest tu ściśle powiązany z gatunkowymi zabawami, które mimo pozornego niedopasowania idealnie łączą się w pełne doświadczenie bólu. Zaczynając od komedii (pierwsze zetknięcie z problemem), płynąc przez dramat (poznanie motywacji) w końcu na horrorze kończąc (apogeum krzywdy) Sigurdsson odkrywa przed widzem twarz bardzo utalentowanego psychologa. Widać to również w kreacji samych postaci, nad którymi, pomimo niesprzyjającej liczby, twórca zręcznie panuje, pozwalając im nie tylko wybrzmieć wiarygodnością, ale i wyróżniać się na tle pozostałych. Zbudowane na małych sytuacjach i wiarygodnych reakcjach, sprawiają wrażenie podbudowanych znacznie większą ilością warstw, niż są w rzeczywistości.

W cieniu drzewa

Fot. materiały prasowe

Najgorzej właściwie w tym wszystkim radzi sobie telenowelowy wątek walki o opiekę nad dzieckiem, który mimo opierania się o rewelacyjnie zarysowany dylemat moralny, upada boleśnie lamentacyjnymi podchodami głównych bohaterów. Gdzie w pierwszym wątku W cieniu drzewa potrafił wyrobić wiarygodny, choć nieco komediowo dezorientujący konflikt, tak w drugim kompletnie upada na melodramatycznych mieliznach niewykorzystanego potencjału i jedynie przeskoczeniu po stanowczo zbyt interesującym punkcie wyjściowym. Może to wina głośniejszych krzyków, może walącego się na głowę dachu, a może kontrastu pomiędzy patafiańczą walką porządków i rozważaniem na temat indywidualizmu krzywdy. Ja chyba nawet wiem, ale nie chcę się kłócić.

Prędzej filmowy zapaleniec niż wysmakowany kinoman, który podobną miłością darzy najnowsze produkcje Marvela i kino Wima Wendersa. W przyszłym wcieleniu chciałby być Dzikim Stworem z filmów Spike'a Jonze'a. Tymczasem jest jednak zgarbionym i troszkę nadętym nastolatkiem.

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?