Cannes 2018 – dzień 11 i 12: Knife + Heart, Ayka, 3 Faces, Happy as Lazzaro i Mandy

Ostatnie chwile w Cannes poświęciłem nadrabianiu zaległości oraz sprawdzaniu, co tam słychać u Nica Cage’a. Warto było, bo trzy z czterech obejrzanych filmów konkursowych otrzymały nagrody. A krwawy horror ze znanym aktorem był doskonałym ukoronowaniem tego szalonego festiwalu.

Zobacz również: Cannes 2018: Paweł Pawlikowski nagrodzony za reżyserię! [Lista zwycięzców]

Konkurs główny

Kadr z filmu Un couteau dans le coeur (Knife + Heart) - Vanessa Paradis i Kate Moran / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Un couteau dans le coeur (Knife + Heart) – Vanessa Paradis i Kate Moran / fot. materiały prasowe

Un couteau dans le coeur (Knife + Heart)

reż. Yann Gonzalez

Rozgrywający się w światku gejowskiego pornobiznesu we Francji końca lat 70. film ma rysy wczesnych produkcji Almodóvara oraz wymyślną przesadność filmów Briana de Palmy i Dario Argento. Piosenkarka Vanessa Paradis wciela się w producentkę, która zajmuje się tworzeniem kina dla dorosłych, przeznaczonego głównie dla gejów. Sama jest lesbijką, a jej związek z montażystką Lois (Kate Moran), z którą przyszło jej pracować, właśnie dobiegł końca. W brutalnych okolicznościach zaczynają ginąć kolejni aktorzy z jej stajni. Tajemniczy morderca używa dużego, czarnego penisa, z którego wysuwa się ostrze. Policja zdaje się nie przejmować zbytnio wydarzeniami, więc producentka bierze śledztwo w swoje ręce. Wkrótce okaże się, że wszyscy, którzy giną, mają ze sobą coś wspólnego.

Pierwsza część Knife + Heart oferuje campową zabawę z ukrytym podtekstem: ostrzeżeniem przed zbliżającą się epoką zachorowań na AIDS. W wyraźnie autotematycznym filmie widzimy jak rzeczywistość inspiruje sztukę, pokazując wydarzenia z życia w krzywym zwierciadle. Świetnie oddana została atmosfera tamtych lat, kostiumy i zdjęcia mają swój klimat. W drugiej połowie film niestety stara się połączyć za wiele wątków, dochodzenie detektywistyczne z tajemnicą z przeszłości, referencje do kina i muzyki z mistycznym krukiem z białymi oczami. Także intryga robi się coraz mniej interesująca.

Ocena: 55/100

Samal Esljamova w fimie Ayka, reż. Sergei Dvortsevoy / fot. materiały prasowe

Samal Esljamova w fimie Ayka, reż. Sergei Dvortsevoy / fot. materiały prasowe

Ayka

reż. Sergei Dvortsevoy

Kazachsko-rosyjski film, współfinansowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej, ma w sobie wiele z kina Braci Dardenne oraz Rumuńskiej Nowej Fali. W złożonych z długich, naturalistycznych ujęć kręconych kamerą z ręki oglądamy perypetie Ayki (Samal Esljamova, nagrodzona za tę rolę Złotą Palmą). Kobieta dopiero co wydała dziecko na świat, ale ucieka ze szpitala przez okno. Wydawałoby się, że będzie to zatem dramat o niechcianym dziecku czy ukrywanym macierzyństwie. Nic z tego.

Zobacz również: Zimna wojna – recenzja filmu nagrodzonego w Cannes!

Ayka, Kirgizka przebywająca w Moskwie nielegalnie od roku, zwyczajnie ma większe problemy. Zadłużyła się u mafiozów, licząc na otwarcie własnej szwalni. Gdzieś coś poszło nie tak, bo pieniądze trzeba oddać, gangsterzy wydzwaniają co pięć minut i grożą jej rodzinie. Dlatego ze szpitala biegnie do pracy, gdzie w okropnych warunkach skubie kurczaki z innymi kobietami. Pracodawca ulatnia się bez wypłaty i dwa tygodnie płacy rozpłynęły się w mroźnym powietrzu. Bohaterka wraca do mieszkania pełnego nielegalnych jak ona, dzielonego z chyba dwudziestoma osobami. Próbuje wrócić do poprzedniego miejsca pracy, błaga o pomoc przypadkowych ludzi, ale nikt nie ma czasu na takiego wyrzutka, jak ona. Otrzyma pomoc zupełnie przypadkiem, od kobiety w podobnej sytuacji, która musi zająć się swoim synem, zamiast pracą w przychodni weterynaryjnej.

