Co jakiś czas jawią się naszym oczom kolejne newsy, które mówią o tym, jak to w Hollywood coraz większą rolę odgrywa i będzie odgrywać AI. Jest grupa kinomanów, wśród której podnosi się wtedy lament, że to złe, że kino będzie umierać, że twórcy zostaną zastąpieni. Zupełnie jakby dzisiejszy przemysł filmowy w wielkich studiach już nie był oparty w największym stopniu o algorytmy, badania focusowe i wszystkie inne techniki, które mają pozwolić tym nadętym do granic korporacjom zarabiać jeszcze więcej. Jedną z najlepszych tego typu maszynek w Universalu są akurat Minionki, które doczekały się już siódmego filmu. Niektóre są bardziej o nich, inne o bohaterach dzielących z nimi świat, cały czas jednak mają zbliżone założenia. Chodzące tiktaki mają mówić, śmiać się i robić dużo rzeczy. I ich też ma być dużo.
W tym wszystkim Minionki i straszydła chcą kupić serca kinomanów jako celebracja dorobku wytwórni Universal, jak i kina jako takiego. Zaczyna się to wycieczką po kinowym muzeum, podczas której Pani przewodnik pokazuje dzieciakom wspaniałe, nawiązujące do historii kina eksponaty, po czym przedstawia dwóch głównych bohaterów. Legendy kina w minionkowym wydaniu — postacie absolutnie fundamentalne dla historii X muzy — które jednak wyglądają dokładnie tak samo jak wszystkie pozostałe żółte stworki. Tutaj rozpoczyna się retrospekcja i historia właściwa. Twórcy starają się przez nią powiedzieć, że nauczą teraz dzieciaki co nieco historii kina za pomocą minionków. Ja po seansie chciałbym jednak zgłosić weto i powiedzieć, że ze swoją pociechą poradzę sobie sam. Mam nadzieję, że dużo lepiej.

Wypchanie filmu taką liczbą kinofilskich nawiązań może być bardzo ciekawym dodatkiem do kolejnej niezwykłej animowanej przygody. Jeśli dziecko wyjdzie odpowiednio zainteresowane rzeczywiście może zacząć pytać, będziemy mieć okazję do wykazania się przed nim, a i sami, jako dorośli, więcej radochy będziemy czerpać z filmu, który dla kinomana brzmi bardziej insidersko i pozwala pobawić się w wyszukiwanie tych wszystkich smaczków. Od razu narasta jednak jeden, podstawowy i spodziewany problem. Otóż, jest to jedyny pomysł na ten film, cała reszta to sztampa sztamp, którą ogląda się nudno i bez emocji.
Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka, a najważniejsza to chyba brak zrównoważenia czymś podejścia, jakie od zawsze ma ta seria do swoich małoletnich widzów. Minionki to bardzo charakterystyczna pod kątem opowiadania seria. Z mocno tiktokowym humorem, niesamowicie przebodźcowana i kolorowa, wykorzystująca swoje tytułowe żółte stworki do tworzenia ogromu slapstickowych i innych gagów, w dużej mierze tworzących opowiadane historie. Tutaj również jest tego dużo, jednak brak zrównoważenia innymi elementami skrajnie obniża emocje. Nie ma dobrze znanych ludzkich bohaterów serii, figury dwójki najważniejszych Minionków nie przekonują a i pozostałe postaci stanowią tło, które broni się tylko w pojedynczych scenach, nie stanowiąc wartości dodanej do historii. Sama bajka jest prostą historią o dążeniu do spełniania marzeń, która nie ma po drodze żadnych interesujących aspektów, czy to wizualnych czy jakkolwiek innych.

Tiktokowa forma jest wtedy nie tylko męcząca, ale i powtarzalna. Straszydła nie będą częścią, z której wyjdziemy wzbogaceni i to nie tylko z uwagi na brak jakiegoś oryginalnego tematu czy morału, ale także przez to, że film słabuje również w elemencie humorystycznym. Zarówno te postaci, które mówią, jak i te, które mają robić śmieszne rzeczy wykorzystując aparat mowy po minionkowemu nie dają nam nic do zapamiętania w tym aspekcie. Gdyby ten film puścić nie jako kontynuację, a po prostu wpiąć kilka gagów w poprzednią część, nieco zwiększając jej metraż, nikt nie zauważyłby różnicy. Trudno będzie również choćby o jedną kilkusekundową zbitkę, która mogłaby pozostać bohaterem jakiegoś viralowego gifa.
Żaden ze mnie fan Minionków, ale chodziłem na te filmy i raczej nie zdarzyło mi się opuszczać sali kinowej niezadowolony. Jasne, człowiek wiedział czego się spodziewać, bywało lepiej i gorzej, nigdy jednak tak nijako jak w tym momencie. Wychodząc z wypełnionej ogromnej sali pokazu premierowego, oprócz rozsypanych wszędzie kilogramów bananowego popcornu nie miałem przed oczami nic, co chciałbym tu zapamiętać. Twórcy chcieli mnie złapać na miłość do kina, zapominając o tym, że w dobrym filmie tego typu zabiegi powinny być co najwyżej dodatkami. Nawet wspomniana wcześniej początkowa wycieczka do muzeum, poza krótkim metakomentarzem, nie pełni żadnej roli. Gdyby więc rzeczywiście kiedyś zdarzyło się tak, że filmy zaczęłyby robić Minionki, chyba wolałbym, żeby studia zostały przy coraz większej ingerencji AI.

Wierzę, że ten film nie powstał wyłącznie jako chłodna kalkulacja i pomysł na złoty środek, który jak nigdy w tej serii spróbuje zainteresować nie tylko dzieciaki i ich rodziców, ale i tych, którzy są bardziej za pan brat z kinem. Mam nadzieję, że w twórcach jest jakieś uczucie do filmów. Wtedy jako główny zarzut płynący w kierunku Minionków i straszydeł będzie można postawić nieudolność. Miłość do kina i umiejętność robienia go to bowiem dwie różne rzeczy. Fajnie, jeśli idą w parze, ale historia nie raz pokazała już nam, jak bardzo nie muszą.
Zobacz inne recenzje na Movies Room:
Łukasz Kołakowski
Redaktor prowadzący działu recenzji filmowych Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.
Kontakt pod l.kolakowski@moviesroom.pl