Maul: Mistrz cienia – recenzja 1. sezonu. Były uczeń Sidiousa rusza na łowy

Szymon Góraj, 6 maja 2026

Świt Imperium to szczególnie łakomy kąsek dla twórców ze studia Myszki Miki. Aktywna praca na gruzach dawnego porządku, ściganie jego reliktów, dynamiczne kształtowanie się nowych ośrodków władzy. A produkcje takie jak Andor jedynie podkreślają ten potencjał. Swoje trzy grosze dokładają animacje, gdzie prym wiedzie Dave Filoni. A Maul: Mistrz Cienia udowadnia, że facet powinien się trzymać tej strefy, zamiast błądzić w live action. Przynajmniej jeśli chodzi o scenariusze – wszak nie jest on jedynym ojcem sukcesu.

Nigdy specjalnie się nie ukrywałem z tym, że na kolejne animowane spin-offy ze świata Gwiezdnych Wojen wyjściowo patrzę sceptycznym okiem. Nie oznacza to, że nie czerpię przyjemności z pojedynczych epizodów np. Opowieści Jedi, niemniej są to projekty nierówne, często nie do końca przemyślane (acz nadal to minimum parę lig wyżej od lwiej części aktorskich produkcji). Stąd też Maul: Mistrz cienia nie należał bynajmniej do najbardziej wyczekiwanych przeze mnie majowych produkcji, choć trailery pozwalały wierzyć w przynajmniej przyjemne wizualnie widowisko. Cóż, teraz, po obejrzeniu całego 1. sezonu, mogę z satysfakcją powiedzieć, że dostałem znacznie, znacznie więcej.

Janix to dość ponura, prowincjonalna planeta Wewnętrznych Rubieży z dominującymi industrialnymi akcentami (czyli trochę takie Coruscant, pozbawione jednak monumentalności). Aż do wydarzeń w serialu w miarę sprawnie utrzymywano względny porządek. Lokalne władze chcąc nie chcąc dzieliły się wpływami z kilkoma groźnymi przestępczymi syndykatami, mimo to jakimś sposobem przez lata udawało się utrzymywać względną równowagę sił. Wszystko zaczyna ulegać zmianom, gdy Maul pojawia się w okolicy z egzotyczną grupą popleczników. Nie ma on bowiem zamiaru przyłączać się do spijających śmietankę watażków, by uciąć kawałek janixowego tortu. Jego głównym motywem jest zemsta na wszystkich, którzy odwrócili się od niego w okresie upadku Republiki. Lista jest długa, a były Lord Sith nie bawi się w subtelności – co nieuchronnie przyciąga najpierw władze, a następnie samo Imperium, dotąd trzymające się na uboczu.

Gwiezdna saga stawia zazwyczaj na niesamowity rozmach i walki dobra ze złem o najwyższe stawki – to z wielu względów jak najbardziej oczywiste. Lecz od czasu do czasu pojawia się ktoś, kto postanawia pobawić się na mniejszym podwórku, wprowadzając przy tym odcienie szarości. Wspomniany już przeze mnie Andor to koronny przykład, bo dostaliśmy przy tym jeszcze przemyślany projekt, zawstydzający inne live action. Maul: Mistrz cienia może nie sięgnął aż takich wyżyn, ale wprowadził odświeżającą narrację. Nie ma tam wielkich herosów. Zblazowany, mający najlepsze lata za sobą mistrz Jedi i jego paląca się do czynu uczennica. Funkcjonariusz z burzliwą przeszłością, któremu najbardziej zależy na wychowaniu nastoletniego syna i utrzymaniu kruchego status quo bez ingerencji galaktycznego reżimu. Policyjny droid rozdarty pomiędzy lojalnością wobec bliskich mu osób a programowaniem. A wokół nich narastający z każdą godziną chaos. Najbardziej podobała mi się mimo wszystko pierwsza część sezonu, gdy obserwowaliśmy jak gangsterzy, przedstawiciele prawa i zwykli cywile stopniowo tracą grunt pod nogami przez jedną zmienną.

