Powrót do przeszłości – seria „Krzyk” (1996-2011)

Prawie 25 lat po rozpoczęciu kariery reżyserskiej, Wes Craven doszedł do wniosku, że gatunek horroru zaczyna być przeładowany bliźniaczymi scenariuszami, identycznymi motywami i łudząco do siebie podobnymi bohaterami. Jako uznany mistrz tego segmentu kinematografii, Wes mógł pozwolić sobie na stworzenie dzieła autoironicznego, wybuchowego i bawiącego się konwencją. Tak oto w 1996 roku powstał „Krzyk” – oryginalny slasher, stanowiący zarówno hołd dla całego gatunku, jak i genialny, samodzielny film, który trzyma na krawędzi fotela od początku do końca.

Zaczyna się ostro – dom na odludziu, czekająca na swojego chłopaka, niczego nie świadoma dziewczyna krzątająca się po kuchni, telefon i tajemniczy głos w słuchawce. „Jaki jest Twój ulubiony horror?”. Od tych słów zaczyna się gra, w której stawką jest życie i śmierć. Niestety, większość bohaterów nie wyjdzie z tej gry zwycięsko.

Dwoje nastolatków zostaje brutalnie zaszlachtowanych przez psychopatę w czarnym kostiumie i masce ducha. Wydarzenie to wstrząsa małym miasteczkiem, w którym mieszka Sidney Prescott (Neve Campbell). Dziewczyna zaledwie przed rokiem straciła matkę, która również została zamordowana. Okazuje się, że zabójca poluje też na Sid, a podejrzani są właściwie wszyscy.

To, co wyróżnia dzieło duetu Wes Craven (reżyseria) i Kevin Williamson (scenariusz), to wyjątkowa zabawa wszystkimi regułami rządzącymi gatunkiem. „Krzyk” jest swojego rodzaju manifestem przeciw kiczowi i braku oryginalności większości współczesnych horrorów. Twórcy zdają sobie sprawę z pewnej umowności reguł rządzących kinem grozy, ale jednocześnie czerpią z tej ułomności całymi garściami, na każdym kroku puszczając oko do widza. Świetną zabawą jest wyłapywanie ukłonów w kierunku wielu klasyków (na przykład Wes Craven w pierwszej części „Krzyku” zagrał szkolnego woźnego, ubranego w sweter Freddy’ego Kruegera!). Aluzji i odniesień jest sporo, głównie za sprawą Randy’ego (Jamie Kennedy), pracownika wypożyczalni video i odwiecznego fana horrorów.

„Krzyk” jest horrorem niezwykle inteligentnym, wymykającym się wytartym schematom,a jednocześnie celowo je stosującym, by uwypuklić swoje przesłanie. Można zaryzykować stwierdzenie, że jest to film o regułach, w którym nie ma żadnych reguł. Bohaterowie popełniają błędy, z których naigrywać można się przy każdym seansie horroru dla nastolatków, jednocześnie w zabawny sposób komentując skłonności do popełniania owych potknięć. Przykładem może być scena, w której jedna z bohaterek staje oko w oko z mordercą i będąc przekonana, że to któryś z jej przebranych kolegów, wdaje się z nim w następujący dialog : „mam zacząć się bać? krzyczeć, uciekać i prosić o litość?”. Zabawna scena trwa, dopóki prawdziwy zabójca brutalnie nie pozbawia swojej ofiary życia, a jak to zazwyczaj bywa u Wesa Cravena – na żadną umowność nie ma tu miejsca. Pomimo wielu zabawnych dialogów, film jest bardzo krwawy i dosłowny, co dobitnie pokazuje zatopiony w posoce finał.

„Krzyk” okazał się gigantycznym sukcesem, nie tylko za sprawą bardzo dobrego, pełnego twistów fabularnych scenariusza, świetnej muzyki, realizacji i ciętego dowcipu, ale również dzięki genialnym aktorom. Craven dobrał ich perfekcyjnie, nie pomylił się ani razu, chociaż byli to przedstawiciele młodego pokolenia. Stająca się z każdą minutą twardsza i odważniejsza Neve Campbell, pierdołowaty policjant grany przez Davida Arquette’a, żądna sensacji dziennikarka w wykonaniu Courteney Cox, czy wreszcie charakterystyczni koledzy głównej bohaterki, w których wcielili się Skeet Ulrich, Jamie Kennedy i absolutnie fenomenalny Matthew Lillard. Dla kreacji tych aktorów warto obejrzeć film nawet kilka razy.

„Krzyk” doczekał się trzech sequeli, o których ciężko pisać, nie wchodząc w szczegóły fabularne. Założę więc, że gdzieś tam ktoś jeszcze „Krzyku” nie widział, w co jednak ciężko mi uwierzyć.
W „Krzyku 2” Sidney jest studentką na wydziale sztuki dramatycznej. Bohaterka próbuje ułożyć sobie życie i zapomnieć o dramatycznych wydarzeniach sprzed dwóch lat. Nie pomaga jej w tym książka o zabójstwach w Woodsboro, a także jej ekranizacja – film „Cios”, oparty na tym, co działo się w „Krzyku”. Na premierze tego „filmu w filmie” zamordowane zostają dwie osoby. Ktoś chce, by legenda mordercy w masce ducha ożyła na nowo. Sidney jest pewna , że i tym razem to właśnie ona stanie się ofiarą.

