Advertisement

W lesie dziś nie zaśnie nikt – recenzja filmu. Bo liczy się sport i dobra zabawa

Stwierdzenie, że polskie kino radzi sobie ostatnio dobrze w historiach dramatycznych żadnym dziwnym nadużyciem nie będzie. Widać to i czuć po reakcjach widzów co już. Bardziej mnie jednak cieszy, że nasi zdolni rodacy z branży filmowej zaczęli wyrabiać się również w innej gałęzi X muzy, tej bardziej komercyjnej, bardziej rozrywkowej. W ostatnich miesiącach obserwuje, jak kilku ludzi z pasją robi filmy, choć nie wolne od wad, to absolutnie nadające się do tego, aby znakomicie spędzić czas w kinie i zbierać w nim tłumy. Niedawno (Nie)znajomi, potem Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa, a teraz ten najbardziej wysunięty w stronę kina gatunkowego przedstawiciel, W lesie dziś nie zaśnie nikt Bartosza M. Kowalskiego. Projekt najbardziej odważny, najbardziej karkołomny, na szczęście jednak równie, albo i bardziej udany.

Reżyser tego filmu to wielki pasjonat. Widać było to w jego jakże innym od nowej produkcji debiucie, Placu zabaw, widać tutaj. Oddałbym bym również jeszcze jedną rzecz. Jest w swojej wizji kina facetem odważnym, który jest na ekranie w stanie pokazać rzeczy, przed którymi większość pozostałych twórców by się hamowała (kto widział Plac zabaw, ten wie). W przypadku tworzenia slashera napotkał jednak na paradoks. Z jednej strony wspomniana odwaga pomogła mu eksplorować nieznany teren i w końcu taki film w Polsce zrobić, z drugiej jednak musiał zachować sporo powściągliwości już w samej pracy. Przegięcie naprawdę źle by się tu skończyło.

fot. Michał Chojnacki/ Akson Studio

Kowalski to jednak inteligentny gość. Wiedział, że prochu na planie nie wymyśli, więc po prostu ograł jeszcze raz sprawdzone schematy, jednak zrobił to z pomysłem i naprawdę udanie wprowadzonym elementem polskości. Ten kocioł ma jej tylko doskonale podkreślającą smak szczyptę, nigdy niewysuwającą się na pierwszy plan. Na nim bowiem jest to, co tygrysy lubią najbardziej.

Jedziemy do lasu, gdzieś w dalekiej Polsce, na obóz. Jedziemy tam z młodzieżą XXI wieku, dlatego też na samym początku zabieramy im telefony. Nie jest to podobno pierwszy raz, a wszyscy do tej pory znakomicie się bawili. Wszystko jednak do czasu. Las jest bowiem nieprzewidywalny. A zresztą, to przecież slasher. Nie oszukujmy się, wiecie, co tu się będzie działo.

fot. Michał Chojnacki/Akson Studio

Pomysł wyniesienia filmu gdzieś do lasu nie tylko sprawia, że film na samym starcie jest prawdopodobnie nieco tańszy w wyprodukowaniu, ale również odhacza nam od razu poczucie obcości i tajemniczości. Las jest ogromny, wszędzie drzewa, a w panicznym widzie najmniej obawiasz się o to, że możesz gdzieś zabłądzić. Może przyjść jednak czas, kiedy to też stanie się problemem.

Do lasu ruszamy z opiekunką Izą graną przez Gabrielę Muskałę i jej grupą. Mamy w niej oczywiście maksymalnie przerysowane, acz mocne charaktery. Wcześniej wspomniałem, że reżyser wygrywa powściągliwością, jeśli chodzi o ekspolorowanie gatunku, jednak absolutnie nie hamuje się już, kreując swoich bohaterów. Jest dziewczyna z niewyjaśnioną przeszłością, sexy girl, z którą każdy chce porozmawiać, ale nie za długo, terd jarający się Terminatorem, osiłek oraz przedstawiciel mniejszości seksualnej. Na każdego przyjdzie czas, aby z czyhającym w lesie złem się zmierzyć. Warto jednak zauważyć, że wszyscy wypadają świetnie zarówno w interakcjach, jak i wtedy, kiedy muszą choć przez chwilę poradzić sobie samemu (a praktycznie każdy taki moment ma). Dobór aktorów, choć przed premierą wydawał się głównie na plakat, do sprzedaży, to również coś, co broni W lesie dziś nie zaśnie nikt.

for. Michał Chojnacki/Akson Studio

Najważniejsze jest jednak mięso. W slasherze musi się dziać, musi lać się krew, a filtr braku powagi obserwowanej sytuacji być na kilometr widoczny. Choć czasem jest tu kilka przestojów, a intryga musi sobie dać czas, aby wejść na najwyższe obroty, jak już wejdzie, daje mnóstwo funu. Psychopata jest wykreowany świetnie i przychodzi z totalnie odjechanego powodu (serio, kocham to), zgony są efektowne, a emocje nie opadają choćby na moment. Nawet na koniec, reżyser ma dla nas niespodziankę, scenę po napisach.

Jeszcze przed premierą, choć nieco sceptycznie, naprawdę szanowałem ten film. Byłem pod wrażeniem, że jest w tym kraju ktoś, kto tak śmiało zrywa z wizerunkiem kina rozrywkowego nad Wisłą. Dlatego też jestem jeszcze bardziej rad, że to się udało. Że pierwszy polski slasher jest dobry, przez co może napędzić machinę kina gatunkowego w Polsce i dać jej dużo paliwa do dalszego rozwoju. A Bartoszowi M. Kowalskiemu, serdecznie gratuluje. Jak to mówił slogan reklamowy LG kilka lat temu, gdy to właśnie ta firma wprowadzała na rynek technologię 4K UltraHD – Tylko najlepszy robi pierwszy.

Redaktor prowadzący działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Kontakt pod l.kolakowski@moviesroom.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Szczerze to łudziłem się, że w końcu powstanie coś dobrego w naszym kinie. Niestety myliłem się, ponieważ film jest momentami tak śmieszny, że szok patrząc na efekty specjalne zastosowane w filmie.. Być może jest to kulminacyjny moment dla naszych uwielbianych przez reżyserów „komedii romantycznych”
Jedyną sceną, która zapadła mi w pamięć, jest scena z Wiktorią ;)…

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?