Exotic – recenzja filmu! Pole dance ma sens

Łukasz Kołakowski, 3 sierpnia 2026

Za każdym razem, gdy jako kompletny laik widzę występy pole dance, dochodzę do jednego wniosku. Banał o latach praktyki, które doprowadzają najlepszych w tej sztuce do perfekcji, można podbudować koniecznością uzyskania ponadstandardowej siły. Pozwalałaby ona podczas akrobacji na rurze utrzymać pełną stabilność bez jakichkolwiek nerwowych ruchów. Dlatego też wchodząc na salę kinową i oglądając film, który podejmuje tematykę obozu i ćwiczeń tej akrobatyki myślałem o dziele, które właśnie tak stabilnie będzie wyglądać. Do tego nowohoryzontowy pokaz uświetniła swoim występem znana tancerka pole dance Martyna Dominikowska. Niejako potwierdziła nim moje wnioski. Zaraz po jej występie i świetnej, wprowadzającej nas w klimat filmu czołówce dostaliśmy jednak opowieść, która ze stabilnością nie ma absolutnie nic wspólnego. A to tylko początek paradoksów, które będą towarzyszyć temu seansowi.

Nie chodzi nawet o to, że to źle, wręcz przeciwnie. Exotic to film, w którym jednocześnie widać nieograniczoną rękę początkującej reżyserki, jak i ograniczające go ramy budżetowe. W którym jest jakaś nieskrępowana energia, a jednocześnie sztywne i widoczne ograniczenia budżetowe. W którym bohaterkę, która stawia pierwsze kroki w pole dance, czyni się pisarką najpewniej, żeby zamknąć ujścia jej emocji, po czym w ogóle z tego nie korzysta, wątek zostawiając jedynie napomkniętym dla kontrastu. Film, który recenzując można pewnie zamknąć jeszcze w kilku jak nie kilkunastu niosących tego typu przeciwstawne elementy zdaniach. Jest w tym wszystkim jednak metoda, która wprost wybija się z pasji reżyserki, zarówno do projektu filmowego, kultury tańca, o którym opowiada, jak i najbardziej banalnie, ale i najdobitniej, z chęci zwykłego wyrażenia siebie.

fot. kadr ze zwiastuna Exotic

Stosując metaforę szkolnej ławy Sonja Orlewicz-Zakrzewska jest w klasie prymuską. Nie taką, która zbiera najlepsze oceny, ale taką która, choć niekoniecznie przygotowana, zawsze jest pierwsza u głosu i stara się uczestniczyć we wszystkim. Dlatego też od samego początku nie daje swojej głównej bohaterce Mili oddechu. Czego Jaśmina Polak nie dopowie bezpośrednio głosem, zostaje dodane z offu, scenariusz nie chce bowiem, abyśmy pomyśleli sobie coś innego, niż ona. Nawet pojedyncze sceny czy błahe fabularnie wydarzenia debiutująca reżyserka i scenarzystka czerpie z prywatnych doświadczeń. Sprawia to, że jej film to nie tylko w dużej mierze autobiografia, to autonotatnik z konkretnego wydarzenia w życiu artystki. Wybrzmiewający dlatego, że mowa tu o postaci uczącej się i będącej na wczesnej fazie. Zarówno pole dance’u, jak i sztuki filmowej.

Nie sposób oddzielić od filmu kontekstu postaci reżyserki, jej strumienie świadomości są bowiem widoczne w każdej scenie, warto jednak nadmienić, jak działa to pod kątem czysto filmowym. Odbiór powinien w dużej mierze zależeć od tego, na jaką wrażliwość trafi ten przebodźcowany obozowy seans. Jestem w stanie zrozumieć widzów, którzy kompletnie się od tego odbiją. Nie odnajdą się ani w świecie pole dance’u, ani babskich obozów nad morzem, ani tym bardziej w głowie Sonji Orlewicz-Zakrzewskiej. Przyjdzie im wtedy oglądać nieco męczące, różnie zrealizowane kino z nieźle, choć skrótowo wykreowaną główną bohaterką i kilkoma figurami stojącymi obok niej, napisanymi mniej lub bardziej sprawnie. Jasne, siądzie kilka żartów, nawet jeśli niebezpiecznie zbliżą się do granicy krindżu, ale nie wyeliminuje to ogólnego wrażenia, że struktura w tym filmie istnieje tylko na papierze.

