Advertisement

Oni – recenzja najsmutniejszego teledysku

Rozkładający wszelkie głosy krytyki, dzielący bardziej niż Kler i Wołyń Oni, najnowszy film Paola Sorrentino, zamiast ze standardowymi okrzykami zachwytów i laurów dla wybitnego spadkobiercy włoskiego neorealizmu spotyka się raczej z chłodnym zagubieniem, którym udało mu się przytłoczyć nawet redaktora Małeckiego. I trudno się dziwić; Oni to w końcu jedynie połowa geniuszu przebijającego się od czasu do czasu z tak smutnie pięknego bałaganu.

Mimo to, znając kulisy powstania, mało który reżyser wybrnąłby z przykrej sytuacji aż tak sprawnie jak autor Wielkiego piękna. Oni są w końcu filmem pełnym, sporadycznie jedynie swoim przemontowywaniem dezorientującym widzowskie kontrolki. A sztuka to niemała, bo trwający początkowo niemalże dwukrotnie dłużej film napakowany jest wewnętrznymi sensami, które, choć tracą moc, wybrzmiewają jednak wystarczająco, by być słyszalnymi. Nie żeby cięcia nie były widoczne – dziwnie nieznajomy nadmiar teledyskowych sekwencji, wątki pourywane w trakcie czy brak odpowiedniego wyhamowania przed finałem to wciąż problemy, których Sorrentino uniknąć nie potrafił. Cała magia Onych (Nich?) wypływa jednak wtedy, gdy orientujemy się, że to zupełnie w zabawie nie przeszkadza. I, co najciekawsze, ma głębokie uzasadnienie w kontekście filmowej tematyki.

Oni

Fot. materiały prasowe

Oni są przecież filmem o styku showbizu i polityki, owocującym zapisanym w biografiach Berlusconiego imprezowym nieżyciem i pozornym kapitalistycznym spełnieniem. W ich perspektywie dający się we znaki nadmiar muzyczki do zachęcającego montażu staje się doświadczeniem czerpanym z wymęczenia ukrytego za szatańskim uśmiechem protagonisty, a urwane wątki i mknące bez puenty przez ekran postacie to przecież symulacja falującego pędu popularności i wpływów burzonych jednym, nawet najdrobniejszym niepowodzeniem. Najwyraźniej uzewnętrznia się to w wątku fikcyjnego głównego bohatera Sergia Morry, który swoją ambicją i charyzmą ujmuje aż do końca następującego bez zbędnych wyjaśnień w połowie całego filmu. W tym też w końcu kryje się geniusz samego Sorrentina, bawiącego się z widzowskimi oczekiwaniami ze sprawnością wytrawnego komiwojażera, gdy cała celuloidowa rozbuchana opowieść z prologiem rozciągniętym do granic możliwości okazuje się koncentrować na tak znajomym dla niego wypaleniu. Spektakularnie zakreślając historię Wilkiem z Wall Street i całą piramidą amerykańskiego snu, reżyser okazuje się jak zwykle mieć znacznie mniej oczywiste plany. Cała śmietanka, wszyscy ci tytułowi “oni” wypadają w końcu co najwyżej żałośnie ze wszystkimi próbami przedłużania życia, świetności, a przede wszystkim tak ważnej dla Sorrentina młodości. Oparty na ciągłych kontrastach młodzi-starzy, bogaci-biedni, aspirujący-zrezygnowani, finalnie odsłania jedynie życiową względność, tak bolesną dla protagonisty, który sukces definiuje głównie przez rozłożone usta innych.

Oni

Fot. materiały prasowe

Sukces, co warto zaznaczyć, wyzbyty z satysfakcji, realności i samego siebie. Filmowy Berlusconi to z jednej strony człowiek trzymający w dłoni całe Włochy, z drugiej niepotrafiący utrzymać uczucia własnej żony. Zadowolenie dawno już odpłynęło, a próby jej przywrócenia naznaczone są beznadziejną desperacją uwypukloną na hucznych przyjęciach-teatrzykach, gdzie wszyscy udają ku zbiorowej katartycznej naiwności. Gdy jednak w końcu następuje złamanie zakłamanego komfortu, nerwowe uśmiechy tracą przykrytą pieniędzmi maskę w rytm rozpaczliwego, nierytmicznego bunga-bunga – tańca tak przecież fikcyjnie przedłużanej czekami młodości.

Oni

Fot. materiały prasowe

Oni stanowią też w końcu pierwsze przełamanie neorealistycznego dziedzictwa Sorrentina, który z klasykami wchodzi w brutalną artystyczną polemikę. Reżyser kolejnymi bezwstydnymi cięciami obdziera bowiem mistrzów niemalże ze wszystkiego; film podważa elegancję melancholii, kobieciarstwa i wysmakowania na rzecz starczej techno-desperacji pośród sugestywnej nagości, stanowiącej w końcu jedynie tło dla szastania pieniędzmi nad własnym grobem, oczywiście nieświadomego lub też pozornie nieświadomego. Duchowy eskapizm, strachliwa ucieczka od myśli staje się w końcu jedyną drogą, bo spokojnie je trawiąc napotkać można jedynie moralne demony. Oni nie robią rachunku sumienia, bo o sumieniu dawno zapomnieli, a do czasów ekscytującej finansowej niewypłacalności tęsknią bardziej niż własnych willi i pięćdziesięciometrowych basenów. Najlepiej widać to w końcu w niepozornej scenie sprzedaży mieszkania. Główny bohater w rzadkiej chwili przełamania makijażowej maski próbuje opchnąć fikcyjne mieszkanie w okazyjnej cenie osobie wybranej na chybił trafił z książki telefonicznej. Uśmiech sukcesu staje się jedną z nielicznych szczerości na roześmianej facjacie Berlusconiego, by za moment, wraz z nieprzyjemną, zwykle niedopuszczaną refleksją odpłynąć w rejony idealizowanej prawdą przeszłości, którą wszyscy znamy i wszyscy, zwłaszcza uwięzieni w konwenansach i hierarchicznym ścisku Oni, mamy już za sobą.

Prędzej filmowy zapaleniec niż wysmakowany kinoman, który podobną miłością darzy najnowsze produkcje Marvela i kino Wima Wendersa. W przyszłym wcieleniu chciałby być Dzikim Stworem z filmów Spike'a Jonze'a. Tymczasem jest jednak zgarbionym i troszkę nadętym nastolatkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?