Komedia dramatyczna – recenzja filmu Całe szczęście

Jak się okazuje, polska komedia romantyczna również ma wyraźny podział. Są, choć rzadko, filmy z nieco wyższej półki, są takie, po których nic nie można się spodziewać, ale przejdą bez bólu oczu, mózgu czy zębów i produkty z tej najniższej ligi, trzy półki gorzej od reszty. Do tych ostatnich nieszczęście ma ostatnio Roma Gąsiorowska. Po najgorszym przedstawicielu gatunku w roku ubiegłymteraz gra w kolejnym, który przejmuje żółtą koszulkę lidera w 2019. Nie przesądzałbym, że wygra, bo dopiero marzec, ale na razie konkurencję wręcz połyka. Przed państwem Całe szczęście.

Recenzowanie takich filmów to zawsze jest niewdzięczne zadanie. Jeśli chodzi o wszelkie przemyślenia na jego temat, wszystko sprowadza się do najbardziej podstawowego pytania, jakie można zadać. Pytania Dlaczego? Dlaczego i po co to w ogóle powstało? Co ma do naszego życia wnieść kolejny film, który jest dokładnie taki sam jak kilka poprzednich, z całą swoją pretekstową historią, TVNowską otoczką i szczątkową, a w dodatku głupkowatą fabułą. No i nie wiem, tym razem chyba bardziej niż zawsze. Ostatnim widzianym przeze mnie wytworem z romkomowej B klasy był bowiem Pech to nie grzech. Tamten jednak miał przynajmniej reklamy, dzięki którym można było jego powstanie sfinansować, opłacić aktorów etc. Tutaj budżet trzeba było spiąć czymś więcej niż świecącym w oczy z każdej strony product placementem.

fot. Robert Pałka

Prawie dwieście tysięcy ludzi już w pierwszy weekend nie wzięło się jednak z powietrza. Mówi to o polskich widzach jedną, całkiem przykrą prawdę. Gatunek ten cały czas jest w cenie i naprawdę mało ważne dla nich jest to, że film nie reprezentuje sobą absolutnie nic. Całe szczęście to bowiem bezwstydny przykład szantażu. Filmu, który w zamyśle obok bezmózgiej rozrywki miał nam sprzedać trochę uśmiechu i wzruszeń. We wszystkim, co robi podczas tego prawie dwugodzinnego seansu, jest jednak fałszywy. Głupi jest punkt wyjścia, głupie niedopowiedzenia usprawiedliwia głupimi twistami, a to, co próbuje wycisnąć z nas łzy, jest klasycznym piaskiem w oczy. Mimo to i tak idziemy tłumnie. A potem wychodząc nawet nie tyle obojętni, co zniesmaczeni.

Zobacz również: Miszmasz czyli Kogel Mogel 3 – recenzja kontynuacji kultowej komedii

Oprócz tego, że cała fabuła nie ma krzty oryginalności czy uroku, popiera jeszcze zachowania totalnie nieracjonalne czy wręcz złe. Początki znajomości bohaterów to zwyczajny stalking, nasz młody bohater ucieka sobie przed siebie ot, tak, a także w wieku 10 lat bez skrępowania rzuca żarty o seksie. W dodatku mamy obowiązkową scenę, w której najbardziej pusta bohaterka, grana w dodatku przez nikogo innego jak Joannę Liszowską (wyobraźcie sobie to połączenie) dostaje swoje pięć minut chwały. Dodam, że chodzi o śpiew, żebyście przygotowali uszy, bo to będą dla nich tortury najgorsze od czasów solowego singla Julii Wieniawy.

fot. Robert Pałka

Film wszedł do kin na Dzień Kobiet. Ja się troszeczkę spóźniłem na tę imprezę, ale w końcu dotarłem i zdecydowanie żałuje. Zawsze przykro patrzeć, jak utalentowani ludzie robią tak fatalne rzeczy. Film Tomasza Koneckiego, odpowiadającego przecież w przeszłości za Testosteron, Lejdis czy trzecie Listy do M., to jednak jeden z tych tytułów, którego twórcy myślą, że film przyjemny a przy okazji oferujący szerokie spektrum autentycznych emocji można zrobić po linii najmniejszego oporu. A przecież od takiej idei już tylko kilka kroków do kompromitacji.

Redaktor

Z zawodu publicysta. W redakcji Movies Room recenzuje filmy już od 2015 roku. Uwielbia produkcje Pixara, "Wesele" Smarzowskiego i Breaking Bad.

Kontakt pod [email protected]

Twitter: xkolek1

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?