Ród smoka – recenzja 3. sezonu. Daremne próby przywrócenia magii Westeros

Szymon Góraj, 11 sierpnia 2026

W roku 2010 większość świata poznała fascynujące uniwersum stworzone przez George’a R.R. Martina. Nie ma w nim miejsca na sentymenty, a postacie są niepewne każdej swojej godziny – niezależnie od tego, czy mówimy o możnych, chłopach, głównych bohaterach, czy drugim planie. Dodajmy jeszcze całkiem złożone dzieje Siedmiu królestw i nie tylko, co pozwala wsiąknąć w tę krainę bez reszty. Na kilka lat po Grze o tron na HBO pojawiła się pierwsza produkcja ukazująca jej dzieje na długo przed Nedem Starkiem, Daenerys Targaryen i Innymi. I o ile Ród smoka miał całkiem obiecujący debiut, o tyle już 2. sezon raczej rozczarował. Ten trzeci miał być właściwą poprawką, uzasadniającą wcześniejsze potknięcia. Przyjrzyjmy się zatem efektom.

Tak jak pisałem w recenzji początku tego sezonu, pomimo pewnych niedociągnięć jego start prezentuje się całkiem niezgorzej – przynajmniej pod kątem samego potencjału. Trudno znaleźć osoby, które w ogólnym rozrachunku przyjęły pozytywnie 2. sezon, który ciągnął się niemiłosiernie, do tego pozostawiając jeden z najgłupszych cliffhangerów, jakie widziałem od dawna. Teraz, gdy trzecia seria zaszarżowała, można było mieć nadzieję na to, że Ród smoka wraca na właściwe tory, poniekąd zapowiadane w na pewno nie wybitnym, ale pod pewnymi względami obiecującym 1. sezonie. I cóż, jakoś do trzeciego, góra czwartego odcinka byłem o tym dość mocno przekonany…

kadr z serialu Ród smoka

Rozpęd i szybka zadyszka

Niestety, ale gdzieś w okolicach półmetka widać już wyraźnie, że twórcy powracają do starych zwyczajów. Zasłona dymna w postaci dynamicznych momentów opadła, a struktura sezonu ponownie zaczęła przypominać poprzedni. Każdy epizod oglądałem w momencie, gdy wyszedł, żeby zniwelować szansę na znużenie, tak jak to miało miejsce ostatnio. Ale nawet to nie do końca pomogło. Ze dwa-trzy razy zastanawiałem się wręcz, czy przypadkiem nie wcisnąłem przycisku cofającego mnie do poprzedniego odcinka, jako że część dialogów zdaje się powtarzać. I niby cały czas mamy rozwijające się pokłosie początku sezonu, a kolejne wątki wprowadzane są na kolejny etap, ale wszystko zdaje się stać w miejscu. Aż trudno mi uwierzyć, że to drugi raz z rzędu w produkcji z uniwersum Gry o tron na ogół wolę, by postacie się ze sobą naparzały aniżeli przeprowadzały kolejny mdły dialog. Finał kończy się właściwym starciem, co delikatnie poprawia sytuację, ale właściwe sceny zamykające 3. sezon znowu zapał ostudziły.

kadr z serialu Ród smoka

Bitwy o tron

Dla przeciwwagi, na pewno postarano się w kwestii udźwiękowienia czy efektów wizualnych. Nie żeby kiedykolwiek były z tym jakieś problemy, ale wydaje mi się, że pod względem rozmachu żaden z poprzednich sezonów tak nie błyszczał. Bitwy morskie, oblężenia, pojedynki ważnych postaci, jak i kilka innych przetarć, gdy już do nich dochodzi, wyróżniają się widowiskowością, z jaką trudno rywalizować we współczesnej telewizji. Co prawda da się przyczepić do logiki zdarzeń tu i tam, aczkolwiek nie spada to na szczęście do finalnych sezonów GoT i zazwyczaj jako tako się trzyma. Muszę przyznać, że tym razem nawet kilka odstępstw od oryginału dopisało. Nie mogę tego co prawda powiedzieć w kontekście lwiej części podmienionych wątków czysto fabularnych, ale to trochę inna historia.

