QUIZ: Rozpoznaj Pokemona!
Myślisz, że znasz świat Pokémonów jak własną kieszeń? Potrafisz rozpoznać Pikachu, Charmandera czy Squirtle’a bez chwili zastanowienia? A co z mniej oczywistymi stworzeniami, które pojawiły się w kolejnych generacjach?
Na filmach Spielberga wychowywały się kolejne pokolenia kinomaniaków. Po obejrzeniu Końca ulicy Dębowej mam podejrzenia, że jednym z nich jest reżyser tej produkcji, David Robert Mitchell. I choć do kultowego twórcy mu wciąż daleko, jego nowy film wypada całkiem pozytywnie w kategorii rozrywkowego kina sci-fi.
Największą popularność Mitchellowi przyniósł horror sprzed 10 lat – Coś za mną chodzi. Twórca jednak w 2018 r. wypuścił do kin nieco inny film – Tajemnice Silver Lake, czyli połączenie kryminału z millenialskim komediodramatem. Wielu widzom ta produkcja pod względem klimatu kojarzy się z twórczością Davida Lyncha. Tym razem Mitchell w Końcu ulicy Dębowej obrał nieco inną drogę i postawił na film akcji o dinozaurach. I tutaj ponownie nasuwa się skojarzenie z innym wybitnym twórcą – Stevenem Spielbergiem.

Nawet nie mam na myśli jedynie Parku Jurajskiego, lecz cały nurt Kina Nowej Przygody, w którym Spielberg dość długo się specjalizował. Co więcej, nawet akcja filmu dzieje się w latach 80. (okresie świetności tego nurtu), a świetna muzyka momentami przypomina żwawe i charakterystyczne ścieżki dźwiękowe autorstwa Johna Williamsa. Dla mnie Koniec ulicy Dębowej jest swego rodzaju ukłonem w stronę ówczesnego kina i jego współczesną odpowiedzią. Ale jak to z dzisiejszą kinematografią bywa – znowu jest tu miks gatunkowy. I to już trochę mniej mi się podoba.
Mam wrażenie, że po sukcesie Zniknięć łączenie kina gatunkowego z komedią stało się wręcz normą. O ile jeszcze rok temu można było uznać to za coś oryginalnego, o tyle teraz czuję trochę przesyt tej formy. Zdaję sobie sprawę, że żyjemy w czasach, w których ludzie potrzebują tego od kina, bo w końcu – jak to mówiła moja mama – „lepiej się śmiać niż płakać”. Mocne momenty komediowe jednak nie zawsze pasują do danego filmu. Moim zdaniem po części tak było w Końcu ulicy Dębowej. To dobre kino przygodowe, które nie potrzebowało dodatkowych bodźców, aby działać. Mitchellowi udało się dobrze budować napięcie, a niestety niektóre żarty nie służyły jego rozładowaniu, tylko wręcz wybijały z rytmu. Według mnie – trochę niepotrzebnie.

Była jeszcze jedna rzecz, która w Końcu ulicy Dębowej mi trochę uwierała – i był to absurd. Nie chodzi mi teraz o absurd komediowy, a o brak logiki w przedstawionej historii. Okolica małego miasteczka pewnego dnia zostaje przeniesiona miliony lat wstecz, do ery dinozaurów. Na tym poziomie, jak i w kwestii wyjaśnienia przyczyny i możliwości ucieczki, wszystko było spójne. Bohaterowie przez większość czasu walczą z dinozaurami – ogromnymi zwierzętami, które wygrywają z nimi nie tylko we wzroście, ale też i w sile. A jednak rodzinie Plattów zdecydowanie zbyt długo nic się nie dzieje. Żadne z nich nie ma nawet draśnięcia, a ich sposoby ochrony bywają wątpliwe. Denise, postać grana przez Anne Hathaway, po dwóch dniach walki z prehistorycznymi istotami wygląda lepiej niż ja po ośmiogodzinnej zmianie. To pokazuje, że logika, nawet w filmach sci-fi, jest niezbędna, żebyśmy mogli uwierzyć w przedstawiony świat.

Z drugiej strony Koniec ulicy Dębowej pozostaje chyba jednak jednym z najbardziej realistycznych filmów o dinozaurach. A szczególnie dobrze wypada tu wygląd tych zwierząt. Po pierwsze – do ich stworzenia użyto CGI, dzięki czemu wyglądały naprawdę dobrze – jak realne zagrożenie, a nie kukiełki udające potwory. Po drugie, zdecydowano się przedstawić dinozaury jak najbardziej prawdziwie – nie są to tylko potwory, które niszczą wszystko jak leci, ale zwierzęta, które przede wszystkim chcą przeżyć i szukają pożywienia (również te roślinożerne!). Pradawne zwierzęta są tutaj również opierzone, co w kinie jest rzadkością. Co więcej – w związku z przeniesieniem się w czasie zagrożenie stanowią nie tylko dinozaury, ale też pojawiają się inne gady, jak titanoboa czy przodkowie współczesnych krokodyli.
Jednak największym zaskoczeniem Końca ulicy Dębowej okazała się Anne Hathaway. Aktorka, która kojarzy mi się zdecydowanie z mniej walecznymi bohaterkami. Myślę, że gdyby mi pokazano scenariusz tego filmu, Hathaway byłaby dla mnie jednym z najmniej prawdopodobnych wyborów. Twórcy postanowili jednak ją tu obsadzić – choć jak dla mnie to dość zaskakujące – i była to świetna decyzja. Mam wrażenie, że choćbym bardzo się starała, w każdym filmie z Anne Hathaway widzę tę aktorkę, a nie jej bohaterkę. A tutaj w końcu jest inaczej – widziałam nieustraszoną Denise, matkę i żonę, która jest w stanie zrobić wiele, aby ocalić swoją rodzinę.

Koniec ulicy Dębowej nie był jednym z wyczekiwanych przeze mnie filmów. Obejrzałam go bardziej z ciekawości, a jednak pomimo elementów, z którymi nie rezonowałam, produkcja okazała się dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Może i nie jest to drugi Spielberg, ale z pewnością jest to kino przygodowe warte uwagi.
Myślisz, że znasz świat Pokémonów jak własną kieszeń? Potrafisz rozpoznać Pikachu, Charmandera czy Squirtle’a bez chwili zastanowienia? A co z mniej oczywistymi stworzeniami, które pojawiły się w kolejnych generacjach?