W głębi lasu – recenzja drugiego polskiego serialu Netflix. W lesie wtedy nie zasnął nikt…

Pamiętacie jeszcze te czarne czasy Netflixa, w których jako ważny swój film musieli sprzedawać Bright? Ja niestety tak, jeśli Wy też, to możecie spojrzeć z nostalgią, jak bardzo i dawno są one minione. W tym momencie bowiem platforma raczy nas mnóstwem produkcji na światowym poziomie i o wysokiej jakości wykonania. Jest jednak jeszcze jeden front, którego gigant streamingu jeszcze nie zdobył, produkcje polskie. Był jeden serial, nie wyszedł, teraz próbujemy z drugim. Tym razem produkcja wygląda dużo bardziej światowo, widzów nawet naszych wita angielskim tytułem i nazwiskiem jednego z najbardziej poczytnych autorów kryminałów, a lista płac zawiera ludzi, którzy maczali palce w produkcjach takich, jak Rampage: Dzika furia i San Andreas The Rockiem, czy udźwiękowiony legendarnym kawałkiem Bryana Adamsa Robin Hood: Książe złodziei. Brzmi to dobrze i od razu trzeba powiedzieć, że poprawa jest. W dalszym ciągu jednak są również mankamenty.

W głębi lasu to sześciodcinkowy klasyczny kryminał, przeniesiony na polskie warunki. Oryginalna powieść została przeniesiona z New Jersey nad naszą piękną Wisłę, a bohaterowie stali się Piotrem, Laurą I kolegami. Szkielet historii jednak pozostaje. Prokurator Paweł Kopiński prowadzi sprawę pewnego gwałtu, a przy okazji powracają do niego jego stare demony. No właśnie, przy okazji.

fot. Netflix

Harlan Coben potrafił w swojej powieści zgrabnie, acz nienachalnie połączyć dwie płaszczyzny czasowe, w których działa się akcja. W serialu mam wrażenie, że obydwa wątki biegną niezależnie. Nie miałbym z tym problemu, w końcu życie prokuratora różnymi wydarzeniami usłane, może mieć w trakcie trwania akcji zadania główne i poboczne. Scenarzyści jednak mają problem ze znalezieniem środka ciężkości swojej wersji historii. W znakomitej większości oglądamy więc kryminał ze sprawą sprzed lat, dla którego zagadka z czasów obecnych jest dodatkiem, by w finałowym odcinku skupić się dużo bardziej na pobocznym wątku. Przeszkadza to zbudować odpowiednie napięcie w ważnym dla każdego serialu epizodzie kulminacyjnym. Często też mamy wrażenie, że bohaterowie nie dochodzą w dniach dzisiejszych do odpowiednich wniosków zbyt często, więc flashbacki muszą im pomóc. Jest jeszcze możliwość, w której scenarzyści twierdzą, że pomagają one nam, widzom. To jednak również nie zawsze jest potrzebne.

Po kilku narzekaniach odnośnie do warstwy narracyjnej zwrócę się już głównie ku temu, co w tym serialu jest dobre. Nie mam bowiem dużo więcej zarzutów, poza wspomnianymi zgrzytami fabularnymi. Reszta jest jak najbardziej dobrą, rzemieślniczą robotą, za którą każdy z czystym sumieniem może odbierać zapłatę i czekać na efekty. Dobrą robotę robi obsada z Grzegorzem Damięckim i Agnieszką Grochowską na czele. Mają oni dobre oparcie w swoich odpowiednikach z 1994, których role, również znakomicie odgrywają, młode, nieopatrzone wcześniej twarze. Warto również zauważyć, że dobrze działa tutaj zabieg, w którym nie wszystkie z postaci są odegrane przez innych aktorów w teraźniejszości i przeszłości. Twórcy doszli do wniosku, że ci, którzy już w 25 lat wcześniej byli dorośli zmieniali się mniej, niż bohaterowie, którzy na obozie byli nastolatkami. Dobrze, bo wymiana wszystkich wprowadzałaby niepotrzebny chaos.

fot. Netflix

Dobrze udaje się zachować również gęsty klimat opowieści. Jest odpowiednia ilość mroku, dobrze zaprojektowane przestrzenie i subtelny, acz nadto widoczny kontrast między liniami czasowymi. Wszystko to sprawia, że historia wciąga, a serial ogląda się zwyczajnie dobrze. Wszystkie środki przekazu sprawiają, że las jest odpowiednio tajemniczy, a atmosfera wystarczająco gęsta. Taka, jak powinna być w międzynarodowej produkcji.

Oprócz nazwisk oraz przeniesienia akcji do Polski nie ma tu wiele, co sprawiałoby, że odbiór tej produkcji będzie łatwiejszy u nas w kraju. Serial powstał z myślą o widowni międzynarodowej i właśnie tak wygląda. Ważniejszym będzie jednak fakt, że mimo mankamentów, można go umieścić dwie półki wyżej, niż debiutanckie 1983. Choć nie jest pozbawiony wad, łatwiej będzie wzbudzić zainteresowanie szerokiej publiki. Nie tylko przez profil, ale również przez rzetelne wykonanie produkcji. A to w miesiącu, w którym oferta platformy jest nieco mniej bogata niż w dwóch poprzednich, powinno wystarczyć.

Redaktor prowadzący działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Kontakt pod l.kolakowski@moviesroom.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?