Cannes 2018 – dzień 10: Dogman, Capharnaüm i Whitney

W czwartek rano wydawało się, że walka o Złotą Palmę została rozstrzygnięta, bo Matteo Garrone dostarczył jeden z najlepszych filmów festiwalu. Ale wieczorem doszło do niespodziewanej zmiany faworyta. Projekcja Capharnaüm Nadine Labaki zakończyła się piętnastominutową owacją na stojąco dla reżyserki i aktorów tego wzruszającego filmu. Jeżeli jury podzieli zachwyt publiczności, w Cannes zobaczymy drugą w historii kobietę zdobywającą główną nagrodę.

Zobacz również: Festiwal filmowy w Cannes i kobiety: interesujące ciekawostki

Konkurs główny

Kadr z filmu Dogman, reż. Matteo Garrone / materiały prasowe

Kadr z filmu Dogman, reż. Matteo Garrone / materiały prasowe

Dogman

reż. Matteo Garrone

Wiele elementów Dogmana może sprawić, że film będzie wydawał się odstręczający. Surowa rzeczywistość przedstawiona na ekranie, smutne i zmęczone życiem twarze, wszechobecne poczucie porażki i degrengolady. Włoska prowincja, podupadające miasteczko z obskurnym budynkami oraz mieszkańcami, wśród których dominuje starsze pokolenie i dzieci. Ktokolwiek z jakimiś perspektywami, kto mógł znaleźć gdzieś pracę – wyjechał. Zostali „lokalsi”, a jedyne biznesy, które tu funkcjonują, to restauracja, lombard, miejsce z automatami do gry i centrum do opieki dla psów „Dogman”. W tym ostatnim pracuje Marcello (Marcello Fonte), wiecznie uśmiechnięty i pogodny miłośnik zwierząt, rozwiedziony ojciec dorastającej córki, z którą dzieli pasję nurkowania. Bohater jest częścią małej społeczności, nie odmawia pomocy nikomu, nawet gdy w jego przybytku zjawia się miejscowy gangster i rozrabiaka – Simone (Edoardo Pesce). On będzie źródłem poważnych kłopotów, które zakończą się dla Marcello odsiadką wyroku w więzieniu.

Dogmana na jednym poziomie jest filmem gangsterskim, w którym niewinny człowiek zostaje uwikłany w brudne interesy. To także kino zemsty, bo Marcello nie odpuści odpowiedzialnemu za wysłanie go za kratki Simone. Garrone nasyca historię odpowiednią dawką psychologicznych detali, snując parabole pomiędzy psami i ludźmi. Marcello nie jest może aniołkiem, bo obok bycia fryzjerem dla psów sprzedaje kokainę. Dzięki temu ma pieniądze, by zabierać córkę na kolejne wyprawy nurkowe. Ale ma serce ze złota i jest wierny swojemu panu niczym posłuszny piesek. A „panem” i agresywnym pitbullem w tym wypadku jest właśnie Simone, dwa razy większy i silniejszy od chucherkowatego Marcello, przychodzący do właściciela salonu fryzjerskiego po narkotyki, przestający płacić, grożący mu przemocą, ale również oferujący mu pozorną „przyjaźń” i ochronę. Ten zaś nie ma wyboru, by go otrącić – zgadza się na przykład zawieść dwóch mężczyzn pod dom, do którego się włamują. Ale po tym, jak dowie się, że oprychy włożyły szczekającego Chichuahuę do zamrażalki, wraca tam, by uratować pieska. Kolejną komiczną sceną jest ta, w której bohater przywozi rannego Simone do matki, jedynej osoby, której gangster najwyraźniej się boi. Kiedy zdenerwowana kobieta w złości rozsypie na podłodze kokainę, jej syn odwróci jej uwagę w specyficzny sposób, by Marcello mógł zebrać dragi, żeby się nie zmarnowały.

Dynamika między tymi dwoma postaciami niesie całą historię. Fonte i Pesce są trochę jak napędzani prochami Flip i Flap (którzy pojawiają się dość niespodziewanie w filmie), fizycznie przypominają też młodego Ala Pacino i Roberta de Niro z okresu Wściekłego byka. Doskonale oddana została atmosfera, w czym pomagają piękne zdjęcia z szarymi kolorami rozświetlanymi przez neony. Kadry są perfekcyjne i nawet gdy operator decyduje się trzymać pewne ujęcie odrobinę za długo, jest to zupełnie usprawiedliwione. Detale i zmysł obserwacyjne surowej rzeczywistości są bliskie doskonałego, przełomowego filmu reżysera – Gomorry. Niewiele produkcji w tegorocznym konkursie wywołało u mnie autentyczne „ciary” – Dogman zrobił to znakomicie.

