Advertisement
banner

Potrójna granica – recenzja nowego filmu akcji Netflixa

Takie kino powstawało w latach 80. i 90. Grupa amerykańskich najemników podejmuje niemożliwą do wykonania akcję, by zarobić grubą forsę, a przy okazji pokonać lokalnych bandziorów. I choć scenariusz Potrójnej granicy jest zupełnie oryginalny, oglądanie tego filmu to powrót do przeszłości. Na ekranie brakuje tylko Arniego, Stallone’a, Segala albo Chucka Norrisa.

Ikony kina akcji tamtych lat są już za stare, żeby firmować swoimi nazwiskami nowe produkcje. Albo rozmieniły swoje kariery na drobne. Dlatego J.C. Chandor (twórca świetnego Wszystko stracone i jeszcze lepszego Roku przemocy) zaangażował do swojego filmu młodszych, ale uznanych aktorów. Obsada wygląda znakomicie – jest Oscar Isaac (Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi) jako „Pope”, prowodyr i pomysłodawca całego zdania; Ben Affleck (Batman vs Superman: Świt sprawiedliwości) jako „Redfly”, mistrz planowania i rekonesansu; Pedro Pascal (serial Narcos) jako „Catfish”, niezawodny pilot; Charlie Hunnam (Król Artur: Legenda miecza) – „Ironhead” i Garret Hedlund (Tron: Dziedzictwo) – Ben – jako żołnierze nie do zdarcia. Za scenariusz odpowiada Mark Boal, który z Kathryn Bigelow stworzył niezapomniane produkcje, jak The Hurt Locker. W pułapce wojny, Wróg numer jeden i Detroit. Dlaczego przywołuje te wszystkie nazwiska i ich dorobek? Tylko dlatego, żeby pokazać, że to, co teoretycznie powinno działać jak marzenie na papierze, nie zawsze przekłada się na dobre wyniki w praktyce. Nawet galaktyczny Real Madryt dostaje czasem lanie od przeciętnego Ajaxu Amsterdam.

Zobacz również: Potrójna granica – Affleck, Isaac, Hunnam i reszta ekipy w nowym zwiastunie

Bohaterowie Potrójnej granicy to byli lub obecni żołnierze służb specjalnych, których lojalność do służby i flagi doprowadziła do niczego. „Redfly” po rozwodzie z żoną próbuje jakoś zarobić na życie, sprzedając obskurne apartamenty. „Catfish” nie może latać, bo odebrano mu licencję po tym, jak znaleziono u niego narkotyki. „Ironhead” uczy młodych rekrutów, dlaczego warto służyć krajowi, a Ben walczy w klatce, w jakiejś podrzędnej wersji MMA. Natomiast „Pope” od kilku lat bezsilnie próbuje dorwać bossa narkotykowego, który terroryzuje pewien kraj w Ameryce Południowej (nie do końca wiadomo który). On właśnie dowie się w końcu o miejscu, w którym ukrywa się przestępca ze swoją fortuną. Do wykonania zadania, czyli odnalezienia bandyty, zabicia go i obrobienia z kasy angażuje najlepszych – swoich dawnych kumpli. Ma poczucie, że komu właśnie, jak nie im należy się największa gratyfikacja z tej akcji – naprawdę duża pula pieniędzy do podziału. Jak z tak doskonałymi planami bywa, coś musi pójść nie tak.

Kadr z filmu Potrójna granica / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Potrójna granica / fot. materiały prasowe

Chandor wie, jak wrzucić widza w środek akcji. Potrójna granica zaczyna się od trzymającej w napięciu sekwencji obławy skrytki kartelu narkotykowego. Dynamiczny montaż, karkołomne ujęcia z różnych punktów widzenia, płynąca z głośników muzyka Metallici. Sekwencje z dużą dawką adrenaliny twórcy zafundują nam jeszcze trzykrotnie. Będzie pościg jeepem na złamanie karku, niemożliwy lot helikopterem i najważniejsza z nich: sekwencja włamania do twierdzy narkotykowego bossa. Bardzo ciekawie scenarzyści umieścili tą kluczową scenę wieńcząc pierwszy akt filmu. Oglądając go w głowę zachodziłem, co stanie się dalej, skoro heist, który jest celem bohaterów, dzieje się w czterdziestej minucie! Szybko okazuje się jednak, że nie on jest zadaniem samym w sobie, ale obserwacja tego, co dzieje się z bohaterami, kiedy zobaczą za dużo pieniędzy. Będąc niezłym i momentami zaskakującym kinem wojennym, Potrójna granica stara się być również gorzkim rozrachunkiem z porzuconymi przez kraj żołnierzami, braterstwem na polu wali, walką o przetrwanie oraz chciwością, która zaślepia wszelkie racjonalne myślenie. Starania te wychodzą tylko połowicznie.

