To – recenzja horroru na podstawie prozy Kinga!

Moda na adaptowanie Kinga była zawsze. Dawno jednak nie tak obfita, jak przez ostatnie miesiące. Dopiero mieliśmy Mroczną wieżę, w telewizji skończyła się Mgła, cały czas trwa Mr. Mercedes. A teraz wkracza To, jeśli chodzi o twórczość króla horroru, potencjalnie jeden z lepszych materiałów na film. Dostajemy obraz, który oferuje coś więcej niż tylko kilka jumpscare’ów i chwil niepokojącej ciszy. To film o strachu, o jego przezwyciężaniu i relacji z drugim, podstawowym dla człowieka odczuciem. W wysokobudżetowym kinie grozy zdecydowanie najambitniejszy w tym roku.

Zobacz również: mother! – pojawiają się pierwsze recenzje!

Wszystko zaczyna się w 1988 roku, czyli dokładnie 30 lat później niż oryginalne książkowe To. Podobna, bo 31-letnia różnica dzieli pierwsze wydanie powieści od premiery tego filmu. Drugim powodem tej zmiany jest pewnie nostalgia i wszechobecna w popkulturze moda na powroty do lat 80. (tak, Stranger Things, powoli zwracam się w twoją stronę, na pewno nie po raz ostatni w tym tekście). Poza tym historia zaczyna się z grubsza tak samo. Mamy małego Georgiego, który, w scenie znanej z trailera, puszcza sobie papierową łódkę po kałużach. Ta wpada do kanału, no i … sami wiecie.

Wspomniany serial Netflixa pojawi się tu kilkukrotnie. Twórcy filmu bowiem muszą być jego wielkimi fanami, co widać w naprawdę wielu sytuacjach. Niektóre kadry nawet bez zamieniania można byłoby podrzucić do drugiego sezonu hitu z Winoną Ryder i nikt nie zauważyłby różnicy. Rzecz opiera się tu bowiem o grupkę młodych aktorów tworzących Klub Frajerów. Frajerów, składa sie on bowiem z nieco pomiatanej w szkole grupki chłopaków oraz jednej dziewczyny. Jednakże jako że w grupie siła, razem nabierają trochę pewności siebie. Najważniejszy jest tu Bill, brat Georgiego. Wszyscy są charakteryzowani nieco mniej subtelnie niż w netflixowym show, jednak tak jak King przykazał. Najciekawszy jest Richie. Jest on kolejnym pomostem, jaki łączy film ze Stranger Things, bowiem gra go znany także z serialu Finn Wolfhard. Nie wiem jak oni zrobili, że postać dwunasto- czy trzynastoletniego nerda w okularach, który cały czas rzuca sprośne żarty, zagrała, ale zagrała. I to jak!

Zobacz również: Wybieramy najlepszy film wakacji 2017!

Klub Frajerów i interakcje między nimi to największy atut produkcji. Bo, tak jak wspomniałem, to film o strachu. O strachu wszystkich razem i każdego z osobna. Lęki każdego z chłopaków i rudej Beverly są tu jakby oddzielnymi bohaterami, z których każdy dostaje swoją scenę, w której pojawia się tytułowe To. Sceny te działają z osobna, jednak gdy złożyć je w całość, to wstęp sprawia wrażenie nienajlepiej zmontowanego. Trochę trudno się w tym połapać, a pełen obraz uzyskuje się dopiero przy zakończeniu. Wychodzą tu chyba małe niedostatki reżyserskie Muschettiego. W dodatku mam jeszcze zarzut do szkolnych łobuzów. Oczywiście, jeśli mamy pobliską szkołę, to oprawców naszych młodych uczniów też należałoby pokazać. Ci pokazani w filmie przedstawiają dla mnie zbyt patologiczne zachowanie. Ot tak biją po twarzy słabszego i młodszego od siebie i tak samo godzą sympatycznego grubaska nożem. Wiem, po co oni tu są, ale można było subtelniej.

Z głównym motywem wiąże się także tytułowe To. To, czyli Pennywise – klaun, który potrafi przybierać wygląd największego lęku swojej ofiary, a którego przezwyciężenie może się udać tylko w działaniu zespołowym. Po seansie filmu nie wiem, co o nim myśleć, ani czym to właściwie jest. I bardzo się z tego powodu cieszę. Bill Skarsgård daję radę, chociaż klaun nie jest postacią, która wymaga wybitnych umiejętności aktorskich. Wybrzmiewa właściwie tylko w scenie dialogu z Georgiem, potem jest już tylko tajemniczym zagrożeniem. A właściwie aż tajemniczym zagrożeniem.

Zobacz również: Twin Peaks – recenzja wielkiego powrotu Davida Lyncha!

Film kosztował parę ładnych milionów dolarów, więc jasnym jest, że twórcy będą chcieli z niego wyciągnąć sporo. Także od tych widzów, którzy idą do kina dla efektownych scen i hektolitrów krwi. Tego też tutaj nie brakuje. To zabija w charakterystyczny, efektownie kiczowaty sposób, który podobno spodobał się samemu Kingowi, jednak poza tym nie brakuje innych krwawych scen. W żadnym z wypadków nie wybijają się jednak na pierwszy plan, przez co zadowolą wszystkich. I fanów gore, i tych, którzy wolą treść od formy.

W lata osiemdziesiąte przeniesiono film także po to, żeby jeszcze bardziej zainteresować widzów drugim rozdziałem tej historii. Ta część toczy się już na przełomie roku 1988 i 1989. Wystarczy, że dodacie sobie 27 lat, a już będziecie mieli obraz tego, kiedy osadzony zostanie Chapter II. Miejmy tylko nadzieje, że nie zgubi po drodze swoich ambicji bycia czymś więcej niż kolejnym sztampowym straszakiem. Może wtedy ponownie zachwyci samego Stephena Kinga.

Redaktor prowadzący działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Kontakt pod l.kolakowski@moviesroom.pl

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo

#filmyourstory

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?