Advertisement
Advertisement

Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera – nasza recenzja długiego jak noc blockbustera!

To miał być mit podobny do koncepcji Zacka Snydera na przywołanie do życia bohaterów komiksowego uniwersum DC. Potężny, paraboliczny, trochę spoza tego porządku świata. Mit filmowy, producencki, reżyserski, a przede wszystkim – artystyczny. Okazuje się, że twórca może doznać oczyszczenia i korekty dotychczasowej próby, co rzecz jasna nie jest wcale normą w tej branży jednorazowych szans. Hollywood jest bezlitosne dla tych, którym nie wyszło, do czego odnosi się napis z prologu do poprzedniej wersji Ligii Sprawiedliwości. „Przynajmniej próbowałem” –  czytamy na tabliczce trzymanej przez bezdomnego. Próby, jak się okazuje, były w tym przypadku dwie.

Łatwo zapomnieć, że smród nad filmem Zacka Snydera unosił się nieco wcześniej niż po tragicznych wydarzeniach, jakimi była samobójcza śmierć córki. O Lidze Sprawiedliwości mówiło się różnie: a to, że na planie panował chaos, a to, że ponura wizja reżysera coraz mniej podobała się włodarzom WB. Snyder wycofał się w aurze skandalu, a stery przejął Joss Whedon, który również „przynajmniej próbował”. Gdy Internet po premierze tamtego „potwora frankensteina” zaczął nieśmiało karmić się myślą, że warto dać Snyderowi kolejną szansę i pozwolić mu skończyć film tak, jak tego chciał (bez dokrętek, rezygnowania ze swojej wizji, a przede wszystkim z całkowitą kontrolą artystyczną), to nie wierzono, że ten sen może się ziścić. Zdziwieni komentatorzy popkultury, którzy twierdzili, że film nie istnieje i nie ma nawet z czego lepić nowej wersji, zmienili narrację, sugerując, że szykuje się producencka katastrofa. Nic z tych rzeczy – wersja Zacka Snydera nie tylko istniała, ale leżała na dnie szafy o wiele bardziej żywa i gotowa do rezurekcji niż pamięć po wersji Whedona. Mało tego, wiele osób zdawało się na nią czekać. Co nie znaczy, że wybrukowanie projektu marzeniami musiało przynieść ze sobą dobre kino.

Całość zresztą już od początku doniośle oznajmia, że oto mamy kolejne dziecko filmowe Zacka Snydera. Superman ginie z rąk Doomsdaya, a jego krzyk rozchodzi się po całym świecie w slow motion. „To wszystko ma ogromne znaczenie, celebruj tę chwilę, widzu” – zdają się mówić sceny tak bardzo przeciągnięte przez reżysera, że ocierające się o śmieszność. Nikogo, kto poznał lepiej jego styl artystyczny, to nie zdziwi. W nowej wersji prawie każda postać pierwszego planu dostaje swojego rodzaju pomnik z marmuru – to pierwsza jakość, która przyszła wraz z wersją reżyserską. Drugą jakością, już bardziej subtelną, jest po prostu nadanie scenom oraz fabule nowego albo rozszerzonego kontekstu. Wbrew pozorom jest to ten sam film co poprzednio, z tymi samymi stawkami, intrygą, a także identycznym światem przedstawionym (o dziwo lekkie zachmurzenie buduje jakąś tam wizualną koherencję, której brakowało poprzedniej wersji). Ta sama wymęczona buła, która nie ma najmniejszej chęci nadać swoim mitycznym postaciom ludzkich rysów. Ta sama gromko-pierdność i powaga. Różnice polegają na dodatkowych scenach, introdukcji mniej znanych postaci i rozrzuceniu wszystkich zabawek, którymi Snyder chciał się kiedyś pobawić, ponownie na dywan. Jest tego sporo, nawet jak na czterogodzinny film, który chyba tylko dla ugłaskania możliwości poznawczych widza został podzielony na rozdziały. Nawet ten z pozoru niewinny zabieg, który zapewne wynika z faktu, że pierwotnie wersja ta miała pojawić się na HBO Max w formie serialu, dopełnia biblijny, pompatyczny wizerunek całości. Skoro są rozdziały, to znaczy, że musi być książkowo i poważnie. Przy okazji potwierdza się teza, że nawet i dobre blockbustery nie powinny trwać dłużej niż dwie i pół godziny.

