Just Cause 4 – recenzja tropikalnej rozpierduchy

Square Enix na marketing tej gry wydało sporą ilość dolarów. Zwiastuny mnożyły się w zastraszającym tempie, podobnie jak filmiki pozwalające nam na wcześniejszy wgląd w grę. Na tym etapie znaliśmy już część nowości, mechanizmy rządzące grą i wielkie wydarzenia, jak istnienie tornada. Czy w samej rozgrywce zostało jeszcze coś do odkrycia?

Wcielamy się jak zawsze w postać Rico Rodrigueza, tworzącego jednoosobową armię. Świat przemierza ze spadochronem i hakiem zdolnym złapać praktycznie każdą powierzchnię. Zbiera różne bronie, sieje popłoch, zamęt i zniszczenie, przy okazji nie wyskakując z jeansów i skórzanej kurtki.

Tym razem Rico znajduje się na wyspie Solis, gdzie próbuje dowiedzieć się wszystkiego o projekcie Illapa, przy którym pracował jego ojciec. Za przeciwników będzie miał żołnierzy Black Hand i… warunki pogodowe. Rico na szczęście znajdzie też trochę sojuszników, którzy pomogą mu w tej nierównej walce.


Gra rozpoczyna się od mini-przewodnika, kiedy poruszamy się po świecie bez konieczności przejmowania się przeciwnikami. Poznajemy mechanizmy, pracę grapling hookiem i spadochronem oraz pikujemy w dół przy pierwszym otwarciu „skrzydeł” naszego glidera. Szybko przekonujemy się, że dróg z punktu A do B są dziesiatki, szczególnie, jeśli zdecydujemy się na transport powietrzem, zamiast tuż przy ziemi siedząc w aucie.

Po krótkim wprowadzeniu, gdzie strzelanie jeszcze odbywa się w ramach cut-scenek i nie ma z nami nic wspólnego, dostajemy broń i możemy iść podbijać świat! We wspólnym celu pomagać nam będzie Armia Chaosu, rebelianci, którzy chcą oczyścić wyspę z żołnierzy Czarnej Ręki. Oni pomagają nam, my pomagamy im. Siejąc popłoch na mapie zwiększamy poziom chaosu, który pozwala nam powoływać nowe jednostki Armii Chaosu. Jednostki te będą bardzo potrzebne w przejmowaniu terytorium wyspy.

screen z gry Just Cause 4

Zobacz również: Ogłoszono nominacje do Game Developers Choice Awards 2019

Poza odzyskiwaniem wyspy, Rico będzie miał też mnóstwo innych zadań. Poza głównym wątkiem jest też sporo wątków pobocznych. Niektóre zadania będą polegać na osłanianiu jakiegoś samochodu czy grupy ludzi. Niektóre będą trochę ciekawsze i poza niszczeniem struktur, będziemy rozwiązywać zagadki logiczne rodem z Tomb Raider. Będziemy latać helikopterami, korzystać z naszej wszechmogącej linki, przy okazji strzelając do tych gości w czarno-czerwonych mundurach.

Wbrew pozorom, tempo gry nie jest aż tak dynamiczne i tylko podczas obrony struktur ma znaczenie to, jak jesteśmy celni i szybcy. To minus. Docierając do punktu na mapie możemy pojechać trasą dookoła mapy i totalnie nie wpłynie to na rozgrywkę. Możemy też (masochistycznie) wybrać się w podróż na piechotę, albo zdecydować się na którąś z szybszych opcji: zawołać helikopter czy korzystać ze spadochronu i gadżetów. Wolność w tej grze jest na naprawdę wysokim poziomie. I chociaż nie wspomaga to tempa rozgrywki i poruszania się po fabule, to jednocześnie sprawia, że całość staje się ciut ciekawsza.

Zobacz również: World War 3 – recenzja polskiego Battlefielda!

Wszystko na obszernej mapie żyje własnym życiem. Na drogach zdarzają się stłuczki, nawet takie niespowodowane przez nas. Nad głową latają helikoptery, których nierozważne AI może doprowadzić do katastrofy, jak na gifie powyżej. Ten żyjący świat szybko nas pochłania. Niekoniecznie fabuła, ale sam świat. Lokacje generalnie robią wrażenie, a przypadkowo spotykani ludzie, proszący o pomoc dodają trochę punktów do immersji (nie wspominając o tym, że łatwo ich przeoczyć).

