Advertisement

Łobuzy aż do grobowej deski – recenzja Bad Boys for Life

We współczesnym kinie rozrywkowym skupionym na komputerowych wodotryskach trudno znaleźć miejsce na powracającą po aż 17 latach markę, która stawia na klasyczną rozwałkę i trudną przyjaźń bohaterów o przeciwstawnych charakterach. Na pierwszy rzut oka detektywi Mike Lowrey i Marcus Burnett to relikty kina sensacyjnego lat 90. Przecież już w pierwszej części byli jakąś pochodną Martina Riggsa i Rogera Murtaugha z Zabójczej broni. Dlatego twórcy Bad Boys for Life stanęli przed trudnym zadaniem, aby jednocześnie zadowolić fanów poprzednich części oraz przyciągnąć uwagę nowej widowni reprezentującej kolejne pokolenie.

Dla niewtajemniczonych trzeciej części nie nakręcił Michael Bay – raczej nie ma więc co liczyć na rozjeżdżanie nieboszczyków w trakcie pościgu, stosunki szczurów podczas montowania podsłuchu i pijanego Rosjanina idącego solo na strzelaninę z gangiem Kubańczyków. Można wiele zarzucać poprzednim odsłonom serii, ale na pewno nie to, że nie były autorskimi dziełami amerykańskiego reżysera. Kto dzisiaj nakręciłby taki film jak Bad Boys II? Trwająca prawie 150 minut komedia sensacyjna oferująca widzom kolejne, coraz bardziej szalone sceny akcji. Wizualnie to jak polskie wesele z tabletkami ecstasy zamiast czystej wódki. Bay to przecież artysta identyfikowany przez szeroką publiczność właśnie z kinem akcji i przywiązujący uwagę wyłącznie do epileptycznie zmontowanych obrazów. Po co zajmować sobie głowę tekstem, jeśli można mnożyć kolejne wybuchy, pościgi i strzelaniny?

Bad Boys for Life

foto: Ben Rothstein, © 2019 CTMG, Inc.

Za Bad Boys for Life odpowiada duet urodzonych w Maroku reżyserów – Adil El Arbi i Bilall Fallah. To ich hollywoodzki debiut, więc można było się obawiać, jak sobie poradzą w zupełnie innej rzeczywistości. A poradzili sobie znakomicie. Najnowsza część serii jest zrealizowana najlepiej ze wszystkich (fani Baya, wybaczcie mi!). Jest również doskonale zbalansowana między jednak nieco ekscentrycznym stylem amerykańskiego reżysera a standardem współczesnego kina sensacyjnego. Wymiana ognia jest ciekawie zainscenizowana, tu przywołam Willa Smitha strzelającego w zwolnionym tempie w kłębach różowego dymu. Niektóre ujęcia są dłuższe, dzięki czemu dostajemy lepszy ogląd sytuacji. Duet reżyserski wie, kiedy przyspieszyć akcję, a kiedy się zatrzymać i dać wybrzmieć bardziej dramatycznym scenom. Efekty specjalne nie przysłaniają opowieści o ludziach, co było problemem filmów Baya, gdy próbowały chociaż na chwilę stać się poważne.

Zobacz również: Doktor Dolittle – recenzja filmu familijnego z Robertem Downeyem Jr.

Niektórych może zdziwić spory ładunek dramatyzmu, ale działa to wyłącznie na korzyść. Seria dojrzała wraz z upływem czasu, przemoc ma nieco bardziej namacalne efekty, a i wątek rodzinny został wyraźniej zaakcentowany. Pierwsza część miała wiele z farsy, opierała się na pomyłkach i humorze sytuacyjnym. Bad Boys II wprowadziło do franczyzy końską dawkę szaleństwa, farsa zamieniła się w absurd i czarny humor. A Marcus Burnett przebąkiwał wtedy nieustannie o chęci odejścia na emeryturę. Już na początku najnowszego filmu zostaje dziadkiem, co ustanawia tego bohatera jako nośnik humoru (choć motyw zbereźnego dziadka nie każdemu będzie odpowiadał). Nowa sytuacja jeszcze bardziej zwiększa różnicę pomiędzy nim a Mikiem. Ale no wiecie, jeżdżą razem i umrą razem, łobuzy aż do grobowej deski.

Bad Boys for Life

foto: Ben Rothstein, © 2019 CTMG, Inc.

Dobrze wypada nowy narybek, czyli przede wszystkim elitarna grupa AMMO pomagająca głównym bohaterom. Ich obecność przyczynia się do międzypokoleniowych i międzypłciowych utarczek. Aktorsko najlepsza jest Paola Núñez jako twarda, ale jednocześnie kobieca Rita – przełożona Mike’a, z którym wcześniej łączyła ją bliższa relacja. Postaci czarnych charakterów także dostały więcej czasu niż zazwyczaj. Udało się w prosty sposób zarysować motywacje oraz dać najgroźniejszych przeciwników w całej serii. To oni w ramach zemsty polują na jednego z detektywów, a właściwa akcja tak jak u Hitchcocka, zaczyna się od trzęsienia ziemi. Jeśli oglądaliście wiele podobnych filmów, to zapewne z łatwością będziecie w stanie przewidzieć kolejne wydarzenia. Choć przyznaję, że jeden ze zwrotów akcji zaskakuje swoją bezkompromisowością.

Zobacz również: Podsumowanie roku i Top 10 najlepszych filmów 2019 według Łukasza Kołakowskiego

Bad Boys for Life mogłoby stać się jednym z wielu przeciętnych filmów sensacyjnych. W gotowej produkcji unosi się jednak duch dobrej zabawy oraz szczere, dobre chęci twórców. Tak naprawdę już nikt nie musi tutaj nic udowadniać. Reżyserski duet swobodnie bawi się materiałem, Smith i Lawrence podchodzą z dystansem do swoich kultowych ról, a humor wciąż bawi. Pojawia się sporo fanserwisu w postaci nawiązań do poprzednich części. W przeciwieństwie do zakończenia pewnej sagi z grudnia jest to przemyślane i nie wywołuje zażenowania. Oczywiście wszystko działa tylko wtedy, gdy nie będziemy zastanawiać się zbyt długo nad fabułą. Bo jeśli po seansie usiądziemy w domu, założymy nogę na nogę, odpalimy fajkę i uruchomimy tryb czepiania się, to już wcale tak pięknie nie będzie.

Bad Boys for Life

foto: Ben Rothstein, © 2019 CTMG, Inc.

Jak się okazuje można wrócić z klasą pod warunkiem, że scenariusz został napisany z szacunkiem wobec bohaterów, widzów oraz poprzednich części. I jeśli według słów Marcusa to był ten jeden, ostatni raz, kiedy Will Smith i Martin Lawrence pojawiają się razem na ekranie w tych rolach, to udało im się godnie zakończyć przygodę. Otrzymaliśmy kino sensacyjne świadome zmieniających się czasów oraz aktorów rozliczających się z przemijaniem. W dwóch słowach po prostu quality time.

Ilustracja wprowadzenia: Kyle Kaplan, © 2019 CTMG, Inc.

Fan westernów, kina noir i lat 80. Woli pisać o filmach niż o sobie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?