Telewizja zna już trochę przypadków uwielbianych serii, które kompletnie wykoleiły się gdzieś blisko ostatniej prostej. Jedni wskażą na Lost, inni Grę o tron, fani sitcomów zaś wśród faworytów zazwyczaj mają Jak poznałem waszą matkę. Zapewne teraz dla wielu osób to niechlubne zestawienie powiększy się o The Boys. Kripke i spółka w jakimś zakresie stali się tym, z czego na początku robili sobie żarty.
Adaptacja kontrowersyjnego komiksu Gartha Ennisa pojawiła się niemal idealnie w okresie, gdy boom na produkcje superbohaterskie zaczynał już powoli przygasać – i rozkręcał się wprost proporcjonalnie do ich regresu (czyt. praktycznie zaraz po Avengers: Endgame). The Boys pokazali, że da się pozmieniać całkiem sporo w materiale źródłowym nie tracąc na jakości. A nawet więcej – masa wątków została uwspółcześniona, nawiązując do aktualnych problemów popkultury, a nawet otwarcie je wyśmiewając (komiks wychodził w latach 2006-2012, z oczywistych względów nie mógł zatem zahaczyć o taki ruch #MeToo). Krucjata Billa Butchera i jego „Chłopaków” rozwijała się płynnie przez trzy sezony, by przy czwartym doszło do zaskakującego załamania. Pomimo tych samych twarzy pracujących nad scenariuszem wątki stawały się coraz bardziej płaskie, tak jakby zaczynało już brakować pomysłu na dobrą satyrę. Po cliffhangerze w finale i 2. sezonie Gen V, który już w pełni zmobilizował siły młodych, zbuntowanych supków przeciwko reżimowi, pozostało już jedynie czekać na wielkie zamknięcie.

kadr z serialu The Boys
I, co ciekawe, pierwsze epizody naprawdę mogły dać nadzieję na to, że jeżeli nie będzie powrotu do chwały, to przynajmniej doń nawiązanie. Nie licząc wątpliwych manewrów w rodzaju sprowadzenia rzeczonego cliffhangera z 4. sezonu do drobnej przeszkody, pojawiły się fundamenty, na których można budować udane zwieńczenie jednego z najbardziej charakterystycznych seriali dekady. Ale im dalej w las, tym bardziej czułem się zaniepokojony, w którą stronę to pójdzie. W zasadzie trudno mi nawet jest scharakteryzować strukturę całego sezonu, bo to jeden wielki chaos. Mamy walkę z supkowym reżimem – już nie tyle przekonującym społeczność do swoich racji, co otwarcie sprawującym władzę. Dochodzi jeszcze załatwianie spraw z odhaczaniem wątków pobocznych, które akurat trzeba pokończyć (albo przynajmniej wyjaśnić, dlaczego już do nich nie wrócimy) i zarządzanie najważniejszymi pionkami na szachownicy. Ponadto już od jakiegoś czasu wiemy o spin-offach serialu, a twórcy z gracją Avengers: Czas Ultrona co rusz wpychają nam nawiązania do nich (swoją drogą, pamięć mnie myli, czy przypadkiem wcześniejsze sezony nie robiły sobie jaj z takich zabiegów…?), co tym bardziej zaburza kompozycję. Na domiar wszystkiego, pomimo ewidentnego przyspieszania czego się da, twórcy nadal znajdują czas na kompletne fillery i dialogi między postaciami, które nic nie wnoszą. I finałowy epizod-abominacja, któremu poświęcę później więcej czasu.

