Spider-Man: Całkiem nowy dzień – recenzja filmu. Work-life balans tyczy się nawet superbohaterów

Hanna Kroczek, 31 lipca 2026

Po wielu przeciętnych i słabych filmach oraz nieudanych próbach odbudowania dawnej potęgi Marvel ponownie sięga po swojego najbardziej rozpoznawalnego bohatera – Spider-Mana. Stworzony w 1962 roku przez Stana Lee i Steve’a Ditko (przy współudziale Jacka Kirby’ego) przyjazny pająk z sąsiedztwa po raz kolejny ma uratować Marvel Cinematic Universe. Czy sprosta temu wyzwaniu?

Akcja filmu rozpoczyna się po wydarzeniach z Spider-Man: Bez drogi do domu. Świat nie pamięta już Petera Parkera. Wszelkie wspomnienia o nim zostały wymazane, a podejrzenia dotyczące tożsamości Spider-Mana padają na inne osoby. Sam Peter jednak nie próżnuje. Czuwa nad bezpieczeństwem Nowego Jorku, chroni mieszkańców, zatrzymuje złoczyńców i złodziei, a podejrzanych zostawia policji pod same drzwi. Całą swoją uwagę poświęca pracy. Nie ma już przyjaciół ani rodziny. Ciocia May, MJ i Ned pozostali jedynie wspomnieniami – albo twarzami przewijającymi się w mediach społecznościowych.

fot. kadr z filmu Spider-Man: Całkiem nowy dzień

Wątek work-life balance okazał się dla mnie jednym z największych zaskoczeń filmu. Oczywiście Marvel nie po raz pierwszy porusza problemy bliskie zwykłym ludziom. Iron Man zmagał się z atakami paniki, Wanda z żałobą i stratą. Tym razem twórcy sięgają po temat wyjątkowo aktualny – zachowanie równowagi między pracą a życiem prywatnym oraz ciągłe przebodźcowanie otaczającym nas światem. Spider-Man wypowiada nawet zdanie, które od lat przewija się w mediach społecznościowych i dyskusjach o kulturze pracy: „Kochając swoją pracę, nie przepracujesz ani jednego dnia”. Film zadaje jednak pytanie, czy rzeczywiście tak jest. Jeśli nie potrafimy oddzielić życia zawodowego od prywatnego, czy naprawdę na tym zyskamy? Czy nie wypalimy się znacznie szybciej, przytłoczeni nadmiarem obowiązków i nieustannym przebodźcowaniem? Ten problem dopada nawet Spider-Mana – bohatera dysponującego nadludzką siłą. Tym bardziej łatwo uwierzyć, że może dotknąć każdego z nas.

Tom Holland zasługuje na wyróżnienie. Nigdy nie ukrywałam, że moim ulubionym Spider-Manem pozostaje wersja Andrew Garfielda. Przez długi czas nie potrafiłam jednak przekonać się do interpretacji Hollanda – miałam wrażenie, że czegoś jej brakuje. Po seansie Całkiem nowego dnia mogę jednak śmiało powiedzieć, że w pełni kupuję tę wersję bohatera. Holland doskonale oddaje nieśmiałość i niezręczność Petera Parkera, a jego zamiłowanie do nauki, technologii i nieustanna „nerdowość” wypadają niezwykle autentycznie. Właśnie dlatego tak łatwo uwierzyć, że pod maską Spider-Mana kryje się zwyczajny chłopak. To jeden z powodów, dla których Peter Parker od lat pozostaje jednym z najbardziej lubianych superbohaterów – wielu widzów odnajduje w nim samych siebie: nieidealnych, czasem niezręcznych, ale właśnie dzięki temu prawdziwych.

fot. kadr z filmu Spider-Man: Całkiem nowy dzień

W nowej przygodzie Spider-Mana nie zabrakło również bohaterów, którzy na dobre zadomowili się już w MCU. Yelena, obecnie członkini Nowych Avengersów, wspiera Petera w zdobywaniu informacji z pilnie strzeżonych baz danych. Z kolei podczas starć z przeciwnikami prym wiedzie Punisher. Jego bezkompromisowe metody działania i imponujący arsenał broni stanowią wyraźny kontrast dla znacznie bardziej powściągliwego Spider-Mana, a ich wspólne sceny należą do najciekawszych i – o dziwo – najurokliwszych momentów filmu.

