Odyseja – recenzja filmu Christophera Nolana! Itaki świat jest piękny
Łukasz Kołakowski,
15 lipca 2026
Odyseja Christophera Nolana od miesięcy okupowała szczyty zestawień najbardziej wyczekiwanych premier. Nawet materiały promocyjne, które w pewnych środowiskach sprawiły, że w tym roku więcej szacunku zyskał Uwe Boll, nie zmieniły statusu ekranizacji homeryckiego eposu jako najgłośniejszej premiery roku. Bo choć decyzje czy to castingowe, czy przede wszystkim przedstawiające sposób, w jaki reżyser chce opowiedzieć tę historię, były kontrowersyjne, na Nolana się czeka także dlatego, że jest dość przewidywalny. Trudno, żeby zawiódł fana bo on, jak i jego styl poruszają się w pewnej strefie komfortu. Taka właśnie jest Odyseja. Do bólu nolanowska, do bólu przewidywalna, w historię Odyseusza wpisująca wszystkie elementy, za które zarówno kochają jak i nienawidzą tego reżysera widzowie. Zmieniają się tylko proporcje.
Epos homerycki wydaje się znakomitym punktem wyjścia do filmu Christophera Nolana. Ma odpowiednią dozę patosu, rozmach i epickość, a sam fakt, w jaki sposób był przekazywany i w ogóle dostał się na nasze półki z książkami, dodaje jeszcze więcej symboliki i wspaniałości. Dlatego od początku jakby mniej razi, że już w pierwszych linijkach dialogów słychać, że postacie nie będą ze sobą rozmawiać jak normalni ludzie. Od początku, mimo że gadanie w tym filmie właściwie otwiera Travis Scott, scenariusz bombarduje nas toną bon motów. Do tego są podawane wspaniałą angielszczyzną, co trochę utrudnia wczucie. Nigdy nie oczekiwałem, że Nolan porwie się na grekę albo jakieś inne wariacje, jednak rzeczywiście, początkowe momenty trochę podwyższają próg wejścia.
Znacznie bardziej robi to jednak fakt, że sztywna scenariuszowa ręka Nolana, choć dobrze nam znana, tym razem dotyczy także innych aspektów opowieści. Początek Odysei rysuje się, jakby reżyser nie do końca wiedział, jak temat ugryźć. Stąd musimy oglądać, jak drewniane dialogi przystrajają ciężki początek. Dwie linie czasowe, masa retrospekcji, brak nakreślonej jeszcze stawki i coraz to większa nuda sprawiają, że otwierająca partia filmu była relatywnie nieprzyjemnym przeżyciem. Tak naprawdę, jak słusznie zauważyła moja redakcyjna koleżanka Agata Nolan, wprowadzając tę historię, horrendalnie wydłużył trailer filmu, puszczając go widzom ponownie już w cenie biletu kinowego. W oryginalnej Odysei najciekawsza jest przecież sama wędrówka Odyseusza. Pierwsze cztery pieśni poświęcone Telemachowi, jego synowi, oryginalnie też są słabsze. Jasne, Nolan jest w pewnym sensie filmowym freakiem, ale aż takiej skali nawiązania, żeby obniżyć poziom swojego filmu na początku bym się nie spodziewał. Wygląda on niestety jak kiepski prolog z jakiegoś erpega i to nawet w momencie, w którym śledzimy już losy Odyseusza. Nie kino drogi, a króciutki quest za króciutkim questem.
Wraz z odsłanianiem kolejnych kart i przemierzania bezkresnych wód greckich mórz historia zaczyna się rozwijać. Nawet nie chodzi o to, że dzieje się w niej coraz więcej, lecz coraz śmielej nabiera esencjonalnych elementów. Zwiększa się stawka, kolejne napotykane przez Odyseusza wyspy i ich mieszkańcy są ciekawsi, a przy okazji wspomagają rozwój naszego bohatera, jak i załogi, za którą czuje się odpowiedzialny. Ładnie klamrą kompozycyjną zbija się zarówno budowa armii na wyprawę, jak i późniejsze obniżanie jej liczebności. Króla Itaki buduje tu bowiem nie tylko szczera i ogromna chęć powrotu do domu, ale też droga, towarzysze podróży no i oczywiście gospodarze. Prawo gościnności Zeusa pada tu przecież tyle razy, że nikt nie może o nim zapomnieć.