kadr z serialu The Boys
W ramach chwili oddechu przejdę może do wybranych elementów, które akurat w tym sezonie się udały. Paradoksalnie jeżeli twórcy siadali na spokojnie przy mniejszych wątkach, zazwyczaj z postacią drugoplanową tymczasowo dorzuconą na drugi plan, wychodziło im to całkiem dobrze – tak, że miejscami nawet trochę czułem powiew wcześniejszych faz serii. Swój talent mogła pokazać Valorie Curry, gdy Firecracker została potraktowana przez scenariusz nieco poważniej. Czasem fajny segment dostanie jakiś A-Train, The Deep, czy Stan Edgar (ale obawiam się, że głównie dzięki wrodzonej charyzmie Giancarlo Esposito), pojawią się również niezgorsze ujęcia, ale to by było w sumie na tyle. Nagromadzenie głupich, przepełnionych niepotrzebnymi, przejaskrawionymi wulgaryzmami dialogów, czy pozbawione jakiejkolwiek logicznej konsekwencji decyzje postaci tudzież walki absolutnie zalewają finałowy sezon. I niestety widać aż nazbyt boleśnie, że wierchuszka Prime Video musiała podciąć showrunnerom finansowo skrzydła. Istnieje kilka przesłanek, a do najbardziej jaskrawych należy chociażby udział postaci z Gen V – czy raczej ich niedobór. Kto by pomyślał, że Marie Moreau była tak mocno budowana w spin-offie (szczególnie w sezonie drugim), by pojawić się na ekranie ze trzy razy, mając łącznie z 10 minut czasu ekranowego…? Albo Soldier Boy, szalona zmienna w talii serialu i naprawdę ciekawa postać, na dłuższą metę funkcjonuje jako fabularny wytrych, podejmujący decyzje niekoniecznie zgodne ze swoim charakterem, a bardziej pasujące do kolejnych skrótów, byleby tylko zdążyć z zamknięciem czego się da.

kadr z serialu The Boys
Twórcy dwoją się i troją, by upchnąć w tych ośmiu odcinkach zamknięcie każdego wątku możliwie najmniejszym kosztem, żeby móc odhaczyć temat i iść dalej. Prowadzi to do finału poziomem żenady trzymającego się w tej samej lidze, co ostatnie odcinki 8. sezonu Gry o tron. Jeżeli jakiś bohater – niezależnie od poziomu ważności dla całości (wyłączając może tych 5-6 najistotniejszych) – nie odszedł/zginął przed ostatnią godziną The Boys, czeka go ekspresowa ekranowa eksmisja. Dokładając jeszcze niebotycznie głupi finałowy pojedynek na rozczarowująco małą skalę (aż chce się zrobić większy rant, ale musiałbym spoilerować), chyba nie ma już żadnych wątpliwości, że gdzieś w trakcie robienia zdjęć producenci odkręcili kurek i pojawiła się pilna konieczność ucinania czego się da, by wpasować się w metraż i budżet. Odzwierciedla to nawet stopniowa zmiana akcentów. W pierwszej połowie sezonu opinia publiczna i tym podobne sprawy jeszcze miały jakąś moc. Z czasem jednak wszystko zaczęło być upraszczane, skupiając się już głównie na konfrontacji Boysów z coraz bardziej szalejącym Homelanderem. Jeśli chodzi o tego ostatniego, nawet Antony Starr nie jest w stanie w pełni uratować popadającego za mocno w autoparodię antagonistę. Za dużo tutaj nawiązań do aktualnej polityki, za mało tego szalonego, zdeprawowanego, ale nadal niegłupiego blondwłosego bożyszcze tłumów – a wszelakie objawienia zmieniają całość w jakiś głupawy cyrk. Butcher, Hughie i inni nie są dużo lepsi. Kłótnie między nimi – i ogólnie relacje – to przez lwią część czasu odbijanie piłeczki bez klarownej koncepcji – i zarazem satysfakcjonującego zamknięcia.

kadr z serialu The Boys
Gdzieś w okolicy drugiego i trzeciego sezonu The Boys mieliśmy segment robienia sobie żartów z przemysłu filmowego. Jak wewnątrzserialowe produkcje typu Dawn of the Seven parodiowały rzeczywistość, zmieniając też swój kształt w zależności od pretekstu. Trochę zabawnie zatem się ogląda moment, gdy Kripke ze swoją ekipą zamienili się w to, z czego niegdyś się naigrywali (acz to śmiech przez łzy). Do finału tego serialu podchodziłem nieufnie, jednak licząc, że część kluczowych aspektów mnie usatysfakcjonuje. Niestety, ale pomimo kilku dobrych momentów brakuje w nim przemyślanej struktury, pomysłu na właściwe zamykanie wątków, budżetu na owe pomysły, a bohaterowie nierzadko snują się po ekranie, częściej krzycząc aniżeli działając, co zabija dodatkowo stawkę. Szczerze i bez ironii zazdroszczę osobom, dla których ten finał okazał się przynajmniej znośny, sam bowiem nabawiłem się flashbacków z finałowego rozdziału Gry o tron. Czy jest aż tak źle? Wydaje mi się, że Benioff i Weiss narobili w 2019 roku gorszego bigosu, ale sam fakt, że się nad tym zastanawiam, nie świadczy dobrze o rezultatach…
Więcej recenzji superhero:
Szymon Góraj
Zastępca redaktora naczelnego Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.