Małe kobietki – recenzja filmu Grety Gerwig!

Powieść Małe kobietki autorstwa Louisy May Alcott, wydana po raz pierwszy w 1868 roku, doczekała się już wielu ekranizacji. Nawet w ostatnich latach zrealizowano miniserial w 2017 roku, a rok później film rozgrywający się w czasach współczesnych. Teraz za klasyczną powieść wzięła się Greta Gerwig – autorka nagradzanego Lady Bird. Niektórzy pewnie znają tę historię niemal na pamięć i kolejna adaptacja może wydawać się niepotrzebna, ale dobre kino zawsze obroni się samo.

Życie czterech bohaterek poznajemy w dwóch planach czasowych. Ten wcześniejszy to czas beztroski, kiedy dorastają, poznają świat i roztaczają marzenia o swojej przyszłości. Natomiast wydarzenia rozgrywające się 7 lat później są już bardziej poważne, ponieważ trzeba wziąć odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale być może również za swoich bliskich. Reżyserka pokazuje to wszystko na kontraście – przeszłość to obrazy pełne słońca, kolorów i radości, a sceny ze starszymi bohaterkami skąpane są w szarości i skupiają się raczej na problemach i zderzeniu z dorosłością. Nic więc dziwnego, że fragmenty pokazujące zabawy z siostrami przeplatają się z późniejszą samotnością, a radosna uroczystość ślubna przenika się z pogrzebem. Udało się przedstawić dorastanie jako magiczny czas, który jednak przemija i potem trzeba samemu poprowadzić życie w odpowiednim kierunku. Istotny jest wątek rodziny, wypełnionej zróżnicowanymi charakterami, ale opierającej się na bliskości. Oglądanie rozbieganych, skupionych na zabawach sióstr przypomina, że inspirację można czerpać przede wszystkim z przebywania z ludźmi. Przy kreowaniu tak niezależnej głównej bohaterki można było obawiać się zakończenia, ale Gerwig wyszła z tego obronną ręką. Można się bowiem złapać na tym, że finał, którego podświadomie oczekujemy, może wcale nie być najlepszym zamknięciem opowieści.

Zobacz również: Richard Jewell – recenzja najnowszego filmu Clinta Eastwooda!

Małe kobietki

foto: Wilson Webb, CTMG, Inc.

Małe kobietki są filmem dojrzałym pod względem realizacji. Kolejne retrospekcje działają dzięki przemyślanemu montażowi (kolejna świetna robota Nicka Houya), sceny korespondują ze sobą, a emocje wybrzmiewają jeszcze bardziej. Uważny widz nie pogubi się w chronologii poszczególnych scen, ponieważ zawsze różnią się szczegółami, fryzurami lub zestawem postaci. Imponującą pracę wykonali specjaliści od kostiumów, które są zróżnicowane, charakterystyczne zarówno dla epoki, jak i dla charakterów bohaterek. Alexandre Desplat to sprawdzona firma – przygotowana przez niego muzyka towarzyszy wydarzeniom, ale nie wybija się przesadnie na pierwszy plan. Prawdziwą siłą filmu są kreacje kobiece. Zachwycają nie tylko tytułowe małe kobietki (Saoirse Ronan, Emma Watson, Eliza Scanlen i Florence Pugh), ale także drugi plan z Laurą Dern i Meryl Streep.

Zobacz również: Kobieta w oknie – wreszcie zwiastun adaptacji z Amy Adams

Czas ponarzekać. Kwestia pewnej infantylności jest raczej wpisana w życie nastoletnich bohaterek oraz literacki pierwowzór z XIX wieku, jeśli chodzi o same dialogi. Film wydaje się wręcz przymilać do fanów kostiumowych melodramatów, a ludzie uczuleni na taką konwencją raczej nie znajdą tutaj nic dla siebie. Scenariusz skupia się w takim stopniu na Jo March, że chora siostra lub matka nie są pełnokrwistymi postaciami. To jedynie elementy fabularne mające popchnąć do przodu główną bohaterkę. Największym problemem jest obsadzenie Florence Pugh w roli najmłodszej z sióstr, która w retrospekcjach ma około 13 lat. Żeby było jasne, to utalentowana aktorka, która znakomicie wykonuje swoją pracę. Jednak oglądanie 23-letniej kobiety siedzącej w klasie z małymi dziewczynkami wywołuje jakiś dyskomfort. Cała kreacja ociera się przez to o parodię, a można było najzwyczajniej w świecie obsadzić młodszą aktorkę.

Małe kobietki

foto: Wilson Webb, CTMG, Inc.

Małe kobietki są jednym z najsłabszych filmów z tegorocznej stawki oscarowej, co świadczy wyłącznie o tym, jak dobry mieliśmy rok. Greta Gerwig opowiedziała znaną historię w taki sposób, że chcielibyśmy zostać z tymi bohaterkami na dłużej. Uchwyciła esencję młodości oraz dorastania kończącego się zderzeniem z dorosłością. I jakkolwiek takie zderzenie może być bolesne, to tak jak w finale filmu może być również źródłem szczęścia i samospełnienia.

Ilustracja wprowadzenia: Wilson Webb, CTMG, Inc.

Fan westernów, kina noir i lat 80. Woli pisać o filmach niż o sobie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?