Kontynuacja „Krzyku” to ponowne zabawa formą, z naciskiem na podkreślenie cech rządzących kontynuacjami. Zgodnie z regułami: posoki ma być więcej, podobnie jak akcji, ofiar, czy humoru.
W filmie znów znajdziemy wiele nawiązań do współczesnego kina grozy. Zręcznie poprowadzona akcja zaskakuje, muzyka drażni nerwy, a aktorzy zgromadzeni przed kamerą ponownie ustawiają poprzeczkę wysoko. Dodatkowym atutem jest tutaj morderca z zaskakującym motywem, stanowiącym zresztą hołd dla pewnej bardzo znanej serii horrorów.

„Krzyk 3” z kolei odrobinę ustępuje poziomem swym genialnym poprzednikom. W Hollywood powstaje „Cios 3”, oparty na wydarzeniach z życia Sidney Prescott. Ktoś jednak zaczyna zabijać aktorów, zostawiając przy ciałach zdjęcie zamordowanej przed laty matki głównej bohaterki. Ci, którzy przeżyli masakrę z pierwszych dwóch części, zostają wplątani w śledztwo i znów zaczyna im grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. Morderca powrócił, a zgodnie z zasadami ostatniej części trylogii – zdarzyć może się wszystko, a każdy może zginąć. Na wierzch wypływają mroczne sekrety z przeszłości, ofiar jest dużo, chociaż masakrowanie bohaterów drugoplanowych nie robi już takiego wrażenia. Film się dłuży, fabuła jest naciągana, a założenia nie są konsekwentnie realizowane.

Mimo wszystko, cała trylogia dostarcza kilku godzin doskonałej rozrywki, zwłaszcza jeśli spróbujemy na bieżąco zabawić się w wytypowanie mordercy.

Od 2011 roku na „Krzyk” nie można już było powiedzieć „trylogia”. Fani czekali 11 lat na kontynuację kultowego slashera. Przez ponad dekadę oczekiwania rosły, a apetyt się zaostrzał. Wes Craven na pokład znów zabrał Kevina Williamsona, scenarzystę pierwszych dwóch części i twórcę postaci, a także Neve Cambell, Davida Arquetta i Courteney Cox. Do starej gwardii dołączyła mocna ekipa utalentowanych młodzików, m.in. Hayden Panettiere („Herosi”), Erik Knudsen („Jericho”) i Rory Culkin („Znaki”).

Sidney Prescott ponownie pojawia się w Woodsboro, tym razem po to, by promować własną książkę. Dewey i Gale, którzy (trzykrotnie!) przeżyli masakrę Ghostface Killera, są teraz małżeństwem. Sielanka towarzysząca spotkaniu po latach nie trwa jednak długo, ponieważ pojawienie się bohaterki ściąga również zabójcę. Kolejnego.

Schemat „Krzyku 4” nawiązuje do swoich poprzedników, a zwłaszcza do kultowej części pierwszej. Craven i Williamson doskonale znają serię i swoich bohaterów, tym łatwiej mogą bawić się z widzem w kotka i myszkę, rzucając na prawo i lewo wskazówki, nawiązania i mrugnięcia w stronę widza. Twórcy osiągnęli rzecz z pozoru niemożliwą – stworzyli sequel sequela sequela, który zachowuje to, co najlepsze w gatunku, jednocześnie dodając kilka nowoczesnych elementów. Pastisz zamienia się w pastisz pastiszu, co Craven dobitnie udowadnia już od pierwszych scen, które jednocześnie straszą i śmieszą (w ten pozytywny sposób).

„Krzyk 4” to rasowy horror, który korzeniami siedzi w latach 90-tych, jednak jego kwiaty wyrastają na nowoczesnej glebie. Bohaterowie odnajdują się w czasach Facebooka, Internetu i aplikacji zmieniających głos, dostępnych w każdym telefonie, a żeby przeżyć nie wystarczy być już dziewicą albo gejem. Chociaż nowe pokolenie nie podchodzi do sytuacji z należytą powagą, to jednak zagrożenie jest realne, bliskie i ma bardzo ostre, zbrukane krwią ostrze.

Fani serii powinni być zachwyceni ostatnim filmem Cravena. Reżyser potrafił kolejny raz zaprezentować to samo, chociaż podlane unowocześnionym i niezwykle smacznym sosem. Na „Krzyku 4” bawiłem się doskonale i chociaż nie rzucił mnie na kolana, a dwie koszmarnie słabe sceny wyciąłbym na etapie produkcji i spoliczkował za nie Williamsona, nie żałuję 11 lat spędzonych na oczekiwaniu. Film jednak ledwo się zwrócił, o czym zdecydowało młode pokolenie, które w zdecydowanej większości zapewne nie widziało oryginalnej trylogii. Taka była cena kontynuacji, a nie np. rebootu lub remake’u. Dziś wiemy, że na piątą część nie ma już szans, zwłaszcza po tegorocznej śmierci Wesa Cravena. Seria przeniosła się natomiast na mały ekran w postaci całkiem udanego serialu MTV. Na szczęście filmowej serii nikt już nam nie odbierze, możecie więc, podobnie jak ja, oglądać ją w kółko. Jeśli jeszcze jej nie znacie, zacznijcie w najbliższe Halloween.

https://www.youtube.com/watch?v=2C3NMYzPfmk

Zastępca redaktora naczelnego

PR-owiec, recenzent, okazjonalnie tłumacz. Kocha kino, seriale, książki, komiks i gry. Kumpel Grahama Mastertona. W MR odpowiedzialny za dział Popkultura.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?