Advertisement
banner

Castlevania – recenzja 1. sezonu!

Każdy, kto miał kontakt z serią Castlevania pewnie powie, że jeśli chcielibyśmy wreszcie zobaczyć na małym lub dużym ekranie godną adaptację gry, to akurat ta marka od Konami będzie jednym z lepszych wyborów. Są demony, biskupi, magia i łowcy, czyli wszystko, co potrzebne do opowiedzenia ciekawego średniowiecznego fantasy. Plany na film były, dość długo wydawało się, że z tej mąki jakiś chleb upiecze najpierw Paul W.S. Anderson, potem James Wan, jednak ostatecznie projekt się wysypał. Do teraz, gdy anime na podstawie serii Konami trafiło na Netflixa. I w tym momencie chciałoby się zakrzyczeć, że wreszcie doczekaliśmy się godnej adaptacji gry wideo. Nie przejdzie mi to jednak przez gardło ani klawiaturę z jednej prostej przyczyny. A przynajmniej jeszcze nie przejdzie.

Zobacz również: Blame! – recenzja cyberpunkowej animacji Netflixa!

Dostajemy naprawdę świetne anime. Mroczne, tajemnicze, z dobrze wykreowanymi bohaterami oraz znakomitą kreską. Ma jednak jeden ogromny minus. Cały sezon nowego serialu Netflixa to tylko 4 odcinki, a każdy trwa niecałe 25 minut. Trzeba powiedzieć, że twórcy upchnęli w ten niespełna stuminutowy czas projekcji sporo treści, jednak cały czas ma się wrażenie, że jest to tylko podsycanie apetytu. Apetytu na coś, co powróci, bo to wiemy już oficjalnie. Nie wiemy tylko kiedy.

Pierwsza połowa to dwa epizody bardziej ekspozycyjne. Służą zorientowaniu się w świecie i w tym, co tu się właściwie dzieje. A dzieje się dla ludzi źle. W pierwszej scenie poznajemy pewną mądrą i ładną lekarkę Lisę, która próbuje przemówić do rozsądku samemu Draculi. Udaje jej się, bowiem jak dowiadujemy się później, zostają małżeństwem. Jednak w 1475 roku ktoś, kto podpisuje tak otwarty pakt z diabłem, jest bardzo nie w smak środowiskom katolickim. Dlatego trzeba szybko jej się pozbyć. Jak bardzo jednak ta decyzja rozwścieczy naszego Demona nie muszę chyba mówić.

Potem trafiamy na naszego głównego bohatera, Trevora Belmonta, z zawodu łowcę wampirów. Od początku jawi nam się jako pewny siebie i nieco arogancki, jednak godny zaufania w słusznej sprawie gość. Widzowie już mają rozeznanie w sytuacji, on jeszcze nie, dlatego drugi odcinek poświęcamy właśnie jemu. Gdy już uda mu się ustalić po czyjej stronie się opowiedzieć (choć i tak powie, że jest tylko i wyłącznie po swojej), zaczyna się akcja.

Castlevania jest zdecydowanie tylko dla dorosłych. Ofiary konfliktu są rozczłonkowywane, po ekranie latają oczy, palce, czy nawet całe głowy. Brutalności dopełnia fantastyczna, iście piekielna kreska, która znakomicie podsyca apokaliptyczny klimat. Cały świat jest tu skąpany w diabelskiej czerwieni, podsycającej krwawe sceny, których doświadczamy. W całej tej otoczce nie brakuje jednak tak potrzebnych szczypt czarnego humoru i moralizujących przemów.

Zobacz również: Uczeń szatana (1998) – recenzja opowieści o fascynacji złem

Oglądałbym i pewnie wymieniał superlatywy tego serialu dalej, gdyby nie fakt, że jestem już dawno po. Że ledwie zacząłem, a już musiałem go skończyć. Rozumiem, że Netflix chciał sprawdzić, czy ludziom spodoba się format, czy nie będzie trzeba kończyć kolejnej serii po jednym strzale. Chyba się spodobał, bo powstanie serii numer 2 ogłoszono niespełna dobę po premierze pierwszej. Jednak na nią poczekamy bliżej nieokreślony czas. Na razie trzeba się zadowolić tą króciutką przystawką, która została zaserwowana. Obyśmy tylko przy głównym daniu pamiętali jeszcze jej smak.

Redaktor

Z zawodu publicysta. W redakcji Movies Room recenzuje filmy już od 2015 roku. Uwielbia produkcje Pixara, "Wesele" Smarzowskiego i Breaking Bad.

Kontakt pod [email protected]

Twitter: xkolek1

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?