Kadr z filmu Potrójna granica / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Potrójna granica / fot. materiały prasowe

Jak na film skoncentrowany na akcji przystało, postacie zarysowane są grubymi kreskami. Nie jest to problem, bo dość szybko chwytamy kto jest kim, ale w ciągu rozwoju narracji bohaterowie wcale się nie zmieniają – poza jednym, bardzo ciekawym wyjątkiem. Nie miałbym z tym problemu, gdyby założeniem filmu była tylko i wyłącznie rozrywka, ale jak zauważyłem wcześniej, chodzi tutaj o trochę głębsze sprawy. A tego aktorzy nie są w stanie oddać – głównie przez słabo napisany scenariusz, trochę też przez swoją drętwą grę. Koniec końców przejmowanie się ich losem schodzi na ostani plan. Równie dobrze mogliby zostać w dżungli lub na szczycie góry. Nie mrugnąłbym nawet powieką.

Zobacz również: Pewnego razu w Hollywood – pierwszy zwiastun filmu Quentina Tarantino!

Choć w Potrójnej granicy jest jedna kobieta w roli co najwyżej drugoplanowej, lejący się z ekranu testosteron nie jest też największym problemem tego filmu. Jest nim posługiwanie się ogranymi kliszami niemalże na granicy pastiszu. Od schematycznego kompletowania załogi, przez rekonesans twierdzy, w której jakże przypadkowo rozgrywają się drastyczne sceny i dostarczane są pieniądze, po jakże idiotyczne zakończenie, które podminowuje całe przesłanie. Tym ostatnim zabiegiem ktoś na siłę starał się uratować dość gorzki finał. Do tego dochodzą typowe w tego rodzaju filmach dziury w logice, których uważny obserwator nie wybaczy. Nie będę się znęcał nad tym, że produkcja Netflixa nie mówi nic specjalnie odkrywczego o handlu narkotykami, ale nie mogę wybaczyć tego, że sama akcja nie tłumaczy wcale tytułu filmu. Być może chodzi o to, że akcja rozgrywa się na granicy trzech krajów Ameryki Południowej, a może o metaforyczne łamanie granic ludzkiej wytrzymałości. Kto wie…

Kadr z filmu Potrójna granica / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Potrójna granica / fot. materiały prasowe

Potrójna granica to dość specyficzna mieszanka Predatora, Con Air – lotu skazańców i Ceny strachu, której efekty są niestety nie do końca satysfakcjonujące, zważywszy na talenty zaangażowane w powstanie tej produkcji. Choć film działa jako heist movie i połowicznie jako krytyka pogoni za pieniądzem, nie sprawdza się jako dzieło antywojenne. Pokazywanie, że precyzyjne zabijanie anonimowych bandziorów z zimną krwią jest cool, na pewno nie przekona zatwardziałych militarystów do wywieszenia białej flagi. Dlatego przywoływane na początku ikony złotej dekady kina sensacyjnego – film ten zdaje się być zagubioną taśmą z czasów reaganowskiej Ameryki.

Szkoda, bo sceny akcji i kilka zaskakujących zwrotów w narracji na pewno sprawią, że oglądanie go można zaliczyć do przyjemnych, mimo trochę zbyt długiego czasu trwania. Ale gdy będę szukał filmu o traumie wojennej, sięgnę po Hurt lockera, a w analizie wojny z kartelami pomoże niezawodny Sicario. O Potrójnej granicy zapomnę raczej dość szybko.

Ilustracja wprowadzenia i plakat: materiały prasowe / Netflix

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?