the old guard background Advertisement

Siła rodzinnego milczenia – recenzja Prawdy Hirokazu Koreedy

Azjatyckie ucieczki w kierunku wyżej płatnego zachodniego przemysłu filmowego zwykle nie kończyły się dobrze. Drobne wyjątki (chociażby w postaci przystrojonego ostatnio laurami Bonga Joon-ho) zdają się jedynie uwypuklać problem rozmijających się wrażliwości, ustanowionych nie tylko dekadami historii kina, ale i całym kontynentalnym kulturowym budulcem. Największy upadek XXI wieku w tym względzie przypadł Wong Kar-Waiowi, którego subtelna, kolorująca międzyludzkie wgniecenia ręka nie dała rady materii amerykańskiej prowincji, czyniąc z Jagodowej miłości wypłowiałą, mdłą podróbkę hong-końskiego romantycznego geniuszu. Nie trudno było więc o lęki w przypadku nowego filmu Koreedy; jego cicha eksploatacja rodzinnych kontekstów zawsze zahaczała przecież o subtelną społeczną krytykę, czyniąc z niego reżysera przesiąkniętego japońskością, a może nawet jej najbaczniejszego obserwatora ostatniego czasu. Dobrze jest więc móc ogłosić, że Prawda okazała się tak uniwersalna – może za sprawą ekranowej wielokulturowości, której Koreeda sam przecież jest częścią, a może dlatego, że żaden kraj na świecie nie jest tak japoński jak Francja. 

Międzypaństwowe koneksje widać nie tylko w ilości pieniędzy, jakie w rozwój japońskiej sztuki filmowej pompuje Francja, ale wyczuć je można też w umiłowaniu ekranowego milczenia i małości. Autorskie ikony francuskiej reżyserii to również w końcu ludzie zamykający swoich bohaterów w trzech ścianach, z czwartej zwykle czyniąc społeczny konflikt, o którym ci debatowali dla uciechy fanatyków scenopisarskiego rzemiosła. I tak jak deklaratywne były dialogi Rohmerowskich protagonistów, którzy dusili się bagażem własnych emocji aż do pewnych kluczowych momentów wyjścia poza międzyludzki komfort, tak Japonia często decydowała się tego wystrzału nie wprowadzać lub chociaż nie pokazywać bezpośrednio. W Prawdzie Koreeda zdaje się stawać jakby w pół drogi, utrzymując nas w wiecznym zawieszeniu pomiędzy bolesną prawdą, kłamstwem a ciszą. 

Prawda

Fot. materiały prasowe

Nie da się jednak uciec od wrażenia, że Prawda to wybitnie ”wakacyjny” film dla reżysera; stanowiska i diagnozy zastępuje tutaj ciekawość funkcjonowania w wielokulturowym tyglu. Z okazji wydania książki ikony francuskiego aktorstwa, w odwiedziny przyjeżdża jej córka, mieszkająca wraz z mężem w Nowym Jorku – w tych rolach pojawiają się kolejno Catherine Deneuve, Juliette Binoche i Ethan Hawke, ustanawiający już na etapie samego castingu wyraźny charakter filmu. Koreeda nie jest bowiem zainteresowany pisaniem na nowo swoich bohaterów, woli raczej przelać w zarysowane aktorskimi dekadami figury energię do kolejnych zderzeń. Deneuve będzie więc przerysowaną, egoistyczną ikoną, Binoche samowystarczalną self-made woman, Hawke z kolei wyciągniętym wprost z Linklatera poczciwym nieudacznikiem. Tak proste scenariuszowe modele Koreeda będzie jednak w stanie ograć z właściwą mu wrażliwością, oddając każdej momenty najszczerszego człowieczeństwa, błyszczącego w najmniejszych dialogowych momentach. Komiksowe charaktery stopniowo rozwijają się w przepełnioną życiem prawdę, manifestowaną z podobną mocą w zakrapianych dyskusjach, co samotnych spacerach, jak zresztą przystało na dystyngowane kino rozliczeniowego dialogu. Momenty charakterologicznych zderzeń nie okażą się tu zwykle jednak aż tak jednoznaczne; racje, za którymi przeważnie będzie szedł ból i próba samooczyszczenia, przemykać będą raczej podskórnie. Argumenty, zarówno to niewypowiedziane, co ukryte pod niewystarczającymi słowami, dochodzą w Prawdzie do bohaterów i widzów dopiero po chwili na ciszę. W obliczu tych starć film Koreedy pączkuje w opowieść o nieokiełznanej mocy słów i terapeutycznej sile przemilczania.

Koreeda jednak do niemalże dokumentalnego naturalizmu człowieka musi dodać szczyptę iluzji, zabarwiającej jego filmową codzienność ulotną baśniowością. Tu były mąż aktorki funkcjonuje w rodzinnej świadomości pod postacią wielkiego żółwia, tu wyraźne wspomnienia ewoluują w inne, dopisane życiem teraźniejszym. Najwięcej jednak magii Koreeda zostawia w samym kinie, którego przecież od zawsze esencją było oksymoronowe kłamstwo: ruchomy obraz. Film, nad którym podczas pobytu córki pracuje postać Deneuve to grafomańskie science-fiction o kobiecie, która dla zachowania życia przebywa w kosmosie, ale z obowiązku zaspokojenia własnych uczuć od czasu do czasu pojawia się na ziemi, żeby spędzić czas z dorastającą córką. Ta druga, wewnątrzfilmowa narracja szybko okazuje się splatać z pierwszą, główną, gdy kolejne rodzinne kolacje odsłaniają przeszłość relacji, tonącej przecież w zaniedbaniu i nieobecności. Tak proste, balansujące na granicy kiczu zabiegi Koreeda będzie stosował zresztą nagminnie, zawsze z korzyścią dla szczerości swoich historii, prawiąc przy tym cichą lekcję o znajdywaniu okruchów poezji w codzienności. 

Prawda

Fot. materiały prasowe

Nie jest to jednak historia o brudach, których nikt nigdy nie próbował wyprać, o pogodzeniu się z dyskomfortem stabilności, na który nie mamy wpływu, o zaschniętych w gardle próbach protestu. Te rzeczy dla bohaterów już minęły. Reżyser pozbawia nas więc śmietanki międzyludzkiego dramatu, pozbawia nas też przeważnie możliwości zauważenia jego efektu. Te kwestie twórcy w ogóle nie interesują. O czym więc będzie Koreedowska Prawda? O trudnościach rozliczeń z przeszłością? O próbie wybaczenia i powiedzenia „przepraszam”? Może w końcu o tym, że zmiany nie da się oprzeć na rozpamiętywaniu? Paradoksalnie, o wszystkich tych rzeczach, które symultanicznie będą dzwonić sprzecznością w naszych głowach, a ustaną dopiero w obliczu propozycji reżysera, wypowiedzianej w jednej ze scen ustami postaci Deneuve: „Prawda nie ma w sobie nic fascynującego”. I to, dla europejskiej percepcji zbrodni i kary, wyda się największą ekstrawagancją, na jaką kino rodzinnego rozliczenia będzie mogło się kiedykolwiek zdobyć. A potem nagle przestanie.

Prędzej filmowy zapaleniec niż wysmakowany kinoman, który podobną miłością darzy najnowsze produkcje Marvela i kino Wima Wendersa. W przyszłym wcieleniu chciałby być Dzikim Stworem z filmów Spike'a Jonze'a. Tymczasem jest jednak zgarbionym i troszkę nadętym nastolatkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?