Też go kocham – recenzja poczciwej komedii romantycznej

Komedia romantyczna zeszła na psy. Od czasu Allenowskich klasyków minęło już w końcu kilka pokoleń, całuśna “nowa fala” z kolei rozbiła się o brzeg kilka sezonów temu i teraz cofa się w głąb skomercjalizowanych mielizn czwakwowymi zbitkami sloganów wyciętych z walentynkowych kartek w tytule. Mimo tego popyt nie znika; zobowiązujący święty graal fałszywie niezobowiązujących schadzek, rozciągliwych objęć i ukradkowych spojrzeń finansowo trzyma się równo, jakby niezależnie od jakichkolwiek kwestii jakościowych. Papierowe figurki, na które w większości składają się urocze buźki i przeceniony jak masło w supermarkecie cięty humor sprzedają kolejne niewyszukane plakaty obiecujące jeszcze mniej wyszukane doznania fabularne. W tak nieskorej do jakiegokolwiek upadku piramidzie finansowej chyba tylko bardziej niż infantylnie kreatywne rozwiązania dla zachowania pozorów dziwią już tylko śmiałkowie, którzy uciekającą falę rozruszać własnymi stópkami starają się ponownie. Takim filmem arcydzielnie okazała się zeszłoroczna Andersonowska Nić widmo, takim też, mimo wszystkich znaków na niebie i ziemi, staje się w jakiś sposób Też go kocham Jesse’ego Peretza.

 

Znany z serialowych Dziewczyn Peretz z kinem romansował już kilkukrotnie, ale wyraźnie z obustronnym dystansem. Balansując po linie dobrego smaku ze sprawnością Josepha Gordona-Levitta w The Walk nigdy nie zdarza mu się spadać w przepaść pustego produktu ani Sundance’owego stylistycznego elitaryzmu, tworząc historie przystępne i jednocześnie niegłupie; poczciwe, ale wystarczająco treściwe. Też go kocham zdaje się być balansem idealnym, tracąc na tym może trochę fabularnego szaleństwa (momentami aż zaskakując kulturowo odbijalnym storytellingiem), ale zyskując komfortowe krzesło powszechnie tulonego popcorniaka i szansę na pierwszy w karierze reżysera filmowy sukces komercyjny.

Też go kocham

Fot. materiały prasowe

Peretz tworzy tutaj bowiem krajobraz nie tyle nawet obojętny na wszelkie antagonizmy, co wręcz ich pozbawiony. W Też go kocham związkowe problemy przedstawia z ciekawie skonfliktowanej perspektywy jednoczesnego ignorowania ich wagi i trakotwania jedynie o nich, zamykając całość na przyjacielskim ucieraniu noska. Momentami wypada to niezwykle odważnie jak na tak lekkie filmowe przedsięwzięcie – Peretzowscy bohaterowie przewracaniem oczu reagują na zdradę, wyprawiają serię stand-upowego niemalże badmintona na pooperacyjnym stole, a stosunek seksualny inicjują równie bezceremonialnie co chęć zakupu ulubionego pieczywka. Dzięki temu udaje mu się wydobyć klimat rzewnej 60’s-owej pioseneczki praktykując technikę duchowego nieuczestnictwa. Stąd też reżyser za dwójkę protagonistów obiera sobie szczęśliwie apatyczną związkową gasnącą świecę (Rose Byrne) i dawno już zgasłego rockmana, którego dnie uciekają na kolejno ułożonych zestawach LEGO i patrzeniu w fale telewizyjne składające się na dragonballowe sylwetki. Z potrzeby bliskości i internetowego malkontenctwa wytwarza się między nimi więź tak długo niedefiniowalna, na ile widzowska percepcja nie zdecyduje się maszerować interpretacyjnymi zakamarkami rom-komowych utartych zagrań.

Też go kocham

Fot. materiały prasowe

I Peretzowska zabawa wciąga z siłą najnowszego wodnego odkurzacza marki Phillips. Tak klasyczne romantyczne podchody nigdy nie wykraczają w Też go kocham poza fazę komfortowego śmieszka, szybko zamieniając film w historię współpotrzeb i współzależenia bardziej niż namiętny bezkoszulkowy romans. Obijając się krótkimi spacerami i skarpetkowymi historiami przy herbatce swoim narracyjnym baletem mknie naprawdę szybko, aż dociera do finału, który… nie rozwiązuje niczego, nie klaruje niczego, a pozorny brak satysfakcji wwierca się tak mocno, że niektórzy postanawiali nawet zostać na napisach końcowych, by po zapaleniu świateł skwitować całość słowami: “takie nic”. Ale chyba takie samo nic na myśli mieli The Kinks pisząc przywołane zresztą w filmie Waterloo Sunset, gloryfikujące te wszystkie najpiękniejsze chwile, o których nikt nie pamięta i które na dłuższą metę nikogo nie obchodzą. Tak samo jak kolejne sprzeczki, złamane nadzieje i międzyludzkie humorki. I właśnie takiego “nic”, wyrównanego do wszelkich narracyjno-fabularnych standardów, przepełnionego za to szczerą życiowością bardziej niż babciny album ze zdjęciami kocham. I mam nadzieję że nie jestem jedyny, bo moglibyśmy zrobić wtedy niezły suchar.

 

Prędzej filmowy zapaleniec niż wysmakowany kinoman, który podobną miłością darzy najnowsze produkcje Marvela i kino Wima Wendersa. W przyszłym wcieleniu chciałby być Dzikim Stworem z filmów Spike'a Jonze'a. Tymczasem jest jednak zgarbionym i troszkę nadętym nastolatkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

coocumber pisze:

ostatnio byłam na seansie z teściami i narzeczonym. tym wcześniej wymienionym film podobał się średnio, „takie nic” chyba nawet padło, natomiast mnie i mego lubego urzekł niesamowicie! wspaniała recenzja, zgadzam się w pełni;—)))

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?