Advertisement
banner

Rocketman – przedpremierowa recenzja muzycznej biografii Eltona Johna prosto z Cannes!

Okraszona cekinami, kolorowymi pióropuszami i nieskończoną ilością okularów, ekranowa biografia Eltona Johna to prawdziwy kolorowy spektakl rządzący się prawami musicalu. O ile jednak wspaniałe sekwencje wizualne Rocketmana do niezapomnianych przebojów muzyka prezentują się znakomicie, to filmowi czegoś brakuje. Pokazania prawdziwej twarzy piosenkarza, a nie tylko jego publicznego wizerunku.

Po ubiegłorocznym sukcesie finansowym Bohemian Rhapsody, nie wspominając już o Oscarach, wiadomo już, czego oczekuje widownia, by walić na film o muzykach drzwiami i oknami. Naszpikowanej hitami produkcji, która pokaże historię bohatera od zera do milionera, oczyści go z jego grzechów, pokaże jako finalnego zwycięzcę w walce z przeciwnościami losu. I tak właśnie skonstruowany jest Rocketman, nota bene wyreżyserowany przez tego samego Dextera Fletchera, który ratować musiał biografię grupy Queen przed katastrofą. I właściwie obydwie produkcje są do siebie bliźniaczo podobne, mają podobne grzechy, ale film o Eltonie nie unika jednego kontrowersyjnego faktu: orientacji seksualnej głównej postaci, o której mówi się otwarcie. I Taron Egerton nie tylko ładnie udaje, że śpiewa, ale faktycznie używa swojego głosu do odtworzenia przearanżocwanych na potrzeby filmu piosenek autorstwa duetu John – Taupin. Jeżeli Rami Malek dostał Oscara za mierne karaoke, to jakie nagrody czekają Tarona? Cóż, pewnie żadne.

Zobacz również: Rocketman – oto pełny zwiastun filmu o Eltonie Johnie

Ubrany w sceniczny strój uskrzydlonego diabła Elton wchodzi na najważniejszy performance swojej kariery. Trafia na odwyk po wyniszczającej jego zdrowie karuzeli rock’n’rollowego życia. Alkohol, kokaina, prochy, trawa, seks, bulimia, zakupy – to lista jego grzechów. Przed grupą innych uzależnionych (statystujących tu raczej, niż ogrywających jakieś role) Elton opowiada swoją historię, szukając źródeł kłopotów. Stopniowo zdejmuje z sobie kostium, ukazując prawdziwą twarz (choć twórcy uniknęli zdjęcia ikonicznych okularów). Brak miłości, zrozumienia, samotność, wybuchy gniewu. Jakże typowo, tropem domorosłej psychoanalizy, wszystkie problemy zaczynają się w dzieciństwie. Ojciec (Steven Mackintosh), którego nigdy nie było, trzymający chłopca na odległość fizyczną i emocjonalną. Matka (Bryce Dallas Howard), która nigdy nie była dumna z tego, jak młody Reginald Dwight okazuje niezwykły talent do muzyki. Dopiero za zachętą babci (Gemma Jones) chłopiec dołącza do Royal Academy of Music, gdzie może szlifować swój talent.

Kadr z filmu Rocketman / fot.: Paramount Pictures

Kadr z filmu Rocketman / fot.: Paramount Pictures

Kolejne etapy życia muzyka to prawdziwy sprint przez jego karierę. Jest etap wznoszący, od poznania Berniego Taupina (Jamie Bell), przez pierwsze koncerty w Los Angeles, międzynarodowe bestsellery jego albumów i wyprzedane do ostatniego miejsca koncerty, mniej więcej do momentu, gdy poznaje Johna Reida (Richard Madden), początkowo tylko kochanka, potem i menadżera. Coraz większa sława, coraz więcej pieniędzy, coraz więcej alkoholu i kokainy prowadzą go spiralą w dół. Chciwość i brak szacunku dla jego talentu sprawiają, że Elton traci kontakt z życiem i z najbliższymi, nie wie do końca, gdzie jest i jaki jest dzień tygodnia. Wiele scen zaaranżowanych jest w ten sposób, że muzyk wypada niemalże z koncertu do jakiegoś miejsca, jakby właśnie się tam obudził. Metafora jest to dość toporna, ale widowiskowa.