fot. kadr ze zwiastuna Exotic

Różnie jest też z samym Exotic, z samym Pole Dance’em. Świetna, pieczołowicie zmontowana i nakręcona jest pierwsza scena. Otrzymujemy w niej zarówno pomysł na sekwencję tytułową, świetną choreografię, jak i energiczną muzykę. Potem szybko jednak tańczenie ustępuje miejsca kinu emancypacyjnemu. Choć Bartosz Bielenia, wcielający się tutaj w chłopaka Mili, od początku mówi jej, żeby działała i robiła wszystko, jak chce, nie da się nie wyczuć, że coś z tą postacią jest nie tak. Maska opada coraz bardziej z każdym dialogiem. I choć odgrywane są one świetnie i coraz bardziej błyskotliwe, nie sposób nie zauważyć w nich, że rozmawiają ze sobą postacie, które bardziej niż pełnoprawnymi bohaterami, są nośnikami idei. Scenariusz takowymi wypełnia właściwie każde nazwisko, jakie ma w tym filmie do odegrania coś więcej, niż popatrzenie przez okno na trening tańca na rurze jako statysta. Dziewczyny, które mieszkają z Milą na obozie to takie zwykłe kobiety, które mają zlegitymizować Exotic jako taniec dla wszystkich, kelner w restauracji jest bratnią duszą Mili, a wspomniany chłopak typem, który jej wolność, mimo zapewnień, w każdym względzie ogranicza. Na szczęście plejada młodych polskich gwiazd wygrywa z tego scenariusza więcej, niż w nim jest. To w połączeniu ze scenami naprawdę zabawnymi, których jest niemało, składa się na naprawdę przyjemny seans.

Jeśli prześledzicie z większą uwagą napisy końcowe, zobaczycie tam mnóstwo zabawnych odniesień i dedykacji dla ekipy, która musiała pracować w mikrobudżetowych warunkach. Kilka albo i kilkanaście razy pojawia się tam nazwisko Bielenia, gwiazdor Bożego ciała był bowiem odpowiedzialny na planie chyba za wszystko, od cateringu począwszy, na współpracy reżyserskiej skończywszy. Nie sposób nie dostrzec przy oglądaniu tuszowania niedostatków. Jest też jednak miejsce na zdrowy dystans.

To film, który najlepiej oglądałoby się pewnie uczestniczkom obozu, którego zapisem jest ten scenariusz. Mogłyby się wymieniać anegdotami i na wspólnym spotkaniu mrugać do siebie oczkiem. Mniej usatysfakcjonowani, ale w dalszym ciągu w dobrym nastroju będą mogli wyjść przedstawiciele i przedstawicielki kultury pole dance którzy, choć w wersji okrojonej, to jednak dostali na ekranie swoją reprezentację, a także ekranową otwartość na tę dziedzinę akrobatyki. Warto jeszcze dodać, że Sonja Orlewicz-Zakrzewska, jednocześnie będąc debiutantką i sprzedając nam obraz tak bardzo osobisty, urodziła się chyba w złotym czepku. Nie dość, że znalazła ekipę, która poszła za tym pomysłem zarówno na poziomie kreatywnym, jak i realizacyjnym, to jeszcze dostała okazję na zaprezentowanie swojego filmu przed ogólnopolską premierą na chyba najważniejszych polskich festiwalach. Najpierw sekcja Pokazy Galowe Nowych Horyzontów, potem konkurs główny FPFF w Gdyni. Coś mi się wydaje, że może z tego urosnąć naprawdę nieoczywista kariera. Zazwyczaj, oglądając jakiś debiutancki film wyrazistego twórcy można zobaczyć już choć zalążki stylu i wysnuć pierwsze wnioski na temat tego, gdzie może leżeć jego sufit. Ten Orlewicz Zakrzewskiej jest… cholera wie gdzie. I może właśnie dlatego na kolejny jej film pójdę z dużym zainteresowaniem.

zdjęcie główne: materiały prasowe Gutek Film

Przeczytaj więcej
Łukasz Kołakowski Redaktor prowadzący działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina. Kontakt pod l.kolakowski@moviesroom.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

moviesroom.pl

Jest Was już ponad 110.000! Obserwuj największy profil z ciekawostkami filmowymi. Zapraszają Tom Rewers i redakcja MR🎬