The Mound: Omen of Cthulhu – recenzja gry. Świat Cthulhu nigdy nie jest łaskawy dla twórców.
Jakub Szumiński,
1 sierpnia 2026
Mitologia H.P. Lovecrafta od lat inspiruje twórców gier. Jedni stawiają na horror psychologiczny, inni na akcję, a jeszcze inni próbują połączyć oba te elementy z kooperacyjną rozgrywką. The Mound: Omen of Cthulhu od studia ACE Team, wydane przez Nacon, próbuje właśnie tej ostatniej sztuki. Gra zabiera nas do świata pełnego szaleństwa, psychozy i zakrzywionej rzeczywistości, gdzie granica pomiędzy tym, co prawdziwe, a tym, co podpowiada umysł bohaterów, bardzo szybko zaczyna się zacierać.
Produkcja trafiła jednak na rynek w trudnym momencie dla Naconu. Wydawca od dłuższego czasu nie może pochwalić się większymi sukcesami. Ostatnie premiery sprzedawały się poniżej oczekiwań i często spotykały się z chłodnym przyjęciem graczy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że The Mound: Omen of Cthulhu jest jedną z ostatnich produkcji, które mogły jeszcze odwrócić ten trend. Niestety bardzo szybko okazało się, że rewolucji również tym razem raczej nie będzie.
Pierwsze wrażenie nie zachęca
Początek gry ma ogromne znaczenie. Kilkanaście pierwszych minut bardzo często decyduje o tym, czy gracz zostanie z produkcją na dłużej, czy zwyczajnie ją wyłączy. Niestety właśnie tutaj The Mound: Omen of Cthulhu ma jeden ze swoich największych problemów. Gra praktycznie od razu wrzuca nas na pokład statku. Wybieramy postać, której cechy później wpływają na część mechanik oraz dialogów, po czym rozpoczynamy właściwą rozgrywkę. Brakuje jednak nawet najprostszego wprowadzenia. Nie wiadomo, kim właściwie jesteśmy, dlaczego znaleźliśmy się w tym miejscu ani jaki jest cel całej wyprawy.
Nie oczekiwałem rozbudowanego filmiku przerywnikowego. Wystarczyłoby kilka plansz tekstowych, krótki opis świata albo podstawowy zarys fabuły. Cokolwiek, co pozwoliłoby lepiej wejść w ten świat. Historia oczywiście z czasem zaczyna się wyjaśniać, ale pierwsze kilkadziesiąt minut sprawia wrażenie bardziej rozbudowanego samouczka niż świadomie prowadzonej opowieści. Osoby zainteresowane wyłącznie marką Cthulhu prawdopodobnie przetrwają ten etap bez większego problemu. Gracze szukający po prostu dobrego horroru mogą jednak bardzo szybko stracić motywację do dalszej zabawy.
Nietypowe sterowanie i pierwsze problemy techniczne
Pierwsze minuty zaskakują również samym sterowaniem. Poruszanie się postacią sprawia wrażenie nieco odmiennego od tego, do czego przyzwyczaiły nas współczesne gry. Początkowo wygląda to dosyć dziwnie, ale po pewnym czasie organizm zwyczajnie się do tego przyzwyczaja. Podobnie wygląda kwestia eksploracji oraz zbierania przedmiotów. Twórcy mieli konkretny pomysł na prowadzenie rozgrywki i po zrozumieniu ich zamysłu wszystko zaczyna działać znacznie bardziej naturalnie. Rozwiązania przypominają pod tym względem Cthulhu: The Cosmic Abyss, które również recenzowałem i gdzie podobne mechaniki wymagały chwili na oswojenie.
Największy zgrzyt pojawia się jednak bardzo szybko. Już na samym początku można odnieść wrażenie, jakbyśmy cofnęli się technologicznie o dwie dekady. Schodząc z pokładu statku bez problemu można zauważyć miejsca, w których dosłownie pojawiają się postacie niezależne. NPC spawnują się na naszych oczach w konkretnym punkcie mapy, do którego nawet nie można podejść, ale widać go z daleko jako otwartą przestrzeń. Takie rozwiązania wyglądały normalnie dwadzieścia czy dwadzieścia pięć lat temu. Dzisiaj sprawiają po prostu bardzo złe wrażenie.
Najbardziej szkoda, że problem wydaje się łatwy do ukrycia. Wystarczyłoby zasłonić takie miejsce drzewami, skałami, mgłą czy elementami otoczenia. Efekt końcowy byłby zdecydowanie lepszy. Takie momenty od razu przypominają tani komputerowy efekt specjalny w filmie. Sam pomysł może być dobry, ale wykonanie skutecznie wybija odbiorcę z klimatu i przypomina, że mamy do czynienia z produkcją o mocno ograniczonym budżecie.
Walka nie daje satysfakcji
Mechanika walki wydaje się bardzo logiczna z punktu widzenia świata gry. Akcja rozgrywa się w realiach inspirowanych epoką żaglowców, marynarzy i dawnych wypraw. Broń palna jest powolna, wymaga przeładowania, a szable również nie pozwalają na widowiskowe kombinacje znane z nowoczesnych gier akcji. Taki kierunek ma sens i trudno oczekiwać, że pojedynki będą przypominały dynamiczne shootery.
