Advertisement

To właśnie życie – recenzja filmowej ekranizacji drzewa genealogicznego

Życie życie jest nowelą, śpiewał w najważniejszej operze mydlanej przełomu wieków w Polsce Ryszard Rynkowski (w sumie to pewnie śpiewa dalej, tylko już trochę odciąłem się od telewizji). Klan pojawia się w tym tekście nie przez przypadek. W filmie Dana Fogelmana, który de facto nazywa się To właśnie życie, mamy taką właśnie nowelową historię o życiu. Życiu jednego klanu, którego losy naznaczyły tragedie i momenty uniesienia. W sumie pewnie jak każdą, jednak tutaj reżyser stara się nam podkreślić, jak w obliczu tych dramatów, o szczęściu bohaterów decydują znowuż wydarzenia zupełnie błahe i małe. Problem w tym, że to chyba wszystko, co miał nam do powiedzenia.

Film rozpoczyna nie kto inny jak Samuel L. Jackson. Będzie on narratorem. Czyta tekst, przedstawia bohaterów, rzuca nieśmiałe żarciki. Ogólnie bawi się dobrze. Do czasu, w którym stwierdza, że nie, to jednak nie dla niego. Okazuje się, że cała rzecz dzieje się w … zresztą i tak nie ma to żadnego znaczenia i w żadnym momencie filmu nie wraca. Podobnie zresztą jak ten narrator. Zaczynamy prawdziwą historię.

fot. materiały prasowe

Bohater grany przez Oscara Isaaca chodzi do terapeuty. Zmaga się z głęboką depresją, która przywodzi go do więzienia, szpitala i paru innych miejscówek, w których lądują ludzie, gdy ich życie się posypie. Przyczyną takiego stanu rzecz jest ukochana, a raczej jej przymusowy brak, z którym bohater nie może sobie poradzić. Dlatego też prosi w kawiarni o podwójne espresso w dużym kubku, aby zmieścić tam jeszcze ze 200 ml dodatków i tak stara się leczyć swoje skrzywdzone serce. Scena ta jest zresztą jedną z najlepszych w całym filmie. Najlepiej widać w niej jak mocno aktorzy tutaj starają się uwiarygodnić swych bohaterów. Żalu wylanego na ich serca jest bowiem cały czas trochę za dużo.

Zobacz również: Jak wytresować smoka 3 – recenzja przebojowej animacji Dreamworks!

Trudno jest opowiedzieć cokolwiek o fabule bez zagłębiania się w spoilery. Przytaczanie tego, o jakie dramaty chodzi takowym by było, a mogłoby komuś popsuć frajdę z oglądania. Nie wiem jednak, czy można mówić o frajdzie, oglądając tragedię ludzką w takim stężeniu. Ilość tego wszystkiego zdecydowanie bowiem odwodzi film od poczucia wiarygodności, że coś takiego mogłoby spotkać jakąś rodzinę gdzie indziej niż na ekranie kinowym. Nie miałbym z tym jeszcze problemu, gdyby takie ukazanie historii czemuś służyło, dawało reżyserowi pole do wysnucia wniosków. Ten jest jednak tylko jeden, a wspomniałem o nim w pierwszym akapicie. Nie ma tu stanów pośrednich, są tylko albo wielkie tragedie, albo małe, a z perspektywy bohaterów bardzo ważne wydarzenia. Fogelman jednak cały czas wprost skłania się ku tym drugim, wprost waląc nam po uszach, że oto najważniejszy moment w życiu bohatera. A może właśnie polemika z tym byłaby dobrym momentem na refleksję.

fot. materiały prasowe

Gorzej jest, gdy sceny klucze reżysera potraktujesz osobno, nie kontrastując ich z traumami. Wtedy film staje się jeszcze bardziej pusty, będąc niczym więcej jak chyba pierwszą w historii kina ekranizacją drzewa genealogicznego pewnego rodu. Mamy cztery pokolenia, mamy kolejne gałązki, ale przesłanie płynące z tego trąci Sylwią Grzeszczak i jej Małymi rzeczami. Poprzez podążanie tak prostą ścieżką i sprzedawanie nam jednej, zerojedynkowej tezy, film traci mnóstwo na wartości również dla widza. Naprawdę chciałoby w podobnej historii doszukać się niuansów, chcą nam pomóc w tym aktorzy, a plejada gwiazd jest tu naprawdę szeroka, jednak to wszystko na nic.

Zobacz również: Detektyw – recenzja 3. sezonu, czyli sztuka zwodzenia widza

Dan Fogelman napisał w swoim życiu dużo lepsze teksty, a były takie głównie ze względu na dużo mniejszą powagę. Tutaj chciał poważniejszego filmu, ale ewidentnie nie wiedział jak spuentować swoje myśli, przez co zostawił nas z niedokończoną opowieścią, z której nie da się wyciągnąć żadnego interesującego aspektu. Szkoda bo wyjściowy pomysł na film jest naprawdę dobry. Wykonanie, ilość dramatu i frazesy sprawiają, że wbrew tytułowi, to właśnie nie jest życie. To tylko prawdy pisanych na kolanie popowych hitów, przekazane w dużo bardziej dramatyczny sposób.

Redaktor

Z zawodu publicysta. W redakcji Movies Room recenzuje filmy już od 2015 roku. Uwielbia produkcje Pixara, "Wesele" Smarzowskiego i Breaking Bad.

Kontakt pod [email protected]

Twitter: xkolek1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?