Powrót do przeszłości – “Dogville” (2003)

Geniusz. Wizjoner. Skandalista. Szaleniec. O Larsie von Trierze, podobnie jak o większości wielkich reżyserów, widzowie i krytycy na całym świecie wyrażają się bardzo różnorodnie. Mało który artysta potrafi podzielić odbiorców swoich dzieł na dwa tak wrogie obozy – wiernych zwolenników i zagorzałych przeciwników. Filmy Von Triera same w sobie też nie sprzyjają gwałtownemu przyrostowi fanów – są skomplikowane w odbiorze, poruszają trudne tematy, a także pełne są alegorii, które przeciętnego zjadacza popcornu po prostu żenują, śmieszą albo doprowadzają do stanu totalnego ogłupienia. Sam twórca również dolewa oliwy do ognia, rzucając na Festiwalu w Cannes okazjonalne teksty o tym, że „Izrael jest wrzodem na dupie”, a on sam to w sumie „rozumie Hitlera”. I jak tu pokochać kogoś takiego?

Wystarczy jednak obejrzeć dowolny film Duńczyka i dać się wciągnąć w kreowaną przez niego wizję, aby zmienić zdanie o tym człowieku. Weźmy na przykład „Dogville”, który już na pierwszy rzut oka wyróżnia się… bardzo umowną scenografią. Wyobraźcie sobie, że tytułowe miasteczko w Górach Skalistych w USA to tak naprawdę narysowane kredą na czarnej powierzchni prostokąty, które mają stanowić ściany domu. Aktorzy muszą więc uruchomić wyobraźnię równie mocno, co widzowie – otwierają drzwi, których nie ma, chociaż pod obraz podłożony jest dźwięk oznaczający skrzypnięcie. I dalej – mały kwadracik to psia buda. W środku odrysowana jest sylwetka psa i podpis „dog”, a pod obraz podłożone jest szczekanie. I tak w kółko. Prawdziwi są jedynie aktorzy i drobne rekwizyty, plan „Dogville” przypomina więc raczej teatralną scenę.

dogville-town

 

 

Do miasteczka przybywa Grace (Nicole Kidman), która szuka schronienia przed ścigającymi ją gangsterami. Wizyta w Dogville może okazać się jednak najgorszą decyzją jej życia, ponieważ jego mieszkańcy to ludzie zabobonni, ukierunkowani na własną, hermetyczną społeczność i bardzo niegościnni dla obcych. Wyłamać się z tego schematu pragnie młody pisarz i filozof Tom (Paul Bettany), który na przykładzie Grace próbuje zmienić postawę współmieszkańców, nauczyć ich korzystać z życia i brać to, co zostanie im zesłane.

Kobieta zostaje w miasteczku na „okresie próbnym” pod protekcją Toma. Musi jednak pracować dla pozostałych mieszkańców – leczyć lekarza, czytać ślepcowi, pomagać pokojówce. Z czasem, potrzeba pomocy zamienia się w wyzysk, a w efekcie prowadzi do czegoś znacznie gorszego – Grace staje się niewolnicą i seksualnym obiektem.

W akompaniamencie wpadającej w ucho muzyki klasycznej, obserwujemy moralny upadek i skundlenie społeczności „Dogville”. Lars von Trier, podobnie jak David Cronenberg, lubuje się w ukazywaniu rozkładu, jednak skupia się raczej na zgniliźnie duchowej, niż fizycznej. Większość jego filmów w mniejszym lub większym stopniu porusza właśnie te tematy.

Cn_Lars-Von-Trier_061

Trzygodzinne „Dogville” to dzieło nowatorskie, eksperymentalne i prowokatorskie. Reżyser w śmiały sposób obnaża ludzką naturę, boleśnie punktując nasze słabości i ułomności, a także łatwość, z jaką przychodzi nam wykorzystywanie słabszych. Na końcu reżyser stawia pytanie – kto tak naprawdę jest ofiarą? I odpowiada na nie w bardzo przewrotny sposób.

Najpiękniejsze w filmach Skandynawa jest to, że nie sposób ich zinterpretować w jeden, słuszny sposób. Każdy widz wyciągnie z „Dogville” co innego, jednak przygoda Grace będzie przeżyciem ciężkim, wstrząsającym, naturalistycznym i bolesnym. Im bardziej bohaterka stara się pomagać mieszkańcom, tym bardziej cierpi i dosłownie nikt nie staje w jej obronie. Nakręca się spirala strachu, niechęci i pogardy, a tytułowe „Miasteczko psów” popada w coraz większe zezwierzęcenie. Cechy pozytywne są tu z góry skazane na porażkę.

„Dogville” to właściwie spektakl w kinie, czysta sztuka, która jak żadna inna potrafi uruchomić wyobraźnię widzów. To klucz do skutecznego obcowania z dziełem Duńczyka – myślenie i zaakceptowanie umowności formy. Mamy skupić się wyłącznie na relacjach pomiędzy postaciami. Nie byłoby to możliwe bez doskonałej gry aktorskiej – muszę przyznać, że Kidman po raz pierwszy naprawdę mnie zaskoczyła, bo Bettany, Bacall czy Caan to zawsze gwarancja dobrego warsztatu.

dogville-pulling-full

Reżyser lubi dzielić swoje filmy na akty, nie inaczej jest w tym przypadku. „Dogville” składa się z 9 segmentów i prologu, okraszonych głosem narratora – bardzo znajomym, wszak należy on do Johna Hurta. To on nadaje akcji tempo, komentuje wydarzenia na ekranie, a także pomaga zinterpretować pewne zmiany zachodzące w bohaterach. Równie dobrze mógłby to być głos samego reżysera – miałem wrażenie, że to właśnie jego opinie, poglądy i obserwacje w bezpośredni sposób przekazuje Hurt.

„Dogville” to film wybitny, jedno z najpiękniejszych i najpełniejszych dzieł, jakie dane mi było kiedykolwiek oglądać. To traktat o moralności, studium władzy jednego człowieka nad drugim, a wreszcie także przewrotna opowieść o tym, czy ludzie są źli z natury. Być może stają się tacy dopiero po przyjęciu określonej liczby ciosów? Można tu znaleźć także wątki miłosne – uczucie jest jednak pokazane w wypaczony sposób i zmieszane z instynktowną potrzebą seksu.

Film ten powinien obejrzeć każdy szanujący się kinoman(iak), ale okazjonalnemu widzowi również nie zaszkodzi obcowanie z dziełem Duńczyka. To bite 3 godziny filmowej uczty, pozostawiającej wrażenie sytości na bardzo długi czas.

https://www.youtube.com/watch?v=KXcS5qo-nKg

Zastępca redaktora naczelnego

PR-owiec, recenzent, okazjonalnie tłumacz. Kocha kino, seriale, książki, komiks i gry. Kumpel Grahama Mastertona. W MR odpowiedzialny za dział Popkultura.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?