Kadr z filmu Rocketman / fot.: Paramount Pictures

Kadr z filmu Rocketman / fot.: Paramount Pictures

Rocketman skupia się na pierwszej części kariery Eltona, kończąc się gdzieś na początku lat 90. Właściwie nic z lakonicznego wpisu na Wikipedii nie zostało pominięte: występy z soulowymi muzykami z USA, relacja z Taupinem, zmiana menadżerów, bezsensowny ślub z Renate Blauel. Wszystkie uczucia zostają wyjaśnione w dialogach, żeby nie było nieporozumień. Podobnie jak w przypadku biografii Mercurego, fani muzyka nie znajdą tu nic odkrywczego, może nawet będą zirytowani faktograficzne na ślizganie się po powierzchni. Można mieć też zarzuty, że utwory muzyka nie są pokazane chronologicznie. Ale to w warstwie muzycznej film Fletchera jest chyba najbardziej spektakularny.

Zobacz również: The Dead Don’t Die – recenzja zombie horroru Jarmuscha prosto z Cannes!

Twórcy użyli piosenek Eltona Johna jako pretekstu do opowiedzenia jego historii. Utwory z różnych etapów jego kariery służą jako komentarz do jego życia. Już po trzech minutach postacie na ekranie zaczynają śpiewać, jak w klasycznym musicalu. Z terapii grupowej przenosimy się na ulice dzielnicy Pinner, gdzie wychowuje się młody muzyk. Potem otrzymujemy zawrotną sekwencję w pubie (Saturday Night’s Alright), która technicznie wygląda olśniewająco – długie trackingschoty i świetna choreografia naprawdę robią wrażenie. Tak spektakularnie film wygląda jest kilka razy – choćby w scenie z unoszącą się ponad podłogę publicznością w Crocodile Rock czy basenową sekwencją w Rocketman. Klasyczne piosenki zaaranżowane na nowo, czasem wykonywane są przez kilka osób z obsady. Produkcji bliżej jest do musicalu niż do typowej biografii rockowego artysty i nie zdziwi mnie, jeżeli tytuł niedługo trafi na nowojorski Broadway i londyński West End.

Kadr z filmu Rocketman / fot.: Paramount Pictures

Kadr z filmu Rocketman / fot.: Paramount Pictures

W wielu elementach Rocketman jest ciekawszą i bardziej postępową wersją Bohemian Rhapsody. Użycie muzyki wykracza poza sztampę, ciekawe aranżacje utworów otwierają nowe interpretacje. Wizualna strona jest bez zarzutów i tą przełknąć chyba najłatwiej. Także odtwórca głównej roli został wybrany po to, żeby śpiewać, a nie tylko synchronicznie otwierać usta. Nie wspominając już o orientacji seksualnej gwiazdy, która jest nie tylko “sugerowana”, ale wprost pokazywana. Jest kilka scen męskich pocałunków i jedna sekwencja łóżkowa. Proszę mi jednak wierzyć, nie ma w niej niczego, co nie byłoby pokazane w heteroseksualnej produkcji. Jest też łykanie prochów, whiskey i koka. Choć czasem odbywa się ono w teatralnych, musicalowych sekwencjach, nie ma w tych gestach nic udawanego.

Kadr z filmu Rocketman / fot.: Paramount Pictures

Kadr z filmu Rocketman / fot.: Paramount Pictures

Co jednak zostaje widzom po seansie, to uproszczona wersja skomplikowanej osoby. Schowana pod błyszczącymi strojami scenicznymi, pstrokatymi ciuchami i ekstrawaganckimi okularami, które są inne w każdej scenie. Dostajemy obraz geniusza muzycznego, który podbił swoimi hitami świat. A po drodze trochę się zagubił. Który nie był wystarczająco kochany i rozumiany przez rodziców, a walkę o jego duszę nieustannie toczyło dobro (Taupin) i zło (Reid). Który w końcu odnalazł siebie. Być może głębszej analizy nigdy się nie doczekamy. Ale jeżeli Rocketman ma być pretekstem do zainteresowania widzów do lepszego poznania twórczości Eltona Johna, film spełnia swoje zadanie doskonale.

Rocketman trafi do polskich kin 7 czerwca.

Edycja autora: ocenia zmieniona z 70 na 76 aby oddać przewagę filmu nad porównywanym tutaj Bohemian Rhapsody.

Ilustracja wprowadzenia i plakat: materiały prasowe

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?