Destin Daniel Cretton umiejętnie prowadzi opowieść, zachowując tempo, które nie pozwala widzowi się nudzić. Nie jest to jego pierwszy film o superbohaterach – wcześniej wyreżyserował niedocenione Shang-Chi i legendę dziesięciu pierścieni, które być może przez premierę w okresie pandemii nie zdobyło uznania, na jakie zasługiwało. W obu produkcjach widać świetnie skoordynowane sceny walki. Szczególnie zapadło mi w pamięć starcie Spider-Mana z członkami Hand w więzieniu. Kiczowate, momentami przerysowane, ale właśnie dzięki temu niezwykle urokliwe. Przywołało we mnie skojarzenia z kreskówkowymi pojedynkami superbohaterów, co uznaję za duży atut.

Nie oznacza to jednak, że film jest pozbawiony wad. Największe zastrzeżenia mam do dwóch elementów. Po pierwsze, scenom „bujania się” na pajęczynach momentami brakuje dynamiki. Włosy Spider-Mana i MJ pozostają idealnie ułożone, podobnie jak ich stroje. Może to kwestia niezwykle wytrzymałego lakieru do włosów. Jeśli tak, poproszę kilka butelek. Po drugie, część kadrów przedstawiających panoramę Nowego Jorku sprawia wrażenie aż nazbyt perfekcyjnych. Obraz jest tak sterylny i hiperrealistyczny, że chwilami trudno całkowicie zanurzyć się w przedstawionym świecie.

fot. kadr z filmu Spider-Man: Całkiem nowy dzień

Produkcja podtrzymuje również charakterystyczną dla Marvela tendencję do coraz mocniejszego łączenia poszczególnych historii. Twórcy konsekwentnie wprowadzają do MCU bohaterów znanych dotąd z innych ekranizacji lub seriali. Po Daredevilu i Punisherze do uniwersum dołączyła Fantastyczna Czwórka, a w kolejnych latach podobny los czeka również X-Menów. W latach 2008–2019 Marvel zgrabnie żonglował odniesieniami i umiejętnie splatał ze sobą historie. Dzisiaj, przy przesyceniu rynku serialami i filmami, entuzjazm widzów – w tym mój – wyraźnie przygasł. Jeśli ktoś dopiero teraz postanowi zainteresować się MCU, stanie przed wyzwaniem obejrzenia aż 66 produkcji: 40 filmów (wliczając Spider-Man: Całkiem nowy dzień), 19 seriali oraz 7 produkcji krótkometrażowych i Special Presentations. Obawiam się, że równie szybko dopadnie go przebodźcowanie, z którym przez cały film zmaga się sam pająk z sąsiedztwa.

Mimo kilku uwag uważam, że twórcy stworzyli film, który – podobnie jak Thunderbolts* – daje nadzieję, że Marvel wciąż potrafi opowiadać angażujące historie o bohaterach z krwi i kości. Czy podobnie będzie z grudniowymi Avengersami? Tego nie wiem. Obawiam się, że dawna ekscytacja nigdy nie powróci już w takiej skali jak przed laty. Pozostaje więc czekać i przekonać się na własne oczy. W końcu With great power comes great responsibility. Pytanie tylko, czy Marvel nadal potrafi udźwignąć ciężar własnego dziedzictwa.

Przeczytaj więcej
Hanna Kroczek
Hanna Kroczek

Absolwentka dziennikarstwa, studentka kulturoznawstwa. Miłośniczka szeroko pojętej popkultury. Fanka filmów Marvela, krwawych horrorów i Szekspira. Członkini Zespołu Edukatorów Filmowych oraz KinoSzkoły. Uwielbia festiwale filmowe i targi książki oraz pracę z dziećmi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

moviesroom.pl

Jest Was już ponad 110.000! Obserwuj największy profil z ciekawostkami filmowymi. Zapraszają Tom Rewers i redakcja MR🎬