Advertisement



Te siwe włosy każdy zna… – recenzja filmu Kult. Film

Tę burzę włosów każdy zna, przy ustach dłoni chwiejny gest, Tak to Kazimierz, Kazimierz, Kazimierz jest. Małą parafrazą kultowej Celiny zacznijmy, bo rzeczywiście, tego gościa każdy zna, a jest on jednym z najbardziej charakterystycznych frontmanów polskiego rocka. Dlatego też film o Kulcie zawierał w sobie mnóstwo potencjału na ciekawą opowieść. Opowieść o rodzinie, relacji z fanami i legendzie, zbudowanej w trudnych, buntowniczych czasach. A jeśli film zajrzy trochę głębiej, muzycy uchylą rąbka swojej prywatności, może wyjść z tego naprawdę dobra rzecz. Po drodze jednak pojawiło się parę problemów.

Kult. Film nie ma jakiegoś wyraźnego kośćca, wątku, który wybijałby się na pierwszy plan. Reżyser Olga Bieniek chciała nam uczłowieczyć ekipę, przy okazji zaglądając w jej relację z fanami, robiąc wszystko z perspektywy koncertów i ciągłego bycia w trasie. Pomysł jest to naprawdę dobry, jednak tego wybicia czegokolwiek na pierwszy plan się trochę brakuje, bo wprowadza to w ten film poczucie nieładu i niezdecydowanie. Kult gra, Kazik jest z rodziną, jego przyjaciele rozmawiają o nim, o przeszłości, a wszystko jest wklejone w jedną scenę i ogląda się to dość chaotycznie. Nie jest tak, że buduje to równocześnie atmosferę wszystkich kwestii związanych z Kultem, a chyba to chciała reżyserka tutaj osiągnąć.

fot. Next Film

Oprócz tego nie wiadomo do końca czy jest to, tak jak w tylule, Kult. Film czy jednak mimo wszystko Kazik Staszewski film. Mamy oczywiście pozostałych członków zespołu, jednak niektórzy po seansie pozostaną równie anonimowi co przed, a wszystko dalej kręci się wokół lidera grupy. Jego jest tu rodzina, jego są przyjaciele, głównie jego sytuacje. W pewnym momencie padają nawet zdania, które mówią, że jego jest też w kapeli ostateczne i kluczowe zdanie, które w kontraście z mocniejszym skupieniem się na reszcie, dałoby naprawdę dobry efekt. Jest tego jednak za mało.

Drugą kwestią, która w mojej nadziei miała się starać nakierować mnie na odbiór tego filmu była część o relacji fanów z zespołem. W pewnym momencie wchodzi wątek, w którym mówi się, że Kult nie ma fanów, a fanatyków. Z punktu widzenia odbiorcy wydaje mi się, że to akurat jest kwestia, którą film byłby w stanie zgłębić w sposób najciekawszy. Dlatego też mam najgłębsze rozczarowanie związane właśnie z wątkiem relacji z fanami. Mółgbym siedzieć w Sali kinowej jak na szpilkach, gdyby to rozwinąć. Nie udało się jednak zarówno w tym, jak i w większości innych przypadków.

fot. Next Film

Plusem tego filmu na pewno jest fakt, że nie próbuje brać widza na muzykę. Za dużo w ostatnich latach widziałem biografii fabularnych czy filmów dokumentalnych o muzykach, w których po prostu puszczano lubiane hity, próbując nabrać ludzi, że film który właśnie oglądacie jest równie dobry, co muzyka, która leci w trakcie (byłbym już jednak nudny, gdybym w tym momencie po raz kolejny przytoczył koronny, ubiegłoroczny przykład takiego dzieła), dlatego też oszczędne żonglowanie Celiną, Barankiem, Arahją czy innymi hitami Kazika i Kultu trzeba uznać za plus. Cała reszta jednak również jest zbyt zwyczajna, abym dał się porwać tym filmem. Nie wiem co prawda czy właśnie nie krytykuje całej idei stojącej za tym filmem, jednak tak już niestety jest. Kult miał być tutaj zwyczajny i rzeczywiście jest. Razem z nim Kult. Film też.

Redaktor prowadzący działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Kontakt pod [email protected]

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?