Naturalistyczne detale, brak muzyki ilustracyjnej i ogólne poczucie degrengolady udziela się widzowi. W ten film albo wejdziemy i uda nam się emocjonalnie zaangażować, albo nie. Specyficzna forma na pewno tego nie ułatwia. Ayka porusza problemy ekonomiczne i społeczne, jest krytyką wielkich miast, oferujących pozorny sukces, ale tak naprawdę skazujących potrzebujących na łaskę przestępców i korupcję policji. Jest także głosem na temat macierzyństwa i odpowiedzialności. Ayka boryka się z krwawieniem, jest osłabiona, a jej piersi produkują mleko i powodują straszny ból. Nie stać ją na opiekę zdrowotną, więc za wizyty u przyjmującej w piwnicy ginekolog (która zajmuje się też – pewnie nielegalnie – aborcjami) płaci kurczakiem. Pewna przewidywalność fabuły również nie jest plusem opowieści. W momencie, gdy dowiemy się o długu kobiety, a wiemy, że jej dziecko jest w szpitalu, łatwo wyciągnąć wniosek, w którą stronę zmierza finał.

Ocena: 60/100

Kadr z filmu Se Rokh (3 faces) reż. Jafar Panahi

Kadr z filmu Se Rokh (3 faces) reż. Jafar Panahi / fot. materiały prasowe

Se rokh (3 Faces)

reż. Jafar Panahi

Panahi od kilkunastu lat ma zakaz opuszczania Iranu i realizowania filmów, ale ten ostatni zakaz udaje mu się jakoś omijać. Ostatnie jego produkcje starają się obejść cenzurę pod pozorem, że nie są kinem (słynny To nie jest film, przemycony do Cannes kilka lat temu). Reżyser w 3 Faces nie skupia się tym razem na sobie, jako udręczonemu przez system twórcy, ale opowiada o kobietach w przemyśle filmowym rządzonego przez religijny reżim kraju. Jest to również analiza patriarchalnej kultury Iranu wogóle.

Punktem wyjścia opowieści jest wideo-selfie nakręcone na telefonie, które otrzymuje znana z telewizji aktorka (Behnaz Jafari). W owym nagraniu młoda dziewczyna z północnej części kraju wyraża rozpacz, że rodzina nie pozwala jej studiować aktorstwa. Obietnica zmiany zdanie po tym, jak wyjdzie za mąż, okazała się fortelem. Dziewczyna (Marziyeh Rezaei) w dramatycznym geście wiesza się w pobliskiej jaskini. Nagranie trafia do aktorki poprzez jej najbliższą przyjaciółkę. Gwiazda telewizji jest przejęta losem młodej kobiety, obdzwaniała szpitale i kostnice, ale nie znalazła o niej żadnej informacji. Dlatego razem z Panahim, który tak się składa, że pracuje nad scenariuszem o samobójstwie, udają się w odludną część Iranu, by dowiedzieć się prawdy.

Kadr z filmu Se Rokh (3 faces) reż. Jafar Panahi

Kadr z filmu Se Rokh (3 faces) reż. Jafar Panahi / fot. materiały prasowe

3 Faces to dosłownie kino drogi, bo rozgrywa się prawie w całości w samochodzie albo tuż przed oczyma kierowcy. Jest to pretekst to przyjrzenia się kulturze kraju, którą jak w soczewce skupia prowincja. Detektywistyczna historia jest raczej pretekstem do innych rozważań. Pogląd o wyższość mężczyzn nad kobietami jest głęboko zakorzeniony w świadomości Irańczyków i zostaje kilka razy zasygnalizowana, choćby w scenie z cielakiem leżącym na środku drogi oraz w dyskusji o chłopięcych napletkach.

Panahi pokazuje również trzy pokolenia aktorek. Behnaz Jafari reprezentuje teraźniejszość, znaną i utożsamianą z rolami, które gra. Jeżeli tylko bohaterka ze wściekło rudymi włosami zachowuje się inaczej niż w jej filmach, ze strony ludzi następuje niechęć i dysonans poznawczy. Młoda bohaterka, która trzy dni temu zniknęła z domu rodziców, reprezentuje przyszłe pokolenie, któremu wcale nie jest łatwo osiągnąć tego, co pragną. W małych społecznościach postrzegane są jako nikomu niepotrzebna ekstrawagancja, skoro zadaniem kobiety jest wyjść za mąż i zostać matką i panią domu. Najstarsze pokolenie reprezentuje tajemnicza postać kobieca, w symboliczny sposób praktycznie nieobecna na ekranie (widzimy tylko jej cień i moment, gdy maluje obraz). Jest to znak czasów, bo kiedyś popularna osoba, przez nowy ustrój została wymazana z życia publicznego.