Rhaenyra jak Dyzma

Chyba najbardziej rozczarowały mnie elementy, które w przeszłości działały. Taka Rhaenyra była jedną z moich ulubionych postaci, wyróżniając się charyzmatyczną i złożoną osobowością. Teraz, gdy koniec końców zdobyła Królewską Przystań, która bądź co bądź prawnie jej się należała, zmienia się w chyba najbardziej histeryczną władczynię w dziejach Westeros. Praktycznie każdy incydent na przestrzeni kolejnych odcinków przyprawia ją o atak paniki. Zamiast logicznych posunięć – emocjonalna reakcja, nadwrażliwość na jakiekolwiek uwagi i szukanie walidacji. Rozumiem, że scenarzyście chcieli przygotować grunt pod jej powolne popadanie w szaleństwo (to już od dawna nie jest żaden sekret), ale gdy narracja w ciągu jednego odcinka próbuje wmówić widzowi jej wyjątkowość, by zaraz pokazać jej niekompetencję, i tak w kółko, jest to po prostu śmieszne. Wtóruje jej Alicent, zmieniająca fronty na zawołanie niczym suknie. Odnoszę wrażenie, że wyrządziła swojemu stronnictwu więcej szkód niż jego faktyczni wrogowie. Ponadto mamy cały wianuszek pomniejszych postaci, które albo irytują jak daremna i plącząca się pod nogami ze swoim niekonsekwentnym obcym akcentem Mysaria, albo wpadają co jakiś czas i znów znikają tak, że w sumie mogłoby ich nie być (np. Baela, nieślubni synowie Corlysa).

kadr z serialu Ród smoka

Od Ormunda do Roderika

Pod kątem scenopisarskim szczątkowy ratunek zapewnia mieszanka świetnego aktorstwa z kilkoma trafionymi nowościami. O ile nawet Emma D’Arcy nie do końca uratowała Rhaenyrę (i z wymienionych wyżej przyczyn nie mogę jej winić), o tyle już Matt Smith jako Daemon, Tom Glynn-Carney jako Aegon czy Matthew Needham w roli Larysa Stronga znakomicie sobie poradzili, ciągnąc każdą scenę. A dołączyli do nich przede wszystkim James Norton, który fantastycznie wprowadził knującego swoje spiski Ormunda Hightowera, oraz Tommy’ego Flanagana, użyczającego swojej charyzmy Roderikowi Dustinowi, przerażającemu w boju dowódcy Zimowych Wilków, którzy siali spustoszenie na polu bitwy. Liczyłem na więcej ze strony Aemonda, ale scenarzyści uparli się, że Harrenhal będzie dla kolejnych bohaterów jakimś cudacznym sanatorium, w którym dobrze zbudowane sylwetki będą uganiać się w delirium za duchami, własnymi matkami i snuć paradne plany. W ogóle odnoszę wrażenie, że twórcy czasem dają na start swoim postaciom jakieś motywacje, bo po drodze o tym zapomnieć i na koniec dać im jakiś kompletnie przeczący poprzednim posunięciom twist.

kadr z serialu Ród smoka

Pozostaje czekać powrót Rycerza Siedmiu Królestw

Nowy sezon Rodu smoka znów pewnie za jakieś dwa lata, a ja niemal kompletnie już na niego nie czekam. Jakim cudem kameralne przygody Dunka i Jaja otrzymały tak znakomitych showrunnerów, podczas gdy epickie opowieści o wyrywających sobie władzę Targgaryenach są takimi średniakami…? Lwia część zmian względem historii opisanej przez Martina to dziwaczne niewypały i straszne błądzenie po omacku. Niezły start, następnie zjazd w dłużyzny, powtarzalne gadki o niczym, teleportacje postaci i głupoty scenariuszowe, by potem podciągać całość lepszymi momentami. Bo tych ostatnich jednak trochę było – nawet od czasu do czasu na najwyższym poziomie – ale zbyt wiele utonęło w morzu miernoty. Miał być początek spełniania obietnic, a jak dla mnie skończyło się na średniaku.

Więcej recenzji serialowych:

Przeczytaj więcej
Szymon Góraj Zastępca redaktora naczelnego

Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

moviesroom.pl

Jest Was już ponad 110.000! Obserwuj największy profil z ciekawostkami filmowymi. Zapraszają Tom Rewers i redakcja MR🎬