Advertisement
banner

Wikingowie – recenzja 4. sezonu

Dobiega końca czwarta już odsłona Wikingów. Nie ma co ukrywać – przełomowa odsłona. Nie tylko pod względem podwojenia ilości odcinków, ale także wielu gigantycznych zmian dotyczących protagonistów. Czas „starej gwardii” wikingów (i nie tylko zresztą), którym kibicowaliśmy przez całe trzy sezony, powoli przemija. Michael Hirst wprowadza w swym scenariuszu naprawdę bardzo wiele zwrotów akcji i kardynalnych przetasowań. To wszystko złożyło się na dość mocną krytykę ze strony części widowni. Sam przyznam, że dość długo zbierałem się z pisaniem recenzji całej serii, bo miałem kilka orzechów do zgryzienia. Ale po kolei.

Zobacz również: Na pierwszy rzut oka: II połowa 4. sezonu Wikingów

20 odcinków to już naprawdę dużo – prawie tyle, co kiczowate produkcje superbohaterskie z ramienia stacji CW. Oczywiście Wikingowie są w zupełnie innej lidze, jeśli chodzi o jakość, więc tutaj od początku można było nie panikować. Hirst i spółka podzielili ten sezon na dwie równe połowy, można rzecz: rozdziały. Nie był to jedynie zabieg czysto formalny dla wygody. Obie części różnią się jak ogień i woda. Mają zupełnie inną dynamikę, koncentrują się na odmiennych kwestiach, stanowiąc dwa niemalże w stu procentach przeciwstawne do siebie elementy jednego równania.  

Pierwszy etap sezonu to po trosze zbieranie (zazwyczaj krwawych) żniw z zakończeń poprzedniej serii, po trosze zaś przygotowania do wielkiego finału półmetka w postaci kolejnego rajdu na Paryż, który kończy tę część. Pod wrażeniem można być kompozycji tych dziesięciu odcinków – jest to bowiem jednocześnie zestaw oddzielnych wątków, jak i spójny grunt podłożony pod to, co dzieje się już w drugiej części sezonu. Wielka trauma Ragnara Lothbroka (rewelacyjny jak zwykle Travis Fimmel), zapoczątkowana w 3. sezonie, trawi coraz mocniej króla wikingów – i to mimo wszystko jest kardynalny wątek, jeżeli już mielibyśmy wybierać. Ale obok są inne, równie interesujące fragmenty tej sagi. Czy to w Skandynawii, czy w Wielkiej Brytanii, nie powinno wiać nudą. Wszystkie te wątki, choć z pozoru niezależne od siebie i chaotyczne, dążą do pewnych ważnych rozstrzygnięć w okresie późniejszym. I chociaż popełniono w międzyczasie kilka błędów (w większości to, co doskwiera mniej więcej w całej tej serii, o czym później), Hirstowi należą się brawa za poukładanie tego wszystkiego i zakończenie owego etapu wspaniałą bitwą w okolicach stolicy francuskiego mocarstwa.

Zobacz również: Wikingowie – recenzja I połowy 4. sezonu

Druga część sezonu jest niestety minimum o klasę gorsza. Przede wszystkim brakuje jej płynności, a pomysły na narrację nie dorastają do pięt temu, co działo się w ostatnich latach. „Rwane” tempo przejawia się przede wszystkim w „teleportacjach” protagonistów z jednego miejsca na drugie. W przeszłości też nieraz bywało tak, że w ekranowym czasie dość szybko przechodzono np. z Anglii do Rzymu. Trzeba jednak podkreślić, iż robiono to lepiej, porządnie maskując ów zabieg fabułą i umiejętnym żonglowaniem wątkami. Teraz w ciągu jednego odcinka wikingowie potrafią obskoczyć nawet trzy (!) miejsca oddalone od siebie nawzajem o setki kilometrów. Takie uczucie niepotrzebnie wybija widza z rytmu oglądania i wprowadza zupełnie niepotrzebny chaos. Do tego już nazbyt ordynarnie zaczyna się wprowadzać politycznie poprawne akcenty, niepasujące do epoki, w której serial ma miejsce. I znowu, pewne unowocześnienia były również i w sezonach 1-3 – niektóre były wręcz konieczne, by nieco prościej było przełknąć tamte brutalne i zupełnie inne czasy od naszych. Ale mimo wszystko zawsze powinno się zachowywać jako taki umiar – dowodem na to jest np. totalnie chybiony pomysł wprowadzenia praktycznie armii wikińskich amazonek, co jest grubą przesadą (owszem, kobiety biły się w szeregach północnych najeźdźców, ale nigdy w takiej ilości). Nie chcę jednak zabrzmieć tak, jakbym zupełnie przekreślał drugą połowę sezonu. Akapit ten miał podkreślić ilość poważnych wad, których wcześniej nie zaobserwowaliśmy. Poza tym, nadal można dostrzec mnóstwo zalet serialu, na czele z zazwyczaj świetnym aktorstwem i nierzadko genialnymi scenami (co niektóre należą do najlepszych w całej wielkiej sadze, co mocno podwyższa końcową ocenę).