Ocena: 90/100

Kadr z filmu Capharnaüm reż. Nadine Labaki / materiały prasowe

Kadr z filmu Capharnaüm reż. Nadine Labaki / materiały prasowe

Capharnaüm

reż. Nadine Labaki

Po projekcji najnowszego filmu reżyserki Karmelu długo prowadziłem dyskusję ze znajomymi o tym, czy używanie historii małego, biednego dziecka w celu zdobycia nagród na głównym festiwalu filmowym nie jest jakimś emocjonalnym szantażem. Ten Slumdog. Milioner z ulicy tegorocznego Cannes może z pozoru brzmi na kiczowaty, ryzykowny pomysł, ale Labaki wychodzi z tej karkołomnej próby zwycięsko. Mimo pewnych klisz i niepotrzebnego podsycania nastroju dramatyczną muzyką Capharnaüm to świetnie zrealizowany, perfekcyjnie zagrany, ważny głos w sprawie sytuacji najmłodszych w krajach trzeciego świata.

Mimo okołu dwunastu lat Zain (Zain Alrafeea) odsiaduje pięcioletni wyrok w więzieniu za zranienie człowieka nożem. Chłopczyk nie wie tak naprawdę w jakim jest wieku, bo rodzice, którzy wychowują jeszcze jakieś pół tuzina dzieci, nie pofatygowali się nigdy po jego akt urodzenia. I stracili pewnie rachubę czasu. Zain staje przed sądem z innego powodu niż brutalna zbrodnia. Postanawia pozwać matkę i ojca za to, że zdecydowali się wydać go na świat. W kilku długich retrospekcjach poznajemy historię chłopca i zasadność jego roszczeń.

Reżyserka nie szczędzi nam detali, z kamerą zaglądającą w każdy zakamarek życia chłopca. Małe mieszkanie, które dzieli cała rodzina, gdzie wszyscy śpią w ścisku na jednym materacu. Brak czasu na szkołę, bo praktycznie całe rodzeństwo zajmuje się zarabianiem pieniędzy, a to sprzedając soki na ulicy, kupując fortelem lekarstwa sprzedawane potem jako narkotykowe napoje, czy pracując u właściciela lokalnego sklepu – Assada. Zain przejęty jest tym, że jego jedenastoletnia siostra dostała pierwszego okresu i będzie starał się ukryć to w tajemnicy. Wie dobrze, że teraz jego rodzice będą starali się pozbyć jej z domu, wydając za mąż. Cóż, chłopak ma rację – zanim uda mu się zorganizować wspólną uczieczkę domu, dziewczynka zostaje oddana przyszłemu mężowi.

Zobacz również: Festiwal filmowy w Cannes i kobiety: interesujące ciekawostki

Grający Zaina aktor jest naturszczykiem i z wielką łatwością oddaje młodego człowieka znającego świat przez wychowanie na ulicy, nie przebierającego w słowach (przeklina niczym szewc), radzącego sobie w życiu niezwykle dobrze jak na swój wiek. Główny bohater po ucieczce z domu zaczyna prawdziwą odyseję po slumsach Bejrutu. Trafia do podupadającego lunaparku, idąc za starszym facetem przebranym w alternatywny kostium Człowieka-pająka. Mężczyzna ma na piersi symbol wyglądający raczej jak karaluch, co nie tylko jest komediowym akcentem. Biedota stolicy Libanu faktycznie gniezdzi się i żyje jak te owady, pożywając się resztkami, usiłując przetrwać kolejny dzień. Zain zaprzyjaźnia się z nielegalną emigrantką z Etiopii – Rahil (Yordanos Shiferaw). Kobieta stara się pracować i zajmować jednocześnie rocznym synem – Yonasem. Trzynastolatek stanie się baby-sitterem, pilnując i karmiąc malucha w czasie nieobecności jego matki. Jednak któregoś dnia Rahil nie wróci baraku z płyt i blachy falistej, który jest ich domem. Zain będzie starał się przetrwać z Yonasem kolejne dni, kradnąc, sprzedając co się da, wędrując po straganach i ulicach miasta.

