Star Fox – recenzja gry. Kosmiczna przygoda bez sentymentów
Mateusz Chrzczonowski,
2 sierpnia 2026
Cóż, nie będę owijał w bawełnę – do tej pory należałem do grona graczy, którzy kojarzyli Foxa McClouda bardziej z gościnnych występów i okładania po twarzach innych ikon w Super Smash Bros. niż z jego autorskich, solowych przygód w kosmosie. Gdy Nintendo ogłasza zapowiedzi kolejnych odsłon Mario czy Zeldy, dokładnie wiem, w jakie struny uderzą deweloperzy i z czym to się je. Z Lisem było jednak zupełnie inaczej. Seria przez lata pozostawała dla mnie pewną tajemnicą, a całkowity brak wcześniejszych doświadczeń sprawił, że do gry podchodziłem bez grama sentymentu czy dziecięcych wspomnień.
Paradoksalnie brak sentymentu okazał się najmocniejszą kartą przetargową tego tytułu. Brak wygórowanych oczekiwań wyczyszcza perspektywę – zamiast rozliczać twórców z obietnic składanych dekady temu i porównywać każdy detal do kultowych klasyków, mogłem ocenić ten produkt chłodnym wzrokiem i sprawdzić, jak broni się tu i teraz.
Nielinearna opowieść
Już od pierwszego odpalenia widać, że ekipa do Nintendo nie próbowała udawać, że tworzy rozbudowane RPG czy napompowane cinematic-story na pięćdziesiąt godzin. To przede wszystkim mięsista, zręcznościowa strzelanka nastawiona na niesamowite tempo, czystą rozrywkę i idealne 60 klatek na sekundę. Bardzo przypadło mi do gustu to, jak swobodnie potraktowano kwestię ewentualnych porażek. Gdy nasza eskadra schrzani zadanie, gra nie wywala brutalnego ekranu z napisem Game Over. Scenariusz po prostu skręca na inny tor, a my dostajemy dopracowane, świetnie wyreżyserowane scenki przerywnikowe pokazujące, jak drużyna ponosi konsekwencje błędów i próbuje wygrzebać się z tarapatów. Nieliniowy układ misji zachęca do wielokrotnego przechodzenia kampanii, a cała opowieść spina się bez problemu nawet dla kogoś, kto w tym świecie melduje się po raz pierwszy.
Fot. Star Fox / Materiały prasowe
Archaizmów trochę
Sam pilotaż daje masę czystej frajdy, choć deweloperzy podjęli po drodze kilka przedziwnych decyzji, które potrafią popsuć krew. Przesiadka między ciasnymi, wyreżyserowanymi przelotami „na szynach” a otwartymi arenami 3D wypada bardzo płynnie i dynamicznie, ale samo sterowanie w pewnych momentach potrafi mocno podirytować. Ktoś w studio uznał, że kluczowe manewry defensywne – na czele z kultowym kręceniem beczki czy robieniem szybkich pętli – najlepiej zmapować pod kierunki D-Pada, zamiast oddać nam pełną swobodę manewrowania gałkami analogowymi. W dynamicznej walce, gdzie ułamki sekund decydują o przetrwaniu, konieczność odrywania kciuka i wciskania przycisków na krzyżaku bywa po prostu niewygodna i zmusza do niepotrzebnej gimnastyki.
Fot. Star Fox / Materiały prasowe
Nie jest lekko
Szybko okazuje się też, że gra nie ma zamiaru głaskać nikogo po głowie. Poziom trudności potrafi w pewnym momencie skoczyć drastycznie w górę, a gra wymusza na nas bezwzględną precyzję i zimną krew. Wyzwanie nie polega tu na nudnym podbiciu paska zdrowia rywali. Przeciwnicy natychmiast wyłapują każdy błąd w pozycjonowaniu i bezlitośnie go punktują. Starcia z wielkimi bossami potrafią błyskawicznie zresetować postępy z całej mapy, gdy tylko stracimy czujność na sekundy. Frustracja bywa momentami ogromna, ale kiedy po kilku nieudanych próbach w końcu opanujemy dany przelot do perfekcji i przejdziemy go bez urazu, uczucie satysfakcji jest po prostu nie do podrobienia. To surowy, uczciwy obóz przetrwania, który bawi się z nami w starym, dobrym stylu. Trzeba się jednak liczyć, że jeśli nie macie cierpliwości, może się zwyczajnie do gry odbić.
Fot. Star Fox / Materiały prasowe
Ładny kosmos i nijakie multi
Od strony wizualnej i projektowej lokacje robią świetne wrażenie. Poszczególne systemy i planety różnią się od siebie nie tylko paletą barw, ale przede wszystkim wymuszają kompletnie inne nawyki pilotażu. Raz ścigamy się w gęstym, nieprzewidywalnym pasie asteroid, by chwilę później przecinać ciaśniejsze wąwozy tuż nad powierzchnią obcego świata. Oprawa jest wyrazista, bogata w detale i niezwykle płynna, co idealnie pasuje do zręcznościowego charakteru całości.
Niestety entuzjazm opada, kiedy skierujemy wzrok w stronę dodatkowych atrakcji, którymi chwali się wydawca. Moduł sieciowy 4v4 okazuje się nudny i płaski – mapy są zbyt małe, by rozwinąć na nich skrzydła, przez co mecze szybko zamieniają się w powtarzalne latanie w kółko. Z kolei lokalna kooperacja to jedno wielkie nieporozumienie. Drugi gracz zostaje sprowadzony do roli celowniczego, który jedynie klika przycisk strzału i nie ma żadnego wpływu na kurs statku.
Warto dać szanse temu uniwersum?
Ta gra dowodzi, że brak znajomości marki bywa błogosławieństwem. Podchodząc do tej historii bez cienia sentymentu, dostałem po prostu bardzo dobrą, wymagającą i niesamowicie płynną zręcznościówkę, która potrafi przykuć do ekranu na długie godziny.
Nie jest to z pewnością szczytowe osiągnięcie w katalogu Switcha 2 i ma swoje irytujące mankamenty, ale po skończeniu kampanii nabrałem sporej ochoty, by nadrobić zaległości i sprawdzić, czym ta seria zachwycała graczy w przeszłości. A to chyba najlepsza rekomendacja, jaką można wystawić marce, z którą wcześniej nie miało się żadnej styczności.
Gra więcej, niż powinien. Od czasu do czasu obejrzy jakiś film, ale częściej sięgnie po serial w domowym zaciszu. Niepoprawny fanatyk wszystkiego, co pochodzi z Kraju Kwitnącej Wiśni.
|
m.chrzczonowski@moviesroom.pl
Seria Star Wars: Unlimited nie zwalnia tempa. Już wkrótce do kolekcjonerskiej gry karcianej dołączy kolejny dodatek – Ashes of the Empire, który przybliży graczom wydarzenia rozgrywające się po bitwie o Endor.