O ile wpierw wydawało mi się, że zapełnianie dziury w życiorysie Maula pomiędzy Wojnami Klonów a wydarzeniami z Rebels wydawało jest zaczątkiem do odcinania kuponów, o tyle teraz stwierdzam wręcz, że twórcy wykuli go w arcyważną część jego drogi. Zabrak po przejściach nie jest wybielany na siłę – co rusz podkreśla się jego okrucieństwo i bezwzględność, ale jednocześnie życie zgodne z własnymi zasadami i wynikające z niego pewne cechy, za które aż chce się go szanować. W pełni można dzięki temu zrozumieć, dlaczego np. podążają za nim co niektórzy Mandalorianie. To idealnie pasuje do przepełnionego szarością „nowego, wspaniałego świata”, gdzie konieczne do przetrwania nieczyste sojusze między niegdysiejszymi antagonistami, nawet jeśli trwać mają kilka godzin. Szkoda, że późniejsze epizody zaczynają trochę zbyt szybko łamać kompozycję, wprowadzając nas w szereg pościgów i starć. Ale coś za coś, bo od początku świetne, widowiskowe sceny akcji przybierają na sile. Zwłaszcza walki na miecze świetlne zasługują na gromkie brawa. Widać ogromny progres, jeśli chodzi o choreografię walk, nareszcie niebędących kulawym eksperymentem, a wartościowym atutem. Oczywiście musiałem się doczepić do kilku konfrontacji, które rozegrały się tak, a nie inaczej, bo scenarzystom to pasowało, ale mogę to wybaczyć, bo finał to wspaniała uczta dla fanów serii.

Sam Witwer jest w swoim żywiole, doskonale akcentując ważne momenty w fabule, ale reszta obsady nie jest gorsza. Jego relacja z Devon – młodą wojowniczką Jedi o buntowniczym charakterze, którą chce przeciągnąć na swoją stronę – i walka o jej duszę z mistrzem Dakim, nieomal mędrcem, ale i anachronicznym osobnikiem, to jedna z ozdób sezonu. A przecież są jeszcze wątki wspominanego kapitana Brandera Lawsona, czyli osoby o niezłomnym charakterze w niespokojnych czasach, kilku interesujących członków półświatka (np. cwaniak Looti Vario) i kilka niespodzianek w postaci antagonistów (nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale Inkwizytorzy wreszcie nie są popychadłami). A co ważne, naprawdę nie trzeba znać wszystkich opowieści z przeszłości, żeby czerpać satysfakcję z seansu. Wreszcie nie otrzymujemy fanserwisowego dania opierającego się na mrugnięciach okiem do widza (no dobrze, pod koniec trochę tego jest, ale w znośnej ilości).

Koniec końców nie nazwę tej produkcji wybitną – tak jak wiele osób z większym entuzjazmem od mojego zdążyło już uczynić – ale biorąc pod uwagę moje bardzo niskie oczekiwania czuję się syty. Maul: Mistrz cienia co jakiś czas wpada na mielizny i w moim przekonaniu mógłby bardziej rozwinąć co niektóre wątki, natomiast w ogólnym rozrachunku to pozbawiona niepotrzebnych fikołków, spójna historia z animacjami na najwyższym poziomie. Być może nawet trochę naciągam finalną ocenę, ale dawno nie miałem takiej radości z oglądania czegokolwiek w tym uniwersum, wyłączając może Andor. 2. sezon brzmi zachęcająco, choć wątpię, czy uda się stworzyć coś tak udanego, jak krucjata byłego ucznia Dartha Sidiousa.

Więcej recenzji seriali:

Maul: Mistrz cienia – antybohater gwiezdnej sagi powraca z własnym serialem. Sprawdzamy pierwsze odcinki

Invincible – recenzja 4. sezonu. Stawka wyższa niż kiedykolwiek

The Boys – początek końca. Sprawdzamy dwa pierwsze odcinki finalnego sezonu

Szymon Góraj Zastępca redaktora naczelnego

Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

moviesroom.pl

Jest Was już ponad 100.000! Obserwuj największy profil z ciekawostkami filmowymi. Zapraszają Tom Rewers i redakcja MR🎬

Advertisement