Sprzedawcy marzeń – recenzja 365 dni Barbary Białowąs!

Odbiór czytelnictwa jako takiego w Polsce na pewno ma wpływ na to, jak wygląda kariera i jak głośny jest odbiór powieści Blanki Lipińskiej. Średnio na jedną książkę rocznie musi się przecież złożyć dwóch obywateli naszego kraju. Dlatego też ci, którzy po literaturę sięgają częściej, zawsze wyciągną tę gałąź popkultury wyżej od filmów czy seriali. Nie ważne czy będzie to Orwell, Olga Tokarczuk czy właśnie taka Blanka Lipińska. Dlatego też autorka może wyjść z podniesioną głową i opowiadać o promowaniu sztuki wyższej.

Do tego dołóżmy samą postać autorki. Z każdej rozmowy z nią, jaką można znaleźć w internecie, bije pewność siebie i wysoka samoocena. W jednym z podcastów wspomniała o tym, że nie wygląda za dobrze na zdjęciach czy w Social Mediach, ale nie można być przecież dobrym we wszystkim. No nie można, ale będąc głównie pisarką i autorką powieści dla dorosłych, najlepiej byłoby być w jednej konkretnej branży. W pisaniu książek…

Dlatego też 365 dni na łatkę polskiego Greya i pierwszego takiego filmu zapracował bez problemu. W sumie to to samo, tylko w ostrzejszej wersji. Skrzywdzonego młodego biznesmena  zastępujemy włoskim gangsterem, cała reszta jednak pozostaje niezmieniona. To znaczy znów mamy ten koncept kobiety, która niby jest wyzwolona i zdecydowana, jednak najważniejsza rzecz, o której marzy, to książę z bajki. Książę okazuje się diabłem i wchodzi w jej życie z buta, nie dając żadnego wyboru. Co tam jednak, potem przecież będzie fajnie. Piękna miłosna historia na walentynki.

fot. NEXT FILM

Łatwiej jednak to przeznaczenie produktu Lipińskiej dostrzec, kiedy zdejmiemy płaszczyk szoku, bezpruderyjności i grafomańskich opisów podbojów seksualnych. Ta niewola, włoska mafia i 365 dni na zakochanie się przykrywa bowiem tradycyjną komedię romantyczną. Przykrywa film, który korzysta z dokładnie tych samych toposów, uproszczeń i rozwiązań. Podobnie płynie historia, dziewczyna poznaje księcia, musi się od niego przekonać, w pewnym momencie jednak to uczucie pewnie wybuchnie. A do tego jest najlepsza przyjaciółka, były chłopak i mama z tatą, ale nikogo oni nie interesują, bo najważniejsza jest główna dwójka. Pełną gębą film im. Tomasza Karolaka. A to, że przy okazji dyskusyjny i sprzedający dość płytkie pokusy, raczej nie działa na jego korzyść.

Do realizacji fantazji autorki na srebrnym ekranie zatrudniono Barbarę Białowąs. Ta realizacja to będzie jednak słowo klucz, bo widać po tym filmie, że reżyserka nie miała tu zbyt wiele do powiedzenia. Dlatego też, mimo wykopania z niebytu twórczyni Big Love, nie będzie to film, którego z podobnym zacięciem będzie mogła bronić i mówić o nim jako o jej projekcie. Białowąs miała chyba odpowiadać za to, żeby to wszystko dobrze wyglądało w kadrach. Co by o Big Love nie mówić, realizacyjnie stał na wysokim poziomie. I podobnie jest tutaj, a że budżet jeszcze większy, to film wygląda i brzmi. Dopóki za wiele się nie odzywa.

fot. NEXT FILM

Nasza dwójka głównych bohaterów, choć nie po równo, to również rozkłada tę produkcję. Mamy Laurę, czyli teoretycznie kobietę wyzwoloną, która niby robi bunt, a jednak cały czas nie jest w stanie oprzeć się pokusom zaserwowanym przez przystojnego Włocha. Nie jest to proste, dlatego scenariusz stara się jej pomóc, wyposażając w wadę serca, która powinna sprawić, że nie można jej przemęczać czy narażać na stresy. Dlatego też najlepszym pomysłem jest jej uśpienie i porwanie. Jak można byłoby pomyśleć inaczej. Na szczęście jednak wada serca potem już specjalnie nie wraca. Została spacyfikowana tak jak wszystkie inne próbujące się od czasu do czasu wybić elementy logiki w tej historii.

Gorszy jest jednak Massimo. Już pal licho ten koncept, że włoski gangster, mający na rękach krew ma być obiektem westchnień naszej bohaterki. Może scenariusz spróbuje go usprawiedliwić, nadać jakieś drugie dno jego postępowaniu. Niestety nie, nie ma tu nic takiego. Nasz włoski przystojniak przez prawie dwugodzinny seans nie robi absolutnie nic, co byłoby z punktu widzenia moralnego dobre, bądź choćby możliwe do poddania w dyskusję. Kobiece fantazje są sprowadzane do spaceru po butikach, dziewczyny gangstera i seksu na jachcie. A ten Massimo to diabeł, który to uosabia.

fot. NEXT FILM

To nie jest najgorszy film świata. Naprawdę nie zrobił dużo roboty źle. To rzetelna, zrobiona z należycie dobrym warsztatem produkcja. Jednakże również tytuł, który prowadzi mnie do smutnych wniosków. Jeśli bowiem odniesie sukces podobny do książki, będzie z tego płynął jeden przekaz. Marzenia wielu Polek są w jego wypadku naprawdę bardzo płytkie. A sprzedawcy takich marzeń, do jakich zaliczyłbym Blankę Lipińską, mogą święcić tryumfy. Dlatego życzę nam wszystkim, żebyśmy te Walentynki spędzili wszędzie, tylko nie na sali kinowej podczas seansu tej produkcji. A samej autorce, żeby na kartach swoich powieści w końcu dała swojego Massimo dopaść policji. Tam będzie mógł opowiadać swoje historie o obrazku na łożu śmierci i 365 dniach. Jak to mówią jego polscy koledzy po fachu, prokurator na pewno to kupi.

 

Redaktor prowadzący działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Kontakt pod l.kolakowski@moviesroom.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Niuniek pisze:

Błagam, popraw swoj warsztat, bo ten jest naprawde kiepski. Przeczytaj dwa, moze nawet razy ostatni akapit. Ilosc powtorzen i ubogosc slownictwa jest zatrwazajaca.

Łukasz Kołakowski pisze:

Dzięki za sugestię. Co prawda komentarz ma dwa zdania a błędów więcej niż mój tekst, ale jednak sprawił, że naniosłem nieco poprawek na ten akapit 🙂

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?