Filmowi nie brakuje świetnych dialogów, kilku komicznych scen oraz przemyślanej strony formalnej, ale zbyt mało tu poczucia wyjątkowości i oryginalności. 3 Faces nie porusza i angażuje też tak, jak produkcje legendarnych irańskich reżyserów (Kiarostami).

Ocena: 65/100

Kadr z filmu Lazzaro felice (Happy as Lazzaro) reż. Alice Rohrwacher

Kadr z filmu Lazzaro felice (Happy as Lazzaro) reż. Alice Rohrwacher / fot. materiały prasowe

Lazzaro felice (Happy as Lazzaro)

reż. Alice Rohrwacher

Zatrzymana w czasie włoska wioska, położona gdzieś w górach. Trzydziestoosobowa osada pracuje od rana do wieczora na roli przy uprawie tytoniu. Jedyna droga komunikacji – most, zniszczony został jakiś czas temu, więc społeczność jest praktycznie odcięta od świata. Łącznikiem z cywilizacją jest niejaki Nicola, który od czasu do czasu zjawia się z zapasami, towarem i księdzem oraz po to, by policzyć zyski. A tych nie ma w ogóle, bo mieszkańcy są zawsze w ostatecznych rozrachunkach pod kreską. Wszystko dlatego, że zarządzająca chłopami rodzina markizów utrzymuje przed podwładnymi pewien sekret. Połownictwo zostało zniesione we Włoszech w kilkanaście lat temu, a właściciele ziemscy zataili to przed prostymi, pozbawionymi dostępu do mediów mieszkańcami.

Happy as Lazzaro to po trochu satyra społeczna, po trochu ludowa bajka. Alice Rohrwacher udowodniła już w Cudach, że potrafi te światy łączyć z doskonałym wyczuciem. W swoim drugim filmie rozwinęła się jeszcze bardziej, świadomie posługując się językiem kina, nawiązując do klasyki kina włoskiego oraz malarstwa. Nakręcony na taśmie 16mm Happy as Lazzaro ma ziarnistą fakturę wywołującą nostalgię, sygnalizuje bezczas, ale również odrealnienie, a może i pewien zmierzch epoki. Skąpana w słonecznych barwach połowa filmu to metaforyczna idylla, podczas gdy druga połowa opowieści, dziejąca się w innym miejscu, nasycona zimnymi barwami, jest niczym wygnanie z raju utraconego.

Kadr z filmu Lazzaro felice (Happy as Lazzaro) reż. Alice Rohrwacher

Kadr z filmu Lazzaro felice (Happy as Lazzaro) reż. Alice Rohrwacher / fot. materiały prasowe

Tytułowy Lazzaro to jeden z nastolatków pracujący na farmie. Jego niewinna, naiwna i szczera buzia nie skrywa niczego złego. Chłopak jest zwyczajnie dobrym i pomocnym człowiekiem, którego dobroć wykorzystywana jest przez wszystkich. Jego imię odbija się echem przez całą wioskę, gdy trzeba coś zrobić, komuś pomóc albo gdy zastąpić kogoś, kto nie pali się do roboty. Bohater jest na końcu łańcucha krzywd, zapoczątkowanego przez rodzinę Markizy Alfonsiny de Luny. Według kobiety każdy i tak na świecie wykorzystuje kogoś innego: na robi to z rolnikami, oni zaś wykorzystują Lazzaro. Podstępna właścicielka nie jest w stanie uwierzyć, że chłopak nie uczestniczy dalej w tym procederze. Dobro, szczerość i delikatność, które reprezentuje tytułowa postać, są niemożliwe do zrozumienia dla zwykłych ludzi, bo wywodzą się niemal z opowiadanych dzieciom bajek, w których granica między dobrem i złem jest oczywista.

Powolnie rozgrywająca się akcja ma kilka bardziej dramatycznych momentów, choć początkowo trudno uchwycić jedną nić narracyjną. Obserwujemy obyczaje rolników, widzimy, jak funkcjonuje tam Lazzaro, jest wątek z przybyciem Markizy i jej rodziny. Reżyserka i scenarzystka wykorzysta odniesienia do tych fragmentów w drugiej części filmu. Happy as Lazzaro to gorzka analiza utraconego kontaktu z naturą, zniszczoną przez dokonania naszej cywilizacji. Wnioski te odnieść można do włoskiej prowincji, którą z czułością pokazuje Rohrwacher, ale jest to prawda bardzo uniwersalna.

