Advertisement
Advertisement

Terminator: Mroczne przeznaczenie – recenzja 6 części kultowej serii!

Miało być intensywnie i z przytupem. Z kategorią wiekową pozwalającą na przekleństwa i brutalne sceny akcji. Z powrotami nie tylko Arnolda Schwarzeneggera, ale również oryginalnej Sary Connor, czyli Lindy Hamilton. Terminator: Mroczne przeznaczenie, bo o nim mowa, ignoruje przecież poprzednie mniej lub bardziej nieudane części zrealizowane w XXI wieku oraz funkcjonuje jako kontynuacja Terminatora 2: Dnia Sądu wyreżyserowanego  w 1991 roku przez Jamesa Camerona, wciąż uważanego za jeden z najlepszych filmów akcji w historii kina. Czy uniwersum zabójczych maszyn i zdeterminowanych ludzi ma jeszcze w sobie cokolwiek atrakcyjnego dla widza?

Opisywanie fabuły mija się z celem, bo chyba każdy wie, czego można oczekiwać po kolejnym filmie z tej serii. Podróże w czasie? Są. Trzeba kogoś uratować? Tak. Sojusze ludzi początkowo wrogo do siebie nastawionych? Oczywiście. Znikoma szansa na przeżycie? Wiadomo. Zagadką było jedynie to, jak twórcy poukładają znane klocki. Kontekst franczyzy i poprzednich części najbardziej przeszkadza, bo świat stworzony przez Camerona w Terminatorze nigdy nie miał potencjału na rozległe filmowe uniwersum. Dosyć szybko wyeksploatowano możliwości sensownego kontynuowania losów bohaterów. Najnowsza odsłona serii powtarza kolejny raz to samo – walka o przetrwanie z akcją podkręconą do granic absurdu. Prawdopodobnie z powodu wielu osób pracujących przy scenariuszu pojawia się problem z utrzymaniem tonu – zaraz po dramatycznych scenach następują komediowe, które chwilami zahaczają o autoparodię. Akurat humor w wielu momentach działa, bo wynika z podejścia postaci do świata i siebie nawzajem. Natomiast dramatyzm i obecny w finale patos nie sprawdzają się, bo czy po tylu częściach kręconych na podobnych schematach ktokolwiek potrafi się zaangażować losami tych bohaterek?

Terminator: Mroczne przeznaczenie

fot. materiały prasowe

Zobacz również: TOP 10 – Arnold Schwarzenegger najlepsze role

Ciekawie jest patrzeć na to, jak przez ponad 30 lat zmienił się wydźwięk filmów. W oryginale z 1984 roku Sarah Connor musiała być chroniona przez mężczyznę i była figurą matki, której syn stanie na czele przyszłego ruchu oporu przeciwko maszynom. Terminator 2: Dzień sądu pokazywał ją jako zdeterminowaną i gotową do walki, a w Terminator: Genisys mieliśmy już swoiste odwrócenie ról płciowych i silną postać kobiecą ratującą mężczyznę. W najnowszej części pojawiają się aż 3 silne bohaterki, a mężczyźni są nieistotni lub funkcjonują jako zagrożenie. Nawet ikoniczne „I’ll be back” jest tym razem wypowiadane przez kobietę. Żeby było jasne, to mogłoby dobrze funkcjonować, ale czuć, że grupka scenarzystów-facetów klei na siłę materiał podpinający się pod aktualne trendy. Brakuje w tym szczerości i naturalności, więcej jest chłodnej kalkulacji. Kiedyś Cameron opowiadał o pozbawionej uczuć maszynie w ludzkiej powłoce, a teraz sytuacja się nieco zmieniła. Oto maszyny nabierają ludzkich cech i dotyczący tego wątek wzbudzi zapewne największe dyskusje, ale o tym musicie się już przekonać sami.

Niestety brakuje autorskiego stylu wizualnego – praktyczne efekty są przykryte przez CGI, które chociażby w scenie walki w samolocie zlewa się w jedną, chaotyczną całość. Początkowe starcie nagiej bohaterki z policjantami nakręcono w bardzo bezpieczny i nijaki sposób, przy szybkim montażu i oświetleniu maskującym nagość aktorki. Nie wymagam może tak naturalistycznej sceny jak we Wschodnich obietnicach z nagim Viggo Mortensenem rozbijającym w saunie głowy rosyjskich zakapiorów, ale wystarczyło po prostu inaczej to napisać. To samo dotyczy fragmentu z REV-9 ścigającym bohaterki i przedzierającym się w korytarzu przez kolejne zastępy żołnierzy. Kategoria wiekowa R, a dostajemy raptem kilka strużek krwi i szybkie ujęcia nieskupiające się na detalach. Każdy, kto widział Oldboya, wie, że podobne sekwencje można kręcić w taki sposób, że szczęka ląduje na podłodze.

Terminator: Mroczne przeznaczenie

fot. materiały prasowe

Zobacz również: Irlandczyk – w jakich kinach obejrzymy film? Oto pełna lista!

Wysokie aktorki mają na starcie utrudnioną drogę do kariery w Hollywood. Karierę Mackenzie Davis śledzę jeszcze od czasu jej pierwszych kreacji w takich filmach jak Wyjść na prostą, Słowo na M albo Breathe In. W Terminatorze: Mrocznym przeznaczeniu imponuje jej fizyczne przygotowanie do roli i pomimo tego, że scenariusz nie pozwolił na wiele, to przekonuje jako heroina kina akcji. Linda Hamilton i Arnold Schwarzenegger zrobili swoje – ona rzuca na prawo i lewo one-linerami, jej przeorana zmarszczkami twarz jest zespolona z postacią i wyraża więcej niż tysiąc słów, a on po raz enty pokazuje dystans do siebie i świadomość tego, że w wieku 72 lat nie może być tym samym T-800 co kiedyś. Oczywiście jego rola oburzy zapewne tych samych fanów, którzy byli obrażeni na Shane’a Blacka po ostatnim Predatorze.

Terminator: Mroczne przeznaczenie

fot. materiały prasowe

Naprawdę chciałbym polubić Terminatora: Mroczne przeznaczenie. To przecież wysokooktanowa, b-klasowa jazda po znanych przystankach, które kiedyś nam się podobały. Tylko trudno się pozbyć wrażenia, że po raz szósty dostajemy to samo, znowu w niewiele innej konfiguracji. Film ignoruje poprzednie trzy części cyklu, ale jednocześnie korzysta z zawartych w nich motywów. W jednej ze scen Schwarzenegger mówi „I won’t be back”. Gdzieś pod względem emocjonalnym jest to zwieńczenie tych wszystkich lat, ale z drugiej strony – może już po prostu najwyższy czas na pożegnanie.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Fan westernów, kina noir i lat 80. Woli pisać o filmach niż o sobie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?