W Just Cause 4 strzelanie do przeciwników jest sprawą drugo~ albo i trzeciorzędną. Głównie stosujemy zasadę wypuszczania kulek „mniej więcej w tym kierunku”, więc zdecydowanie bardziej spodoba się to fanom obszernych gier fabularnych niż tych, którzy lubią postrzelać. Przeciwnicy pojawiają się na mapie dosłownie w kółko, wyskakując z wyczyszczonych już pozycji (chyba, że misja faktycznie uwzględnia wyczyszczenie miejscówki). Walka wręcz jest wręcz żałosna (Rico po prostu trzaska łańcuchem i nie zawsze zadaje to śmiertelne obrażenia), a bronie… no trochę pozostawiają do życzenia.

Mamy wszelkiej maści karabiny, jakieś snajperki, wyrzutnie rakiet, stacjonarne działa przeciwlotnicze i moździerz, ale i tak odniesiemy wrażenie, że nie ma nic tak naprawdę dobre i poza klasami, bronie nie różnią się aż tak bardzo. Amunicję podnosi się z pokonanych przeciwników lub znajduje w skrzynkach. Podobnie z brońmi – ze sobą nosić możemy dwie. Całe starcia można podsumować hasłem: chaos. Kule latają we wszystkich kierunkach, czasem musimy uciekać przed ostrzałem z helikoptera, a na radzenie sobie z problemami mamy trochę więcej sposobów niż tylko strzelanie z podniesionej broni. Do naszej „dyspozycji” są też elementy otoczenia, które można niszczyć i przesuwać, trochę oczyszczając atmosferę. Atakujący helikopter czy motorówka? Zawsze można je uprowadzić, prawda?

screen z gry Just Cause 4

Zobacz również: Shadow of the Tomb Raider – drugie DLC na nowym zwiastunie

Pojazdy w tej grze mnie pozytywnie zaskoczyły, szczególnie auta. Jakimś cudem Just Cause 4 przypomina mi GTA. Wybieramy sobie auto, używamy naszej mechanicznej linki, żeby się do niego dostać. Otwieramy drzwi, wywalamy kierowcę i ewentualnych pasażerów, stając się „właścicielami” nowej fury. A autek jest tyyyyle! Możemy wybrać auto sportowe, które ledwie skręca, zdecydować się na komfortowego sedana czy rodzinnego vana. A może poszalejemy w autokarze? Furgonetce? Jest tego chyba nawet więcej niż broni.

Większość przygód z autami kończy się efektywnymi wybuchami, gdy zdecydujemy się na opuszczenie go z użyciem spadochronu. Robi wrażenie!

Umieranie w tej grze nie boli aż tak bardzo, jak w innych grach. Nie tracimy ekwipunku, bo go nie mamy. Nie tracimy złota, punktów czy nawet amunicji. Ekran na chwilę robi się czarno-biały, a potem kontynuujemy swoje zadanie. Przez to nie przywiązuje się aż takiej wagi to realnych efektów tylko po prostu gra.


Just Cause 4 to ciekawy tytuł, który spodoba się niedzielnym kanapowiczom, którzy po prostu chcą pozwiedzać tropiki, bez specjalnego przykładania się do samej gry. Poziom trudności jest dość nierówny, bo pomimo niekaranego umierania, niektóre momenty są frustrujące. Czasem można utknąć w miejscu, gdzie przeciwnicy pojawiają się co chwilę, a naszym jedynym wyjściem z sytuacji jest… ucieczka. Po prostu.

Mechanizmy gry poznaje się grając w nią, postaci nie trzeba levelować, więc nie wymaga to żadnego wcześniejszego przygotowania i głębokiego rozmyślnia. To gra, którą się po prostu włącza i gra. Luźna fabuła pozwala na wskakiwanie na kilkugodzinne sesje, ale nie przyciąga do siebie na posiadówkę, która skutkować będzie skróceniem nocy.

Grę do recenzji w wersji na Xbox One udostępnił Kinguin.net

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor działu technologie

Horrory? A co to?

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?