Nieoszlifowane diamenty – recenzja elektryzującego filmu z Adamem Sandlerem

„Ministerstwo Kultury i Netflix ostrzegają: oglądanie tego filmu grozi podwyższonym ciśnieniem, stanem wzbudzonej nerwowości i nadpobudliwością”. Taki napis powinien widnieć na początku seansu Nieoszlifowanych diamentów braci Benniego i Josha Safdie. Lojalnie ostrzegam, to nie przesada. Kto jednak zaryzykuje wejście w ten świat, ten zostanie sowicie nagrodzony. To co, postawicie wszystko na jedną kartę?

Z braćmi Safdie nie polubiliśmy się od razu. Muszę przyznać, że była między nami dość duża niechęć. Bóg wie co wywołało we mnie wstręt i odruch wymiotny. Nie kumałem tego ich zniecierpliwienia, rozedrgania, fascynacji brudną i mało urodziwą stroną życia. Good Time wywróciło naszą relację do góry nogami. Do dziś uważam ten film za jedną z najważniejszych produkcji ostatnich dziesięciu lat i jedną z największych niespodzianek festiwalu w Cannes. Znakomita rola Roberta Pattinsona, nasycone neonami zdjęcia i pędząca niczym japoński pociąg-pocisk akcja. Byłem sprzedany i na kolejny film Josh i Benny mieli u mnie nieograniczony kredyt zaufania. Nieoszlifowane diamenty wypełniają pokładane w nich nadzieje z nawiązką.

Zobacz również: Najlepsze filmy 2019 roku według Rotten Tomatoes i Metacritic

Podobnie jak w ich poprzednich produkcjach, film oscyluje wokół kilku dni z życia jednego bohatera. Howard Ratner (Adam Sandler) jest jubilerem w nowojorskiej dzielnicy diamentów. Wypluwa z siebie potoki słów z prędkością karabinu maszynowego. Klnie jak szewc. Lubi ryzykowne transakcje, duże pieniądze i piękne kobiety. Uzależniony od adrenaliny mężczyzna próbuje swojego szczęścia podejmując szereg decyzji, które mogą skończyć się dla niego tragedią. Howie ma żonę (Idina Menzel)i dwójkę dzieci na przedmieściach oraz kochankę (Julia Fox) w nowojorskim apartamencie. Ma długi, których dorobił się na zakładach bukmacherskich. Grupa oprychów Arna (Eric Bogosian) czeka na zwrot kasy. Ale ma również ryzykowny plan na zarobienie grubych pieniędzy. Nieoszlifowany diament wydobyty w uwłaczających warunkach przez etiopskich żydów ma być końcem jego problemów. Będzie on jednak początkiem nerwowej, niekończącej się bieganiny bohatera po Nowym Jorku.

Adam Sandler w filmie Nieoszlifowane diamenty

Kadr z filmu Nieoszlifowane diamenty / fot. materiały prasowe / Netflix

Tempo filmu braci Safdie jest szalone i rozkręca się z minuty na minutę. Od sceny w sklepie jubilerskim, gdzie postacie przekrzykują siebie nawzajem (oraz elektroniczną muzykę Daniela Lopatina), momentów spokoju będzie niewiele. Kamera jest niemalże przyczepiona do jego pleców, nie odstępujemy go ani na krok. Panoramiczny kadr ekranu nie daje nam zbyt wiele miejsca do oddychania. Twarze są upchnięte w kadry, szybki montaż i stonowane kolory, gdzieniegdzie rozświetlane żarówkami neonów, potęgują poczucie nagłości i dramatyzmu oglądanych sytuacji. Problemy piętrzą się z minuty na minutę. Howie pozwala przetrzymać przeszmuglowany z Aftyki diament gwieździe koszykówki Kevinowi Garnettowi na jeden wieczór. Ten oddaje mu w zastaw swój pierścień mistrza NBA. Który po niemal piętnastu minutach Ratner zanosi do innego pasera, by zastawić go za gotówkę. Z kasą idzie do przyjmującego nielegalne zakłady biznesmena, by pomnożyć swoje zyski. Każdy jego krok śledzą bandyci, ścigający go za długi. Idą za nim nawet na szkolny przedstawienie jego córki… W Nieoszlifowanych diamentach nie brakuje sytuacji, które przyprawiają widzów o palpitacje serca. Jedna z nich ma miejsce w sklepie jubilerskim i dotyczy drzwi, które nie chcą się otworzyć. Druga to scena licytacji i w końcu trzecia, podczas której bohaterom przyjdzie oglądać mecz koszykówki. Sam nie potrafiłem oderwać od ekranu wzroku, nerwowo ściskając poręcz fotela.