Fot. Materiały prasowe

Nie ma co pochylać się nad tymi wszystkimi elementami, które zostały już wielokrotnie przewałkowane przez recenzentów przy okazji premiery filmu Jossa Whedona. Aktorstwo: dokładnie to samo, jednakże jest go więcej, a Henry Cavill nie przenosi nas do krainy kwasowej niesamowitości za pomocą cyfrowo wymazanych wąsów. Na plus wypadają sceny z Ezrą Millerem jako Flashem. Choć w rzeczywistości aktor to ponoć kawał nieprzyjemnego pętaka, jego Barry Allen przestał zachowywać się jako społecznie nieprzystosowany nastolatek, a wątek osobisty oraz detektywistyczny buduje w końcu pełnoprawnego bohatera, do którego jest sens jeszcze kiedyś wrócić. Podobnie jest z postacią Cyborga – w tej wersji wiele cudowności świata przedstawionego obserwujemy jego oczami. Oddanie głosu takim świeżakom lepiej rozkłada akcenty. Dużo zyskują natomiast motywacje czarnych charakterów, które w końcu nabrały więcej sensu, kiedy u Whedona były jedynie pretekstowe, żeby nie napisać szczątkowe lub żadne.  Miejsce Hansa Zimmera wypełnił artysta zwany niegdyś Junkie XL-em, którego pracę przy filmach DCEU mogliśmy już przesłuchać. Więcej w tym metalowo-elektronicznej rozwałki niż pompatycznych, romantycznych motywów sklejonych z oczekiwań fanów, ale znowu – jest to przynajmniej wizja, którą Zack Snyder kiedyś tam sobie wyśnił, choć próbowano go do niej zniechęcić.

Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera – bo taki pełny tytuł nosi film, który wrócił do rąk oryginalnego twórcy – to nic innego, tylko Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera. Rozczarowujący, gdyby był pierworodnym dzieckiem tej marki, ale w tym dziwacznym kontekście – całkiem oglądalny, istniejący jako ciekawostka. Nich więc tak zostanie, a krzyk reżysera, niczym wycie umierającego Supermana, wydaje się być całkiem ważny dla branży. Tutaj nie będzie cudów, bo o ile jest lepiej niż poprzednio, to wciąż reprezentant dawno niebyłego uniwersum, na którego trupie budują się obecnie nowe, bardzo ekscytujące projekty. Niech to epitafium trafi głównie tam, gdzie jego miejsce – do szkół filmowych i niedowiarków. Czasami w Hollywood dochodzi do błędu w systemie operacyjnym i z martwych może powstać coś, co od dawna jest zimne. W jednej ze scen bohaterowie debatują na temat tego, czy można budzić umarłych. Dokładnie to samo pytanie powinna zadać sobie branża.

Redaktor

Z wykształcenia polonista i kulturoznawca. Stworzyły go filmy, może go też zabiją.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

kecaj1603 pisze:

Ja chciałbym dostać rozwinięcie tego uniwersum. Mi tam nie przeszkadza że Batmana w tym samym czasie grałby Affleck i Pattison. W komiksach to normalne że masz spinoffy na innych „ziemiach” i masz główne uniwersum. Tego też mogłby się trzymać DC. Choć wątpię by Ben chciał wrócić. Ale ja chciałbym go zobaczyć w filmie inspirowanym Powrotem Mrocznego rycerza. Wątpię żeby to się stało ale kto wie.
A sam film? no cóż to jest produkcja która daje dużo fanom komiksów. Easter Eggi, czy pokazanie rzeczy których nigdy nie milismy okazji zobaczyć to była wisenika na torcie której niestety nie doceni ktoś kto komiksów nie czytał.
Subiektywnie jestem zachwycony bo uwielbiam komiksy i ten film dał mi dokładni to czego chciałem. Obiektywnie tej produkcji daleko do ideału. Fatalne CGI głównego złoczyńcy i ogólnie postaci, Snyderowskie spowolnianie tempa momentami irytuje, a sama fabuła choć świetna jeśli chodzi o aspekt przyczonowo-skutkowy to jednak nadal jest po prostu za długa. Nie zmienia to jednak faktu że chciałbym zobaczyć kolejne 2 czeście gdzie Lois ginie, a Batman z wyrzutkami walczy z Supermanem by na końcu Barry w akcie desperacji cofnął czas i dał nową nadzieje. Niestety tej wizji podobnej do gier z Injustice chyba nigdy nie dostaniemy, a szkoda

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?