Tam gdzieś musi być niebo – recenzja stoickiej, słodko-gorzkiej komedii palestyńskiej

Absurdy codziennego życia i celny komentarz polityczny przeplatają się ze sobą w najnowszym filmie Palestyńczyka Elii Suleimana . Jego poprzednia produkcja – Czas, który pozostał – miała premierę ponad dziesięć lat temu, więc reżyser pracuje raczej na jakość, niż na ilość. I w tym przypadku cierpliwość się opłaciła, bo Tam gdzieś musi być niebo to z jednej strony piękne nawiązanie do filmów Jacquesa Tati i Bustera Keatona, z drugiej – oryginalny, słodko-gorzki głos na temat kondycji współczesnego świata.

Centralną – często dosłownie – postacią filmu jest grany przez reżysera mieszkaniec Nazaretu. I poza trzema słowami (tłumaczącymi skąd pochodzi) starszy pan w kapeluszu, okularach w rogowej oprawce i o zmęczonej twarzy nie wypowie żadnego innego słowa. Zawsze w środkowej części kadru, ta postać jest naszymi oczami, spoglądającymi na otaczający świat. Najpierw poznajemy Nazaret. Jeden z jego sąsiadów podkrada mu cytryny pod pretekstem dbania o drzewo. Drugi wraca z polowania z baśniową opowieścią. W restauracji dwaj bracia chcą zlinczować właściciela, że podał ich siostrze kurczaka, który smażony był z użyciem alkoholu. Bohater w pewnym momencie pozbywa się rzeczy należących do jego zmarłej żony i wyrusza za granicę, by spróbować zrealizować nowy film. W Paryżu ma spotkanie z producentem, na którym dowie się, że jego treść jest za mało palestyńska. W Nowym Jorku potencjalni inwestorzy nie chcą nawet słyszeć o takiej historii.

Zobacz również: Oficer i szpieg – recenzja filmu Romana Polańskiego

Statyczna kamera w Tam gdzieś musi być niebo pokazuje świat w bardzo specyficzny sposób. Najpierw Suleiman w centrum kadru przygląda pewnemu wydarzeniu. Po cięciu widzimy oglądaną scenę z jego perspektywy. Co jakiś czas ujęcie wraca do jego twarzy, który minimalnymi ruchami brew daje wyraz swojego zdziwienia i przejęcia, czasem smutku lub radości. W tych reakcjach możemy odczytać wszystko. Magia obrazu, pozbawionego słów i niepotrzebnych wyjaśnień, robi swoje.

Elia Suleiman w filmie Tam gdzieś musi być niebo

Kadr z filmu Tam gdzieś musi być niebo, reż. Elia Suleiman / fot. materiały prasowe

Świat postrzegany oczyma reżysera nie jest zbyt wesoły, choć obserwacje wywołują gromki śmiech. Jak choćby otwierająca sekwencja, w której prawosławna procesja ma problem z dostaniem się do wnętrza kościoła i zdesperowany duchowny musi wziąć sprawy we własne ręce. Albo widok amerykańskiej ulicy, na której każdy przechodzień uzbrojony jest w spluwę, od matek z dziećmi po staruszków, noszących wszystko, od pistoletów po wyrzutnie rakiet. Trudno nie nazwać politycznym widoku opustoszałej paryskiej ulicy, po której idealnie zsynchronizowani policjanci na segweyach gonią kogoś, czołgi przemierzają stylowe dzielnice, a samoloty przecinają niebo. W Nowym Jorku temat Palestyny jest tak delikatny, że nawet przebrana za anioła kobieta z flagą tego państwa jest traktowana jak zagrożenie, goniona po całym Central Parku przez gliniarzy rodem z komedii studia filmowego Keyston. Świat wcale nie jest taki kolorowy w porównaniu do tego, co dzieje się w jego regionie. Reżyser komentuje sytuację w swoim kraju w zgrabnej scenie, gdy dwóch izraelskich żołnierzy wiezie na tylnym siedzeniu kobietę z zawiązanymi oczami. Bardziej niż aresztowaną mundurowi zainteresowani są przymierzaniem okularów słonecznych.

Kadr z filmu Tam gdzieś musi być niebo, reż. Elia Suleiman / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Tam gdzieś musi być niebo, reż. Elia Suleiman / fot. materiały prasowe

Suleimanowi udaje się dotknąć w swojej produkcji kilku intrygujących tematów. Reflekcja do politycznej sytuacja jego kraju to motyw przejawiający się niemalże w każdym epizodzie. O wiele ciekawsza od tego, oraz dość ogranego przedstawienia amerykańskiego systemu filmowego, jest jego dychotomia w stosunku do ojczyzny. W spojrzeniu reżysera odczuwalny jest paradoks, którego doświadczył chyba każdy emigrant. Będąc Palestyńczykiem czuje się związany z tą ziemią i jego historią, a jednocześnie doskwiera mu tam poczucie obcości i samotność. W tej ucieczce od swojej tożsamości jest coś tragikomicznego, bo nie uda mu się nigdy odciąć od swoich korzeni. Kiedy wyjeżdża, zaczyna tęsknić za krajem. W dodatku “ziemia obiecana” okazuje się coraz większym rozczarowaniem. Idealna ilustracja powiedzenia, że “trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu” zwieńczona jest naprawdę pięknym finałem.

Tam gdzieś musi być niebo momentami ogląda się niczym zaginiony film Tatiego albo Chaplina. Stanowi też doskonały duet z Po tamtej stronie Aki Kaurismakiego albo z marokańskim Cudem nieznanego świętego. Śmiała polityczna satyra, pełna humanizmu i empatii, podejmująca trudne tematy ze stoickiej perspektywy, została wyróżniona podczas festiwalu w Cannes specjalną nagrodą Jury oraz laurem dziennikarzy FIPRESCI. Film jest również palestyńskim kandydatem do Oscara w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczny.

Ilustracja wprowadzenia i plakat: materiały prasowe / Aurora Films

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?