Bracia Safdie pokazują świat jubilerów z niesamowitą dokładnością i pasją, balansują na granicy przerysowania, ale nie jest u nich ważna prawda obiektywna, ale subiektywne uczucia i doznania. Wędrówka przez dzielnicę diamentów to trochę podróż przez piekło każdego, kto nie lubi szemranych biznesmenów, podejrzanych interesów, targowania się w zatłoczonych, wypełnionych drogim kiczem sklepach. Obraz tez można odbierać jako krytykę kapitalizmu i konsumpcyjnego stylu życia, które napędzają spiralę długów i przemocy. Co jednak ciekawsze, jest to również spojrzenie na odwieczne poszukiwanie czegoś transcendentalnego, jakiegoś znaku od boga o lepszym życiu albo kontaktu z kosmosem. Tutaj przeplatają się wątki religijne (rodzina Ratnera i prawie wszyscy jego wspólnicy to Żydzi) oraz spirytualistyczne, który symbolizuje tytułowy kamień. Spojrzenie przez mieniący się kolorami szmaragd ma nawet dać możliwość spojrzenia w historię wszechświata. Twórcy filmu przewrotnie robią sobie z tego mały żart, gdy ze struktury atomu oglądanego kryształu przenikamy do… zresztą nie będę psuł wam tej zabawnej konkluzji.

Kadr z filmu Nieoszlifowane diamenty / fot. materiały prasowe / Netflix

Kadr z filmu Nieoszlifowane diamenty / fot. materiały prasowe / Netflix

Sandler nie miał takich dobrych reżyserów, którzy wykrzesaliby z niego zupełnie nieznane pokłady aktorskiego kunsztu, od czasów Lewego sercowego. Aktor używa prawie tych samych środków wyrazu, nerwowego i głupiego uśmiechu, pewnej nadpobudliwości, które widzieliśmy w jego komediach, ale tutaj efekt jest zupełnie inny. Jego Howard wydaje się wyciągnięty żywcem z oglądanego świata. Ma niewyparzony język (przekleństwa używane są tu jako znaki interpunkcyjne) i oślizłą osobowość potrzebną w tym fachu. Wywołuje obrzydzenie u żony, jest pożądany przez kochankę. Połączenie pewności siebie, pogoni za pieniędzmi i adrenaliną oraz spirala samodestrukcji, którą sam rozpędza, czynią go jedną z najbardziej fascynujących postaci, jaką oglądaliśmy na ekranie w ostatnich latach. To, co bracia Safdie robią z wydawałoby się ustatkowanymi aktorami, jest niesamowite. Chętnych na współpracę z nimi w kolejnym filmie nie powinno zabraknąć.

Niemalże każda recenzent Nieoszlifowanych diamentów sili się na jakieś porównanie i próbę uchwycenia tego, jak czuli się po seansie. Mnie przychodzi do głowy jedna sytuacja. Praca w obsłudze klienta lub w sklepie w okolicy Świąt Bożego Narodzenia. Zmysły atakowane z każdej strony, katastrofa czająca się każdą nierozważną decyzją, balansowanie na granicy popadania w szaleństwo, nieustanne zmęczenie i poczucie, że ta gehenna nigdy się nie skończy. Nic dziwnego, że kilku widzów z mojego sensu wyszło po czterdziestu minutach. Takie wrażenia w kinie nie są codziennością. Tym bardziej wyjątkowy jest ten film, jeżeli potrafi podnieść ciśnienie w krwi, zdenerwować, przejąć się i zaabsorbować widza do tego stopnia, że na koniec ociera pot z czoła i zastanawia się, co do cholery właśnie się wydarzyło. Po takiej jeździe bez trzymanki potrzebne jest kilka głębokich oddechów. Albo nerwowo wypalony papieros. Z grającym w tle największym przebojem Gigi D’Augustino.

Film dostępny na platformie Netflix od 31 stycznia

Ilustracja wprowadzenia i plakat: materiały prasowe / Netflix

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?