Problem pojawia się w samym odczuciu walki. Strzelanie sprawia wrażenie bardzo niedopracowanego. Trafienia nie mają odpowiedniej siły. Broń brzmi naprawdę dobrze, ale praktycznie nie czuć jej mocy. Odnosiłem wrażenie, że przeciwnik równie dobrze mógłby zostać trafiony kulą, śrutem albo zwykłą pinezką, ponieważ efekt końcowy pozostaje niemal identyczny. Brak odpowiedniego feelingu broni mocno odbiera satysfakcję z walki i ponownie przypomina o niskobudżetowym charakterze całej produkcji.
Nie zamierzam natomiast wytykać grze drobiazgów związanych z animacjami wchodzenia po schodach czy poruszania się po nierównym terenie. Oczywiście takie elementy mogłyby wyglądać lepiej, ale w przypadku produkcji o znacznie mniejszym budżecie nie uważam, aby były to kwestie realnie wpływające na końcową ocenę. Eksploracja, przemieszczanie się po mapie oraz odkrywanie kolejnych lokacji zostały wykonane całkiem solidnie i właśnie te elementy należą do przyjemniejszych części rozgrywki.
Klimat ratuje całą produkcję
Największą zaletą gry pozostaje historia i atmosfera. Twórcy bardzo dobrze wykorzystali motywy charakterystyczne dla twórczości Lovecrafta. Psychoza bohaterów, gubienie rzeczywistości, niepewność, halucynacje oraz ciągłe poczucie zagrożenia budują naprawdę interesujący klimat. Największą zaletą pozostaje fakt, że wszystko zostało zaprojektowane z myślą o rozgrywce kooperacyjnej. Pojawia się wiele niewielkich, ale ciekawych rozwiązań fabularnych, które skutecznie budują napięcie i zachęcają do dalszego odkrywania historii.
Celowo nie chcę rozwijać tego wątku bardziej, ponieważ łatwo byłoby wejść w obszar spoilerów. Największy problem polega na czymś innym. Scenarzyści mieli naprawdę dobry pomysł na historię. Niestety cały środek transportu, którym ta historia dociera do gracza, zwyczajnie zawodzi. Mechaniki, techniczne wykonanie oraz wiele decyzji projektowych skutecznie osłabiają bardzo solidne fundamenty fabularne. Odnosiłem wrażenie, że ktoś przygotował naprawdę ciekawą opowieść, ale nie znalazł odpowiedniego sposobu, aby ją opowiedzieć.
Grafika spełnia swoje zadanie
Oprawa wizualna nie należy do najwyższej ligi, ale trudno mieć o to większe pretensje. Produkcja od początku sprawia wrażenie gry o znacznie mniejszym budżecie niż największe premiery AAA. W takich warunkach The Mound: Omen of Cthulhu prezentuje się po prostu dobrze. Lokacje wyglądają odpowiednio klimatycznie, a całość skutecznie buduje atmosferę niepokoju. Grafika nie zachwyca, ale również nie rozczarowuje i jak na skalę projektu wykonuje swoje zadanie.
Podsumowanie
The Mound: Omen of Cthulhu jest grą, w której bardzo wyraźnie widać dobry pomysł i jednocześnie ograniczone możliwości jego realizacji. Historia, klimat oraz lovecraftowski motyw szaleństwa należą do najmocniejszych elementów całej produkcji. Eksploracja również potrafi sprawiać przyjemność. Niestety pierwsze godziny rozgrywki, archaiczne rozwiązania technologiczne, słabo odczuwalna walka oraz wiele niedopracowanych mechanik skutecznie osłabiają końcowy odbiór. Największym problemem pozostaje świadomość, że część tych wad można było wyeliminować stosunkowo niewielkim nakładem pracy.
Miłośnicy twórczości Lovecrafta prawdopodobnie znajdą tutaj coś dla siebie, szczególnie podczas wspólnej zabawy ze znajomymi. Pozostali gracze mogą mieć problem z przebrnięciem przez chaotyczny początek i liczne techniczne niedoskonałości. Mimo wszystko jednak to produkcja, która mimo swoich toporności i ograniczeń ma świetny zamsył oraz potrafi zaskoczyć. Jeżeli jesteś tolerncyjnym graczem, znosisz wiele to będziesz miał dużo frajdy z historii oraz klimatu gry.
Wielbiciel kina o wszystkim innym niż szarej codzienności, gier oraz szeroko pojętej muzyki. Nie wzgardza nowinkami technologicznymi oraz wyprzedażami w Play Station Store. Gdyby Batman istniał naprawdę, wolałby chodzenie po ścianach i wielką moc, bo z nią przychodzi ...
Największe hollywoodzkie widowiska od lat zachwycają miliony widzów na całym świecie. Spektakularne efekty specjalne, niezapomniani bohaterowie i rekordowe budżety sprawiły, że wiele z nich na stałe zapisało się w historii kina. Jak dobrze je pamiętasz?