Nastrój i detale opowieści są jej największą siłą. Pięknie uchwycony jest bezczas, bo gdyby nie rekwizyty w postaci żarówek, walkmana czy telefonów komórkowych, to akcja mogłaby rozgrywać się także w XIX wieku. Dobrotliwy humor wspaniale puentuje wiele sytuacji. Jest też tytułowy Lazzaro, tajemniczy, o aparycji aniołka i sercu ze złota. Dla jednych będzie naiwniakiem, dla innych świętym, zjawą lub zwiastunem szczęścia. Bohater i jego losy pozostaną tajemnicze do samego końca.

Ocena: 85/100

Quinzaine des Réalisateurs

Nicolas Cage w filmie "Mandy" reż. Panos Cosmatos / fot. materiały prasowe

Nicolas Cage w filmie „Mandy” reż. Panos Cosmatos / fot. materiały prasowe

Mandy

reż. Panos Cosmatos

Nicolas Cage niech zapomni o aktorskiej emeryturze, skoro występuje w takich filmach jak Mandy. Obraz greckiego reżysera jest jednym z najdziwniejszych, najbardziej brutalnych tytułów tego festiwalu. Tak, w pojedynku Matt Dillon kontra Cage to ten ostatni zrobiłby bohaterowi produkcji Larsa von Triera „z dupy jesień średniowiecza”. Utrzymany w konwencji niskobudżetowego horroru w stylu gore film nagina granice gatunku.

Streszczona akcja Mandy brzmi niedorzecznie i to wprost nieprawdopodobne, że cała ekipa wygrywa ten film na śmiertelnie poważnej nucie. Strukturalnie opowieść podzielona jest na trzy części. W pierwszej poznamy Reda Millera i Mandy (Andrea Riseborough) żyjących w domku gdzieś w leśnej dziczy. On jest drwalem, ona prowadzi chyba jedyny w okolicy sklep. Mają niezwykły dom zbudowany z okien i pełny zrozumienia, stateczny związek. Ich harmonia zostaje naruszona, gdy w okolicy pojawia się grupa wyznawców religijnego guru – Jeremiah (Linus Roache). Mandy wpadnie mu w oko i zawładnie nim do tego stopnia, że mężczyzna rozkaże swoim wyznawcom na sprowadzenie kobiety siłą przed jego oblicze. Do tego potrzebni będą „jeźdźcy piekieł” wezwani do pomocy specjalnym sygnałem. W drugiej części filmu porwana Mandy zostaje odurzona narkotykami, a potem spalona przed oczyma związanego Reda. Co następuje w finale to szalona i krwawa sekwencja zemsty, której dokonuje mężczyzna na grupie religijnych maniaków.

Fragment plakatu z filmu Mandy / fot. materiały prasowe

Fragment plakatu filmu „Mandy” / fot. materiały prasowe

Od pierwszych chwil filmu, kiedy z głośników wybrzmiewa genialna piosenka King Crimson Starless, nie ma chwili na mruganie do widza okiem. Jest poważnie, a odrealniona, apokaliptyczna atmosfera obrazu potęgowana jest oświetleniem kadrów (dominuje krwista czerwień) oraz głośną, post-rockową ścieżką dźwiękową autorstwa islandzkiego kompozytora Jóhanna Jóhannssona. Substancje halucynogenne i narkotyki są tak samo ważne w tym świecie, jak odwołania do satanizmu i religii w ogóle oraz typowych dla lat 80. popkulturowych tropów: prozy fantasy czytanej przez bohaterkę, muzyki heavy metalowej czy horrorów klasy-B (Hellriser, Piątek trzynastego). Nie znaczy to, że nie ma w tym filmie miejsca na śmiech. W sposób, jaki Cage dostarcza pewne kwestie, z szaleństwem w oczach i zamierzoną powagą, nie może nie wywołać śmiechu („podarłeś moją ulubioną koszulkę”). Pokazana przemoc ma w sobie wiele z kina gore i slasherów, bo jest śmiercionośna kusza, siekiera przypominająca broń Klingonów oraz pojedynek na piły mechaniczne. Mandy nie podbije światowych box-officiów, ale ma szanse na zostanie klasyczną propozycją miłośników seansów „kina o północy”. I Nicolasa Cage’a oczywiście.

Ocena: 70/100

Zobacz pozostałe artykuły z 71. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?