Choć można się czepiać, że Odyseja jest delikatnie wyprana z kolorów, to jej finalny wygląd zarówno tę decyzję tłumaczy, jak i sprawia, że staje się ona atutem. Wzmaga powagę opowiadanej historii, a że inne narzędzia narracyjne coraz bardziej z nią współgrają, to efekt ociera się momentami o naprawdę znakomite kino. Ta środkowa część to Nolan w jednym z najlepszych wydań. Urządza nam w niej zróżnicowaną ucztę dla oczu i uszu. Gdybym miał skojarzyć z innym tytułem z szeroko pojętych ostatnich lat, to widzę sporo punktów stycznych z Wikingiem Roberta Eggersa. To też był w założeniu prosty fabularnie acz majestatyczny film, w którym napięcie udawało się znakomicie eskalować. A stali współpracownicy w postaci Hoyte van Hoytemy i Ludwiga Goranssona pomagają, aby wzbogacić doznania naszych oczu i uszu. Już pojawiają się głosy łączące tą premierę z sezonem oscarowym. W takim wypadku w tej dwójce upatrywałbym przemocnych kandydatów.
Nie wiem natomiast, jak będzie z aktorami, ale ten tekst musi im oddać parę słów. Na liście płac mamy przecież do czynienia z gwiazdozbiorem, jaki trudno byłoby uzbierać na nazwisko jakiemukolwiek innemu obecnemu twórcy. Jasne, zawsze tak było, ale patrząc, na jakim etapie są kariery Toma Hollanda, Mii Goth, Zendayi czy Pattinsona w Odysei jest chyba jeszcze bardziej. Taka obsada ma swoje plusy, jednak daje też kwestie do zastanowienia. Postaci, które mają do odegrania niektórzy z wyżej wymienionych to NPC, które są tylko po to, aby zrobić w konkretnym momencie konkretną rzecz, która popchnie fabułę do przodu. W każdym innym nawet wysokobudżetowym filmie takie role grają aktorzy trzeciej półki, tutaj ekstraklasa. Pytanie jednak, czy nie jest to trochę marnowaniem ich potencjału. Ci, którzy są główni i mają trzymać emocjonalny ciężar tej historii, radzą sobie bardzo dobrze (wcielenie Toma Hollanda jest czymś dla niego absolutnie nowym). Dla mnie jednak filmy Nolana zawsze były bardziej do śledzenia historii i rozwiązań narracyjnych, aniżeli aktorstwa. No, może poza Oppenheimerem, który dwóm swoim najważniejszym postaciom zagwarantował zasłużonego Oscara.
Christopher Nolan nigdy nie był dla mnie twórcą, którego powinno się zaliczać w poczet tych absolutnie największych w naszych czasach. Jest jednak największą marką osobistą w Hollywood i jedynym, który na własnym nazwisku, podpisując dzieło po prostu film Christophera Nolana, jest w stanie stawać w szranki z ogromnymi franczyzami i zarówno tworzyć z rozmachem kolejne produkcje, jak i zarabiać ogromne pieniądze na rzeszy widzów chcących je oglądać. Możliwe, że przewidywalność jest elementem, który się temu przysłużył. Odyseja jaka jest każdy widzi i każdy sobie może mniej więcej wyobrazić przed seansem. Czy jest to dzieło kompletne, które określiłbym mianem wielkiego kina? Absolutnie nie, to film połamany w bardzo wielu kwestiach. Czy natomiast, od większości filmów za 250 mln dolarów, jakie produkuje dzisiejsze Hollywood, wolę obejrzeć film za 250 mln zrobiony przez Christophera Nolana? Jak najbardziej!
Odyseja, a po Odysei sprawdźcie inne recenzje Movies Room:
Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.
Kontakt pod l.kolakowski@moviesroom.pl
Jeśli chodzi o aktualne platformy streamingowe, najwięcej jakościowych produkcji – a przy tym całkiem zróżnicowanych – znajdziemy prawdopodobnie na Apple. Od kryminałów, poprzez SF, produkcje obyczajowe, na akcji skończywszy.