Na głęboką wodę – recenzja dramatu z Colinem Firthem

Kierowany ambicją i marzeniami żeglarz amator w łodzi-prototypie bierze udział w wyścigu dookoła świata. Historia ta brzmi niedorzecznie i fascynująco zarazem, a wydarzyła się naprawdę. Na głęboką wodę to interesująca analiza ludzkiej natury, dumy i zawziętości wystawionych na bezlitosną siłę oceanu.

Donald Crowhurst (Colin Firth) to weekendowy regatowiec, mieszkający z żoną Clare (Rachel Weisz) i trójką dzieci w hrabstwie Devon w Wielkiej Brytanii. Jego biznes – sprzedaż urządzenia do nawigacji – zaczyna podupadać. Dumny ojciec i mąż chce zapewnić swojej rodzinie odpowiednie warunki życia i w ogłoszonym przez gazetę Sunday Times wyścigu Golden Globe Race upatruje swoją szansę na sukces.

Kadr z filmu Na głęboką wodę, reż. James Marsh

Kadr z filmu Na głęboką wodę, reż. James Marsh / fot. materiały prasowe Best Film

Nagroda pieniężna to jedno, ale fakt zwycięstwa w wyścigu amatora, który osobiście zaprojektował łódź i użył autorskiego przyrządu do nawigacji, mogłyby zmienić ich życie na lepsze. Donald znajduje lokalnego sponsora, który decyduje się wyłożyć pieniądze na wyprawę pod zastaw domu. Zatrudniony przez Crowhursta dziennikarz Rodney Hallworth (David Thewlis) stał się osobą odpowiedzialną za PR i obecność żeglarza w mediach. A te momentalnie podchwyciły motyw amatora porywającego się na karkołomne zadanie.

Kadr z filmu Na głęboką wodę, reż. James Marsh

Kadr z filmu Na głęboką wodę, reż. James Marsh / fot. materiały prasowe Best Film

Film w reżyserii Jamesa Marsha (Teoria wszystkiego) rozpada się na dwie części. Pierwsza, to podnosząca na duchu, niewiarygodna historia człowieka, którego romantyczna wizja sukcesu i sławy przysłania jakiekolwiek racjonalne myślenie. Donald jawi się jako sympatyczny, pewny siebie człowiek, ale gdzieś w połowie filmu nasza perspektywa ulega zmianie. Razem z bohaterem zdajemy sobie sprawę, na jakie zadanie się porwał. Romantyczna dusza przeobraża się w męczennika, skazańca własnej pychy, zbyt dumnego, żeby przyznać się do błędu. Żeglarz zaczyna nadawać fałszywą relację ze swojej podróży, aby nie stracić twarzy i zachować godność.

Zobacz również: TOP 30 – najlepsze filmy oparte na faktach

Jako że akcja rozgrywa się pod koniec lat 60. ubiegłego stulecia, nic takiego jak nawigacja GPS czy satelity nie są w stanie zweryfikować prawdziwego położenia jego łajby. Crowhurst, w rozpadającej się łodzi, sunącej wolniej niż żółw, przysparzającej mu coraz więcej problemów, staje się niemalże polityczną alegorią współczesnej sytuacji politycznej Wielkiej Brytanii. Może to daleko wysunięta interpretacja, ale dodaje Na głęboką wodę ogląda się w ten sposób z większym zainteresowaniem.

Kadr z filmu Na głęboką wodę, reż. James Marsh

Kadr z filmu Na głęboką wodę, reż. James Marsh / fot. materiały prasowe Best Film

Ciekawym posunięciem było obsadzenie w głównej roli Colina Firtha, który od lat grywa poczciwiny o smutnych oczach. Jako Donald pokazuje, że potrafi przykładnie, jak rasowy Brytyjczyk trzymać fason. Udowadnia też, że mroczne, psychologiczne zakamarki duszy jego postaci nie są mu obce. Aktor w samotnych scenach na morzu przypomina wybitną kreację Roberta Redforda z Wszystko stracone. Oglądamy człowieka, który na naszych oczach brnie w szaleństwo, toczy nierówną walkę z samym sobą. Rozbrajające rozmowy przez telefon z żoną są najbardziej poruszające, choć balansują na granicy melodramatu. Szkoda tylko, że reżyser bał się podkręcić śruby i zmienić nastroju filmu ze skąpanej w ciepłych, pastelowych kolorach nostalgicznej opowieści, w trzymający w napięciu psychologiczny dreszczowiec.

Zobacz również: W cieniu drzewa – recenzja nowej polsko-islandzkiej produkcji

Na głęboką wodę miało być nowym Jak zostać królem, ale ani wyniki finansowe, ani odbiór publiczności, nie zapewnił tej produkcji długiego żywota na brytyjskich ekranach. Szkoda, bo historia Crowhursta jest fascynująca i zasłużyła na dobrą, obsadzoną gwiazdami produkcję. Wielu widzów zniechęci pewnie pachnący naftaliną retro klimat, w którego odtwarzaniu specjalizuje się brytyjska kinematografia. Jednak warto wybrać się na tą nieprzeciętną podróż w przeszłość, choćby ze względu na dość niespodziewany w nastroju finał.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe / Best Film

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?