Capharnaüm, w wolnym tłumaczeniu oznacza bałagan, symbolizuje nie tylko Bejrut jako stłoczone na małej przestrzeni miasto, w którego chaosie gnieżdżą się żyjący tam ludzie. To również stan moralnego rozpadu społeczeństwa, braku poszanowania dla najbardziej potrzebujących i bezbronnych. Film Labaki jest apelem o przywrócenie godności dzieciom, o poszanowanie praw kobiet, o używanie zdrowego rozsądku, a nie dogmatów wiary. Reżyserka unika jak ognia moralizatorstwa, ale jak na produkcję z przesłaniem jest tam kilka słabszych momentów. Obok świetnej kamery z ręki pojawiają się niewiele wnoszące ujęcia z powietrza, tak zwane „boskie spojrzenie”. Muzyki w formie ścieżki dźwiękowej jest niewiele, ale jeżeli się już pojawia, pełni rolę niepotrzebnego „rozczulacza”, jakby nie wystarczyło to, co oglądamy na ekranie. Takie uwagi mogą brzmieć cynicznie, ale nie pomagają one niestety filmowi wspiąć się na zarezerwowany dla arcydzieł szczyt.

Ocena: 85/100

Pokaz specjalny

Kadr z filmu Whitney, reż. Kevin Macdonald / materiały prasowe

Kadr z filmu Whitney, reż. Kevin Macdonald / materiały prasowe

Whitney

reż. Kevin Macdonald

Drugi w ciągu ostatniego roku dokument o życiu gwiazdy pop wyszedł spod ręki twórcy Ostatniego króla Szkocji i innego filmu o muzyku – Marleya. Reżyser idzie podobną drogą, co Amy, więc porównania obydwu produkcji będą bardziej niż oczywiste. Na obrazy oglądane w Whitney złożyły się archiwalne fotografie, prywatne nagrania utrwalone na taśmach wideo, wywiady z artystką dla radia i telewizji oraz rozmowy z ludźmi z najbliższego otoczenia Whitney Houston. Twórca dokumentu nie boi się zadawać kontrowersyjnych pytań, wierci swoim rozmówcom dziury w brzuchu, szukając przyczyn tego, co doprowadziło będącą u szczytów popularności gwiazdę do skraju wyczerpania i śmierci.

Kolorowy, amerykański sen, który wyłania się z otwierającego film montażu, przerywany jest przez mroczne rysy. Fragmenty teledysków, popkultura lat 80., reklamy, pogodne wydarzenia otaczające świat zaburzone zostają przez przebłyski z przeszłości: rasistowską historię Ameryki, protesty w latach 60., kiedy to Whitney, albo jak nazywano ją w rodzinnym gronie – Nippy, przyszła na świat. Z fragmentów opowieści wyłania się pogodna osoba o wspaniałym glosie, doprowadzanym do perfekcji przez matkę. Kiedy Houson jest gotowa na podpisanie pierwszego kontraktu i nagranie albumu, bój toczą o nie dwie wytwórnie płytowe. A potem na listy przebojów wpada hit za hitem, a kobieta staje się symbolem sukcesu czarnej Ameryki. Ogromne pieniądze, które zaczyna zarabiać piosenkarka, są jak zwykle źródłem problemów, ściągają wokół niej szkodliwe osoby, także te z najbliższej rodziny. Kiedy pod koniec oglądamy przejmujący montaż, w którym nagłówki z gazet prześcigają się w donoszeniu o kolejnych kłopotach gwiazdy, mamy wrażenie, że wiele rzeczy poszło nie tak i tragicznej spirali nie będzie można zatrzymać.

Macdonald w swoim dokumencie nie szuka jednego winnego, ale pyta o wiele powodów, które spowodowały upadek Whitney. Są to mroczna historia z dzieciństwa, rasistowskie komentarze do jej kariery płynące ze strony Afroamerykanów, problemy z tożsamością seksualną, zły wpływ rodzeństwa i ojca, obecność narkotyków, sprowadzony do tła mąż, co zniszczyło jego dumę. Kończąca film piosenka nie pozwala jednak zapomnieć, że Houston była jedną z najwspanialszych wokalistek pop w historii.

Ocena: 80/100

Zobacz pozostałe artykuły z 71. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?