To, co w Wikingach niezmienne, to z pewnością genialna ścieżka dźwiękowa. Doprawdy, dotąd nie spotkałem się chyba z serialem, w którym muzyka byłaby tak ściśle połączona z samym widowiskiem – chciałoby się rzec, niczym wspaniały oręż we wprawnych dłoniach potężnego wojownika. To przede wszystkim ogromna zasługa kompozytora Trevora Morrisa oraz norweskiego zespołu Wardruna. Spośród gamy bohaterów serialu poziom trzymają stare wygi – Fimmel niezmiennie nie tylko nie obniża poziomu, ale wyłuskuje jeszcze nieco więcej ze swojego znakomicie napisanego bohatera; Gustaf Skarsgard jako spokojniejszy już nieco Floki (ale nadal szalony) także jest mocnym punktem; Clive Standen, czyli zawsze niepewny Rollo, nie pokazuje z kolei nic nowego (częściowo dlatego, że w drugiej połowie sezonu schodzi na dalszy plan), ale i na niego nie można narzekać. Najmilsza niespodzianką są chyba synowie Ragnara. No dobrze, dwóch jest dość ciężko zapamiętać na dłużej, ale rozsądny Ubbe (Jordan Patrick Smith) i niezrównoważony Ivar Bez Kości (kradnący większość scen Alex Hogh Andersen) na czele z pierworodnym Bjornem (coraz dojrzalej grający Alexander Ludwig) przebijają wszystkie te minusy. W „angielskiej” części też raczej wiele się nie zmienia. Linus Roache znowu pokazuje, że jednym z ważniejszych celów jego narodzin była rola zdeprawowanego i fascynującego króla Egberta. Z tamtejszych postaci podobnie jak wcześniej – niestety na minus – wypada księżniczka Judith (Jennie Jacques). Chociaż twórcy ciągną ją za uszy, by została porządnym średniowiecznym akcentem feministycznym, bardziej niż „wolną” kobietę przypomina nastolatkę, która uciekła z domu rodziców i zachłyśnięta swobodą robi wszystko, co jej przychodzi do głowy. Nie byłbym również sobą, gdybym pod sam koniec nie wrócił się do Lagerthy (Katheryn Winnick). Plot armor, jakim obdarzył ją Hirst, staje się już nieznośny – w końcu teraz nawet głupstwa, które popełnia, są jakby fabularnie wybaczane. Nie ma się co dziwić, że niedawna ulubienica publiczności jest przez nią coraz bardziej krytykowana. No i konia z rzędem temu, kto wie, czy Lagertha kiedykolwiek zostanie postarzona.

Zobacz również: Wikingowie – zwiastun 5. sezonu!

Ostatecznie nie zgadzam się z tak wielką krytyką  4. sezonu, jaką można spotkać czy to na forach internetowych, czy w co poniektórych recenzjach (choć przyznam, że z pięć punkcików dostał ode mnie nieco awansem, za kilka momentów, które złapały mnie za serce). Nie zmienia to jednak faktu, iż jest to – paradoksalnie do wysokiej oceny – jedna ze słabszych, a już na pewno najbardziej nierówna odsłona od lat. Kilkakrotnie twórcy swoimi dziwacznymi posunięciami wystawiali na bardzo ciężką próbę pomimo mojej przeogromnej sympatii dla Wikingów. Z drugiej strony, nie uważam tego za zmierzch serialu – kilka nawet nieco większych niż zwyczajowo potknięć wcale nie przekreśla naprawdę ciekawie nakreślonego planu na 5. sezon. Jak będzie? Przekonamy się o tym już jesienią.

ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?